Wydanie bieżące

15 października 20 (356) / 2018

Katarzyna Szkaradnik,

JAK FLIRTOWAŁ PAN COGITO Z AUTORKĄ PARU WIERSZY (WISŁAWA SZYMBORSKA, ZBIGNIEW HERBERT: 'JACYŚ ZŁOŚLIWI BOGOWIE ZAKPILI Z NAS OKRUTNIE. KORESPONDENCJA 1955-1996')

A A A
Listy umarłych”

„Wisełko, Ty Moja Nocy Świętojańska, nie masz pojęcia Serce jak tu zimno i francusko. Sekwana nie wpada do Wisły i nigdy nie wpadnie” (s. 66). To jedna z perełek, w jakie obfituje korespondencja Zbigniewa Herberta i Wisławy Szymborskiej, opublikowana w Roku Herberta przez Wydawnictwo a5. Nie bez kozery owego przedsięwzięcia podjęła się ta właśnie oficyna. Po pierwsze, wydawca i twórca omawianej edycji – Ryszard Krynicki, był bliskim znajomym obojga poetów, występuje nawet w ich listach. Notabene, w 1975 r. autor „Studium przedmiotu” zainicjował, wbrew panującej władzy, uhonorowanie przedstawiciela Nowej Fali niezależną Nagrodą Poetów, ten zaś dedykował mu (oraz Panu Cogito) wiersz „Język, to dzikie mięso”. Po drugie, pod szyldem a5 ukazało się wcześniej kilka tomików i wyborów wierszy interesującej nas pary, a w przypadku Herberta także wiersze zebrane, proza i epistolografia.

Oprócz wydanej tam korespondencji z Turowiczem i z Davidem Weinfeldem czytelnicy mogli dotąd poznać jego wymianę myśli z Miłoszem, Czapskimi, Hartwig i Międzyrzeckim, Elzenbergiem i Barańczakiem (dzięki Fundacji „Zeszytów Literackich”), ponadto z Tadeuszem Chrzanowskim, Zawieyskim, zaprzyjaźnionym małżeństwem Czajkowskich i młodzieńczą miłością – Haliną Misiołek. Okazji do przyjrzenia się osobowości epistolarnej poety było zatem wiele, lecz na tym tle dialog z Szymborską mieni się szczególnym blaskiem. Za lepiej przygotowane do jego odbioru należałoby uważać osoby, które mają za sobą lekturę tomu „Najlepiej w życiu ma Twój kot” – wiadomości wysyłanych przez autorkę „Dwukropka” do Kornela Filipowicza i vice versa – ze względu na ich finezyjne koncepty i figlarne wyznania miłosne. Niemniej prawdopodobnie również tym czytelnikom, trwające cztery dekady, kontakty pocztowe dwojga konkurentów do Nobla przyniosą zaskoczenie.

Nie dlatego, jakoby wobec innych Herbert zachowywał się śmiertelnie poważnie. Sporą dozę żartobliwej autokreacji i facecji zawierają listy do Czajkowskich, do Chrzanowskiego pisał w 1953 r.: „Kochany Dedusiu, (…) jesteś byczy chłop, złoto serce i kumpel w dechę. Zemrzeć mi nie dajesz – a niech tam literatura katolicka ma do Ciebie o to pretensje. Więc będę żył – obiecuję, jeszcze tylko nie wiem, za co, bo kochanki ubożuchne, a ideologiczni przyjaciele w rozsypce” („Mój bliźni…” 2016: 112). Na uwagę zasługuje fakt, że korespondencja Szymborskiej z autorem „Struny światła” momentami nie różni się tonacją od tej prowadzonej przez nią z długoletnim partnerem Filipowiczem – i odwrotnie, jak pokazuje inicjalny cytat.

