Wydanie bieżące

1 listopada 21 (357) / 2018

Maciej Mazur,

NAWET NA SŁOŃCU ZNAJDUJĄ SIĘ PLAMY. O 'SŁOŃCU ŚMIERCI' PANDELISA PREVELAKISA

A A A
Tekst z cyklu: Zapomniane, (nie)odkryte
Kilka lat temu tuż przed wylotem na Kretę natknąłem się na pewną bladoniebieską książeczkę ze słynnej serii Nike. Zapewne zagubiłaby się wśród licznych Mannów, Huxleyów i Steinbecków, gdyby nie grecko brzmiące nazwisko pisarza, które – zupełnie jak nęcący zapach – sprawiło, że natychmiast zwróciłem na nią uwagę. Za kilka złotych nabyłem powieść, a kiedy ją przeczytałem, zorientowałem się, że polecę na wyspę, której już dla mnie nie ma.

*

Proza Pandelisa Prevelakisa, ucznia znakomitego Nikosa Kazantzakisa, autora słynnej powieści „Grek Zorba”, dotarła do Polski za pośrednictwem tłumaczeń Janusza Strasburgera pod koniec lat 60. Obecnie pisarz znany jest w naszym kraju przede wszystkim z nostalgicznych opisów kreteńskiego miasta – Rethymno, czyli „Kroniki pewnego miasta” (1937), która została wydana ponownie (pierwsze polskie wydanie w 1975) w 2013 roku w greckiej serii wydawnictwa Książkowe Klimaty. W 1962 roku w Oslo „Słońce śmierci” (1959) zostało okrzyknięte „Książką Pokoju”, co zaowocowało wieloma tłumaczeniami, w tym na język polski (1967). „Słońce…” przyćmiły „Kroniki…” i dziś, po ponad pięćdziesięciu latach od wydania, jest to pozycja właściwie nieznana.

„Słońce śmierci” nie jest lekturą prostą. Mimo starań tłumacza, który zresztą znał się osobiście z autorem, podczas czytania miałem wrażenie obcości, wynikającej z nagromadzenia greckich nazw i form (wylicza je skrupulatnie Natalia Ciesielczyk, 2012). Mam tu na myśli specyficzne zwroty, które często transliterował Strasburger: kira-Rusaki (byłby to niedokładny odpowiednik archaicznego polskiego imć), czy sporą ilość przysłów, które po przetłumaczeniu brzmią czasem dziwnie – obco właśnie, ale czy słyszy je tak tylko „niegreckie ucho”? Odpowiedź na to pytanie znajdziemy w reakcji głównego bohatera, na zetknięcie się ze słowami ciotki: „– Zobaczymy, sior-Dimitri, zobaczymy. Wybacz, że się za nim ujęłam. Aksamitem jest skóra mego dziecka, powiada jeż. // Stłumiłem śmiech. Nigdy nie słyszałem takiego języka” (s. 46).

Folklor płynący wprost z chłopskiego serca Krety będzie trudny do zrozumienia już nie tylko dla mieszkańców wielkiej Grecji, ale także dla ludzi rozsianych po większych kreteńskich miastach. Jest to jeden z fenomenów tej powieści.

Dziwne brzmienie bez wątpienia ma swój urok: w materiale językowym roztapia się bowiem znaczna część dla nas już niedostępnej historii tysiąca kreteńskich pokoleń, których rzeczniczką, ze swoją ludową mądrością, jest jedna z najlepiej skreślonych postaci kobiecych w literaturze – owa kira-Rusaki – postać, bez której „Słońce śmierci” byłoby tekstem podobnym do tych reporterskich zdjęć, które tylko przedstawiają i dokumentują, ale nie zapadają w pamięć.

Powieść ta opowiada o losach zamieszkałego na Krecie chłopca Jorgaki, który na frontach I wojny światowej przedwcześnie traci ojca, a zaraz po nim matkę. Jorgaki śmiercią taty przejmuje się wyłącznie dlatego, że oddala ona odeń najdroższą mu istotę. Rywalizuje ze zmarłym, który wciąga ją za sobą do grobu i pyta się nieustannie: „Mamo, czy ty mnie kochasz?”, a w odpowiedzi dostaje chłodne i rozdzierające: „nie wiem”. Podwójna żałoba, w jaką obleczono chłopca, zostaje zdjęta przez jego ciotkę (siostrę ojca), która decyduje się nim zaopiekować: „– Kto jesteś? Skąd się tu wzięłaś? – Jestem twoja ciotka, Rusaki. – Matka, Lafterisa? – Właśnie” (s. 42).

