Wydanie bieżące

1 listopada 21 (357) / 2018

Radosław Pisula,

KOLEJNY KONIEC ŚWIATA (NIESKOŃCZONY KRYZYS)

A A A
W 1985 roku DC zdecydowało się na zaskakujący i radykalny ruch związany z komiksowymi bohaterami. Przez ponad 40 lat (podobnie jak w konkurencyjnym Marvelu) ich fikcyjny współdzielony świat urósł do niebotycznych rozmiarów – tysiące herosów, złoczyńców, alternatywnych ziem i różnorakich historii wymagały od scenarzystów ciągłego podporządkowywania się innym opowieściom, a dla czytelników (szczególnie nowych) tak zagmatwany świat zbyt często utrudniał czerpanie radości z poznawania fabuły upstrzonej odnośnikami do nieznanych elementów tego uniwersum. Krótko mówiąc: zrobił się niezły bałagan.

W końcu postanowiono go uprzątnąć, stąd też Marv Wolfman z George’em Pérezem stworzyli wielką historię „Kryzys na Niekończonych Ziemiach” (wydaną u nas przez Egmont), gdzie oddali ostatni salut staremu światu, zamietli kłopotliwe rzeczy pod dywan i doprowadzili do restartu uniwersum, umożliwiając aktualizację genezy bohaterów oraz budowę nowego-starego świata. Po 20 latach wydawnictwo, w nostalgicznym zrywie, pozwoliło scenarzyście Geoffowi Johnsowi (wschodzącej supergwieździe rynku i absolutnemu specowi od DC) powrócić do tamtych wydarzeń, sprowadzając na obowiązujące wtedy uniwersum nowy kryzys.

Punktem wyjściowym opowieści jest pojawienie się w „naszym” świecie czwórki bohaterów, którym udało się przeżyć „Kryzys na Nieskończonych Ziemiach” – sędziwego Supermana ze swoją Lois Lane, dobrego Alexandera Luthora i Superboya (z planety, na której był jedynym superbohaterem), którzy próbują „naprawić” naszą rzeczywistość, według nich coraz bardziej skażoną złem, co może jednak przynieść katastrofalne skutki. Jakby tego było mało, planetę zaczyna dewastować armia robotów, nad którą kontrolę sprawuje Brother Eye (obecnie samoświadoma sztuczna inteligencja stworzona przez Batmana jako system obrony Ziemi), a tajne stowarzyszenie superzłoczyńców dziesiątkuje zastępy herosów.

Nie da się ukryć, że „Nieskończony kryzys” jest przede wszystkim laurką dla wieloletnich fanów oferty DC. Johns nie bierze tutaj żadnych jeńców, nie ułatwia czytelnikowi wniknięcia w rzeczywistość świata przedstawionego. Fabuła czerpie pełnymi garściami z klasycznego „Kryzysu…”, pojawiają się dziesiątki postaci, autor mnoży nawiązania do innych serii, zaś akcja (na przestrzeni siedmiu numerów) z ogromną szybkością przeskakuje pomiędzy kolejnymi wydarzeniami. Dla czytelnika przyzwyczajonego do zasadniczo przejrzystej narracji typowej dla filmów z uniwersum Marvela albo komiksowego świata DC (już po restarcie dokonanym ramach linii Nowe 52) lektura tego tomu może wydawać się twardym orzechem do zgryzienia.

Na szczęście pomaga tutaj wyraźna sprawność scenariuszowa Johnsa – akcja wydaje się chaotyczna pod względem nagromadzenia różnych elementów, ale też płynnie zmierza do finału poprzedzonego kolejnymi woltami fabularnymi. Z tego powodu można czerpać z opowieści przyjemność niczym z bombastycznego kinowego blockbustera, nawet jeśli nie mamy pojęcia, kim jest lwia część postaci. Natomiast dla fanów to znakomity prezent, który początkowo wydaje się zbędny, ale kolejne rozwiązania zaskakują, a fabuła jest naprawdę sycąca i robi wielkie wrażenie pod względem swojego galaktycznego zasięgu.

Znany z pierwszego „Kryzysu…” George Pérez zachwyca szczegółowością swoich prac oraz tym, że nawet w najmniejszych kadrach potrafi zmieścić całe zastępy postaci, podczas gdy Phil Jimenez, Jerry Ordway oraz Ivan Reis zachowują swój styl, a jednocześnie są na tyle zbliżeni warsztatowo do Péreza, że cała historia utrzymuje dość jednorodną konstrukcję wizualną. Szczególnie sceny walk robią tutaj piorunujące wrażenie, gdy zakrwawieni i poturbowani bohaterowie przetaczają się przez kolejne elementy krajobrazu.

Geoff Johns za pomocą rozbuchanej opowieści próbuje dywagować nad stanem superbohaterskiego heroizmu we współczesnym świecie, zestawiając klasycznych trykociarzy z tymi współczesnymi, uchodzącymi za „mroczniejszych”, przeciągniętymi przez ekstremalne lata 90. Jak bardzo mogą się poświęcić? Czy mogą zatracić swoje wartości poprzez niemalże paranoiczne dążenie do utrzymania ładu? Już tylko z tego powodu czytelnik zainteresowany tematyką superbohaterską powinien sięgnąć po recenzowany tom.

Z pewnością nie jest to najłatwiejsza fabuła do przyswojenia – szczególnie że polski czytelnik nie dostał kilku wprowadzających miniserii (wyjaśniających wiele spraw) i został wrzucony w akcję, gdy tryby chodziły już pełną parą. Ale w ogólnym rozrachunku „Nieskończony kryzys” to wciąż dobrze napisana opowieść z wielką stawką na pierwszym planie. Miło było wrócić do tej nostalgicznej bańki i jeśli nie odstrasza was ogromna ilość wysokoprocentowej superbohaterszczyzny w wersji klasycznej, to polecam zapoznać się z niniejszym albumem.
Geoff Johns, Phil Jimenez, George Pérez, Jerry Ordway, Ivan Reis: „Nieskończony kryzys” („Infinite Crisis”). Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz. Wydawnictwo Egmont Polska. Warszawa 2018.