Niespodziane spotkanie”

Późniejszej zażyłości nie zapowiada otwierający zbiór, na poły służbowy, list z końca 1955 r.: kierowniczka działu poezji „Życia Literackiego” zwraca się w nim do szykującego debiut książkowy rówieśnika z prośbą o wiersze. Ostatecznie dwa wydrukowano w artykule „Prapremiera pięciu poetów”, którego tytuł nie powinien brzmieć obco dla żadnego studenta polonistyki. Zresztą wspólna prezentacja Herberta, Mirona Białoszewskiego, Jerzego Harasymowicza, Stanisława Czycza i Bohdana Drozdowskiego przez czołowych krytyków nie tylko przeszła do historii literatury, lecz wpisała się przede wszystkim w kontekst polityczny – jako jeden ze zwiastunów odwilży. Wracając do korespondencji, zauważymy, że w listach Szymborskiej rychło następuje zmiana nagłówka z „Szanowny Kolego” na „Miły bardzo Panie Zbyszku”, a kolejne formuły grzecznościowe obojga stają się coraz bardziej pomysłowe, żartobliwe i poufałe: od patetyczno-groteskowych „Kocham Ciebie i Ojczyznę” czy „Żegnaj i przyjeżdżaj. / Dusza ma jest i pozostanie czysta” przyszłej noblistki po frywolne Herbertowskie „Wisła, Ty moje Życie, ty moje fiu fiu fiu / Ty moje małe rączki” lub „O rzeko ma rodzima, rzeko moja czysta, / Oto uśmiech na wargach spragnionych wytryska / Gdy kształt Twój widzę z dala co duszę czaruje / I Ciebie Wisło moja oczamy [!] całuję” (s. 70).

Tego popisu wierszoklectwa autor „Pana Cogito” nie posyła (na szczęście) we własnym imieniu, wyręczając się fikcyjnym pośrednikiem, niejakim Frąckowiakiem, w którym można dostrzec analogię do Eustachego Pobóg-Tulczyńskiego, alter ego Filipowicza z jego listów do partnerki alias hrabiny Heloizy Lanckorońskiej. Tyle że ów plenipotent poety nie grzeszy dobrymi manierami, jest raczej rubasznym ignorantem, a w dodatku fabrykującym sonety grafomanem, ślepo zapatrzonym w Wiśkę vel Panią Dobrodziejkę. (Warto zauważyć, że na podobną infantylizację podmiotu epistolarnego natrafimy np. w listach do Czajkowskich w postaci „Dziubdziusia”). Ponieważ geneza Frąckowiaka sięga żartu sytuacyjnego wymyślonego przez Herberta w… mieszkaniu Szymborskiej, jego wczesne pojawienie się w korespondencji sugeruje, że stosunki między obojgiem szybko nabrały nie tylko serdeczności, a wręcz familiarności. Może minoderyjne wyznanie „Kocham Cię równo 30 lat”, padające w 1975 r., nie jest omyłką (skądinąd Krynicki pozostawił je bez komentarza), tzn. nie odsyła do zapytania w sprawie „Prapremiery…”, lecz do powojennych studiów autora „Rovigo” w Krakowie? (Z satysfakcją odnotowuję, że na trop ten wpadłam równolegle z Wojciechem Szotem z „Kurzojadów”).

O dwu nogach Pana Cogito”

Zagadek w owych listach napotykamy zdecydowanie więcej. Skoro była mowa o rozpoczęciu listownej przygody, trzeba powiedzieć o drugiej cezurze, która pozwoliła objąć całość klamrą przełomowych wydarzeń literackich. Chodzi oczywiście o Nagrodę Nobla z 1996 r. oraz telegram gratulacyjny Herberta i – jak to określa Krynicki w posłowiu – szlachetną odpowiedź adresatki. Wypada tu przypomnieć, że na ogół ich nazwiska wymienia się łącznie właśnie w związku z obiekcjami, jakie werdykt komisji wzbudził w środowiskach prawicowych, dezawuujących Szymborską w konfrontacji z zagorzałym wrogiem komunizmu. Inaczej mówiąc: odznaczenie upolityczniono, a poetów zaczęto rozgrywać przeciw sobie, przypisując niedoszłemu laureatowi albo wyższość, albo zazdrość. I w zasadzie tylko ten epizod poruszany jest w ich życiorysach. Dopiero w najnowszej biografii autora „Epilogu burzy” Andrzej Franaszek przywołuje omawiane tutaj listy. Co się tyczy książek poświęconych noblistce, Anna Bikont i Joanna Szczęsna w „Pamiątkowych rupieciach” nie nadmieniają o osobistej znajomości bohaterki z Herbertem, z kolei jej sekretarz w „Nic zwyczajnego” cytuje dedykację dla niej z egzemplarza „Barbarzyńcy w ogrodzie”, wspominającą o skrywaniu się z uczuciami za ironią. Jednak konstatacja: „Jak widać, ironia potrafi także przeszkadzać w przyjaźni. Wielkiej przyjaźni między wielkimi poetami” (Rusinek 2016: 223) wobec braku kontekstu rodzi jeszcze więcej pytań.

Abstrahując od powyższych kontrowersji, akcentuje się rozbieżność ich postaw. W kompendium współczesnej literatury polskiej czytamy: „Inna jest podstawa światopoglądu poetyckiego Zbigniewa Herberta, a co za tym idzie – (…) rozumienie samej poezji. Jak na konserwatystę przystało, w jego dialogu z tradycją (…) istnieje tylko przeszłość. (…) Szymborska, osądzając wiek XX, podtrzymuje jako ważną właściwość samą zdolność intelektualnego rozpoznawania jego klęsk; człowiek (…) zachowuje więc szansę poprawy. (…) [U Herberta zaś] jeśli zjawia się współczesność, to podlega deprecjonującej ocenie przez przeszłość, dawne, zachowujące wartość postawy i mity” (Burkot 2006: 267). Przyjąwszy taką optykę, da się w owych listach wychwycić odmienną wrażliwość i podejście do rzeczywistości – jego hardą bezkompromisowość, ostre widzenie zagadnień etycznych i rozpaczliwą walkę o autonomię oraz jej łagodną ironię i Sokratejską dewizę sformułowaną w wystąpieniu noblowskim: „Poeta również, jeśli jest prawdziwym poetą, musi ciągle powtarzać sobie »nie wiem«” (Szymborska 2004: 353).

Radość pisania”

Generalnie jednak rzuca się w oczy ich powinowactwo duchowe – podobne, inteligentne poczucie humoru, autoironia i dystans, który w rezultacie zmusza do zaręczania: „Prośba jest najzupełniej poważna, choć pisana moją ręką” (s. 40). O jakich więc poważnych sprawach – między nietuzinkowymi kurtuazjami i karesami – traktują te wiadomości? Ot, Herbert lapidarnie donosi o podróżach do Wiednia, Dubrownika czy Asyżu, zwierza się z oporu tworzywa i z rozterek moralnych oraz pozbawia adresatkę złudzeń w kwestii świadomości zachodniej lewicy, pojawiają się też wzmianki o cudzych utworach, w których dostarczaniu do czasopism lub do tłumaczy oboje pośredniczą. Ale naturalnie tematem przewodnim jest ich własna twórczość; nawzajem się nią zachwycają i rywalizują w wyrafinowanych komplementach typu „Wisławie Szymborskiej – / bo my z Niej wszyscy”, jak głosi dedykacja w „Wierszach zebranych” z 1971 r. (Dedykacje słusznie stanowią integralną część książki, ich odrzuceniem dokonałoby się spustoszeń w tej epistolografii). Owe superlatywy nie są czczymi frazesami – idzie z nimi w parze szerokie rekomendowanie poezji koleżanki/kolegi po piórze: „Wykupuję »Sól« jak na wojnę i posyłam moim przyjaciołom na Wschodzie i Zachodzie żeby wiedzieli jak się pisze” (s. 59). Kiedy zatem autorka „Stu pociech” prosi o kolejne utwory („Przyślij coś, na miłość boską!” [s. 68]), to nie tylko pod kątem druku w „Życiu Literackim”, ale również z potrzeby serca, skoro „Dość na tym, że Twoja książka [„Barbarzyńca w ogrodzie” – K. Sz.] pokrzepiła mnie bardzo” (s. 63).

Pokrzepienie bez wątpienia było konieczne w czasie owych czterech dziesięcioleci, przypadających na tzw. „ciekawe czasy”. Odwołania do okoliczności zewnętrznych są oczywiście zawoalowane, niemniej np. latem 1981 r. Frąckowiak utyskuje na drażliwość swojego „chlebodawcy”: „Chyba zapiszę się do »Solidarności« i poproszę żeby go wywieźli na taczkach bodaj do innej gminy. Ryczy cały dzień i posyła mnie po ogonkach, a ja stać nie mogę bo mi to szkodzi na wszystko” (s. 101). „Ogonki” nie są jedynym śladem bolączek codzienności – takich jak niedobory w zaopatrzeniu właśnie, krucha sytuacja finansowa, dolegliwości zdrowotne – lecz zasadniczo niewiele prozy życia i realiów politycznych przenika do listów. Najgłośniejszym echem odbija się w nich stan wojenny, skłaniający do refleksji w tonie absolutnie serio: „[O]dwdzięczam się tą maską, przez której puste oczy patrzy na nas tak zwany Duch Dziejów. Albo i nie. Może to interpretacja nazbyt prosta i głupia? Ciekawam, co myśli o tym p. Cogito, z którym pewnie od czasu do czasu rozmawiasz i zasięgasz światłych rad” (s. 115). Nienastrajające optymistycznie warunki przyjaciele oswajają wszakże gorzkim humorem, m.in. kreśląc brawurową wizję wstąpienia Frąckowiaka do nowego, proreżimowego Związku Literatów Polskich.

Wobec historii spuszczonej z łańcucha korespondencyjna rozmowa jawi się jako osobista i – pomimo cenzury – bezpieczna przestrzeń, przestrzeń otuchy i partnerstwa. Ale przecież mamy do czynienia z relacją niejednoznaczną i skomplikowaną: przesyconą kokieterią, efektownym flirtem, łączącą podziw dla twórczości drugiej strony (może też ze względu na bliską tak jej, jak jemu skłonność do paradoksów, antynomii i intelektualnego ujmowania świata) z zafascynowaniem osobowością partnera. Stąd najwyraźniej szczere przywiązanie, które manifestuje się w regularnych zapewnieniach o niezmienności uczuć. Jeszcze w 1991 r. „Do nóg się ścieli / zawsze oddany / Frąckowiak”, o czym warto pamiętać w świetle sygnalizowanych rzekomych animozji między poetami. Tej wierności nie przeszkadza znane powszechnie oblicze Herberta-casanovy, nie taki jest bowiem charakter tej relacji.

W pracowni”

Za sprawą frapującej dynamiki owej znajomości – niezależnie od potwierdzania przez oboje stałości afektu – oraz inwencji korespondentów, otworzywszy tom, trudno go odłożyć. Mimo że przewijają się w nim te same wątki, czyta się go bez rutyny (tu aluzja do książki Wojciecha Ligęzy pod takim tytułem, analizującej wspólnie twórczość Szymborskiej i Herberta), w czytelniku pozostaje wręcz uczucie niedosytu. Bądź co bądź 164 strony, aczkolwiek warto się nimi delektować, stanowią porcję do pochłonięcia w jeden wieczór, zwłaszcza że nie są szczelnie zadrukowane. Trochę myląco operuję ciągle słowem „listy”, tymczasem przeważają lakoniczne kartki pocztowe i bogaty materiał graficzny. Ten ostatni zasługuje na osobną uwagę, gdyż kolorowe reprodukcje nadają publikacji niezaprzeczalny walor. Znajdują się wśród nich słynne wyklejanki autorki „Soli” – kolaże z wycinków prasowych; są i symboliczne rysunki (celował w nich Herbert), i karty tytułowe tomików z dedykacjami, wreszcie ilustracje na pocztówkach, które partnerzy dialogu specjalnie wybierali i dowcipnie komentowali. Wydawca zamieścił również garść zdjęć, m.in. intrygującą fotografię obydwojga w Paryżu, ponadto aneks zawiera trudniej dostępne, a wspominane w listach wiersze.

W tym momencie wypada powiedzieć więcej o stronie edytorskiej. Dzięki fotokopiom części autografów przekonujemy się, że zachowano oryginalną, zwykle wybiórczą interpunkcję (chociaż można się doszukać paru przecinków odruchowo wstawionych przez redaktora tam, gdzie ich brakowało) oraz pisownię (co ważne szczególnie w odniesieniu do Frąckowiaka, będącego na bakier z ortografią nawet we własnym nazwisku). Krynicki rozszyfrował znakomitą większość miejsc niejasnych dla czytelnika i opatrzył wiadomości dość zwięzłymi, lecz na ogół wystarczającymi przypisami, które nie zdominowały tekstu głównego. Niemniej pewne fragmenty wymagałyby dodatkowych adnotacji, np. przy Herbertowskiej wzmiance dotyczącej rozmowy o szympansach można było napomknąć o zainteresowaniu Szymborskiej małpami. Opisy wyglądu każdej jednostki korespondencyjnej (siłą rzeczy niekiedy dublujące się z reprodukcjami) dostarczają dalszych ciekawostek, m.in. zabawnych sfingowanych adresów nadawców. Okazuje się, że do krakowskiej poetki trafiła nawet pocztówka bez podanej ulicy, podczas gdy inna nie dotarła do „nieznanego adresata” i wróciła z Warszawy pod Wawel.

Niestety, częsty brak kopert ze stemplami pocztowymi utrudnił edytorowi datowanie niektórych wiadomości, wymuszając konsultacje i szacunkowe określanie ich chronologii. Zresztą sama korespondencja nie przetrwała w komplecie w zespołach zlokalizowanych w Archiwum Zbigniewa Herberta w Bibliotece Narodowej i Archiwum Wisławy Szymborskiej w Bibliotece Jagiellońskiej, wobec czego pozostajemy z szeregiem pytań. Co stanowiło nadrzędny powód urwania tej wymiany myśli? O czym świadczą dłuższe przerwy w niej występujące? Czy niespełna (?) 100 listów w ciągu 41 lat to dużo czy mało? Tu poboczna kwestia: ile razy spotkali się bezpośrednio? Last but not least: czy ich relacja była istotnie głęboka, czy jednak pozowana? Co właściwie łączyło „Pana Cogito” z „Autorką Paru Wierszy”?

Koniec i początek”

Wydaje się, że bez obaw możemy mówić o wieloletniej przyjaźni, której dotychczasowe – zdumiewające – marginalizowanie, czy wręcz pomijanie w biografiach obojga poetów pozwala uznać ten zbiór za potrzebne źródło do poznania ich życia oraz twórczości (por. odwołania do „rozproszonych” utworów Herberta, wydanych dopiero pośmiertnie). Wolno zatem spoglądać na korespondencję jako na dokument umożliwiający rewizję albo rekonstrukcję danych, co bywa repliką na zarzut, że publikowanie nieprzeznaczonych do druku tzw. egodokumentów stanowi niedyskrecję. Istnieje również odmienne podejście – „wydobycie jej aspektu artystycznego, literackiego. W celu oddalenia wątpliwości faktograficznych można wszystkie listy potraktować jako fikcję, co pomoże skupić się (…) na przedstawionych w nich poglądach czy na urodzie używanego języka” (Sznajder 2006: 18).

Chociaż owe dowody pamięci i atencji, nieraz minimalistyczne w treści, nie powstawały z intencją dopełnienia dzieła literackiego, można je tak odbierać – jako mimowiedną literaturę, autonomiczną kreację opartą na rozmaitych środkach artystycznych i strategiach retorycznych. Należy do nich włączenie w sytuację komunikacyjną instancji „tego trzeciego”, czyli Frąckowiaka, sui generis człowieka bez właściwości (zmieniają mu się imiona i rodzinna miejscowość). Jego obecność prowokuje do snucia wewnętrznej fabuły, a dodatkowo poszerza diapazon stylistyczny – starczy wspomnieć o nieokrzesaniu bohatera, z racji czego wyraża się on o przełożonym w dość niewybredny sposób, choć niekiedy też błyśnie kapitalnym konceptem („Zapadł chyba [Herbert – K. Sz.] na ekshibicjonizm bo wciąż powtarza »ja im jeszcze pokażę«” [s. 128]). Nawet jednak, gdy nazwisko Frąckowiaka nie widnieje pod listem, obserwujemy stylizacje, literackie aluzje i językowe igraszki, eksperymentowanie z konwencjami i rejestrami mowy (dosadnym stwierdzeniom towarzyszy subtelna adoracja, a górnolotnym apostrofom – czułe złośliwostki).

À propos, tytułowa fraza „Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie” mogłaby się odnosić do „określonej epoki” (tu ukłon w stronę Barańczaka) i groteskowego ustroju, w jakich przyszło żyć korespondentom. Tymczasem mowa o prozaicznej ironii losu, która plącząc ludziom ścieżki, każe im się mijać. Niemniej można by tym cytatem scharakteryzować autorów listów, którzy zdają się dobrze bawić, pokpiwając z nie tak późnego wnuka, głowiącego się teraz nad naturą ich relacji. Innymi słowy: z wirtuozerią toczą swoją tyleż błyskotliwą, co przewrotną grę – literacką, intelektualną i towarzyską – pełną niuansów i niedopowiedzeń, puszczają oko do siebie, a dziś, dzięki wydawcy, także do nas.

W 1961 r. Herbert donosi z Pragi: „Kochana Soudružko [czes. ‘obywatelko’ – K. Sz.] dziękuję pięknie za cudny list, który odczytuję jak emigrant Księgi Narodu i Pielgrzymstwa Polskiego w okresie załamań i otchłannej tęsknoty za ojczyzną” (s. 54). My też możemy owe listy traktować jako specyfik na poprawę humoru i wracać do nich, chociaż lapidarne teksty szybko będziemy znali na wyrywki. Ale mimo wszystko nie obcujemy jedynie z literackim bibelotem, wdzięczną błahostką, lecz z intymistyką – dramatycznym i poruszającym zapisem czyjegoś istnienia, niepowtarzalnego jak wzór na tęczówce. „Kiedy będziesz w Krakowie i już zwiedzisz groby królewskie, to zadzwoń do koleżanki, która spojrzy Ci głęboko w oczy” (s. 88) – prosi Szymborska przyjaciela. Dzięki tomowi ich korespondencji nam również wolno wykonać ten gest, ba, powtarzać go, i za każdym razem odkrywać w owym skromnym zbiorku coś innego – przecież, jak przypomina poetka, nawet spojrzeń w oczy nie ma dwóch jednakich.



Literatura:

  1. Burkot S.: „Literatura polska po 1939 roku”. Warszawa 2006.

  2. „»Mój bliźni, mój bracie«. Zbigniew Herbert – Tadeusz Chrzanowski: listy 1950–1998”. Koncepcja i redakcja Z. Baran. Kraków 2016.

  3. Rusinek M.: „Nic zwyczajnego. O Wisławie Szymborskiej”. Kraków 2016.

  4. Sznajder M.: „O listach Zbigniewa Herberta – przyczynek do formalnej analizy epistolografii”. „Akant” 2006, nr 8.

  5. Szot W.: „Wisława Szymborska, Zbigniew Herbert: »Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie. Korespondencja 1955–1996«”. „Kurzojady” [blog online], https://www.kurzojady.pl/1636-wislawa-szymborska-zbigniew-herbert-jacys-zlosliwi-bogowie-zakpili-z-nas-okrutnie-korespondencja-1955-1996, [dostęp 27.07.2018 r.].

  6. Szymborska W.: „Poeta i świat. Odczyt noblowski”. W: tejże: „Wiersze wybrane”. Wybór i układ autorki. Kraków 2004.


Wisława Szymborska, Zbigniew Herbert: „Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie. Korespondencja 1955–1996”. Opracowanie edytorskie Ryszard Krynicki. Wydawnictwo a5. Kraków 2018.