Jorgaki staje się dla ciotki nieomal synem, który jak wszyscy mężczyźni został zabrany na front. Rusaki pokazuje mu świat dzikiej, przesiąkniętej folklorem, wiejskiej Krety i w uroczy sposób zapoznaje z różnymi obyczajami, a on, w tej atmosferze, powoli zaczyna wrastać w okoliczny krajobraz: w opustoszałej okolicy, świecie pozbawionym męskiej witalności, świecie starców, dzieci i rozedrganych matek odzyskuje stabilność: bawi się z obcymi jeszcze kolegami, napadając na gniazda os, które mają być metonimiami myśliwców, na chwałę swych ojców chłopcy machają kijkami, młócąc powietrze, by później uciekać z krzykiem i kryć się po naprędce wykopanych rowach. Biedny Jorgaki zostaje raz pokąszony tak dotkliwie, iż mdleje, znajduje go ciotka i z całą miłością poczyna go okładać najróżniejszymi specyfikami, aby tylko ulżyć mu w bólu. Często siadają razem na ganku, a wtedy Rusaki opowiada mu – bez końca – baśnie, bajki, pokazuje nocne niebo i przedstawia swoje nazwy gwiazdozbiorów i związane z nimi historie: „– Odwróć się teraz, żeby zobaczyć Rzekę Jordan. Toczy ona wody z jednego krańca niebios na drugi. Pastuch z dwoma psami – widzisz je, jeden na przedzie, drugi z tyłu? – śpieszy, aby przejść Jordan i pochwycić kozę z dwoma koźlętami, która jest już na przeciwległym brzegu i biegnie do swej zagrody… Jeśli kozie uda się wejść do zagrody, światu sądzona zagłada…” (s. 146).

Ta bohaterka jest tu narratorem Doświadczenia, przykładem wymierającej rasy opowiadaczy (Benjamin 1996, s. 241), może tak potrafiła mówić, bo wcale nie znała pisma: była żywą opowieścią, jednym z niezbywalnych ogniw głuchego telefonu dziejów…

Rusaki wprowadza bohatera w świat, który, zdawałoby się, dawno temu przestał istnieć, w świat chrześcijaństwa mieszającego się jeszcze z greckimi wierzeniami. Nereidy, driady, Hades, Charon, któremu daje się nadal monetę, mają tu często funkcję emblematyczną, bywa jednak, że są nierozłączną częścią świata, zatopioną w świadomości tych prostych ludzi na równi z chrześcijańskimi postaciami Świętej Panienki czy Jezusa.

Ten sielankowy obraz zostaje rozproszony przez promienie słońca śmierci: grozę kreteńskiej wendetty. Syn ciotki podczas bójki pomiędzy towarzyszami broni zabija jednego z kreteńskich synów. Rodzina zmarłego, mimo iż winowajca zostaje uczciwie osądzony przez sąd wojskowy, poprzysięga zemstę. By wyrównać rachunek krwi, chcą zabić Jorgakiego…

Osnuta wokół tego momentu dalsza część powieści jest dosyć nierówna: fragmenty dobre, nierzadko naprawdę wybitne, jak większość scen z Rusaki, przeplatają się z wątkami niezbyt wysokiej próby. Sam motyw „Słońca śmierci” jest nadużywany – zachwyciłby, gdyby pojawił się w kilku miejscach, na tyle delikatnie wpleciony w tkankę utworu, aby czytelnik miał przyjemność dokonania samodzielnego odkrycia. Można to jednak z całą swobodą wybaczyć Prevelakisowi, zdarzało się to (owa nachalność motywu) nawet najwybitniejszym, by wymienić tu choćby Faulknera z jego „Dzikimi palmami”, które na wielu stronach trzepoczą symbolicznie, jak na kiczowatych pocztówkach znad morza.

Wytarta, dość sztywna i sztuczna, acz wyrazista postać pana Damolinosa, którego pierwowzorem (przynajmniej jeśli chodzi o cechy charakteru) był Kazantzakis, mistrz Pandelisa, tylko wtedy istotnie zachwyca, kiedy zestawia się jego przywiędły intelektualny polot z mądrością ludową kiry-Rusaki. Ich dialogi są bardzo dobre i słychać ich pogłos, wtedy kiedy bohater z Damolinsem zostaje sam na sam (relacja mistrz-uczeń, będąca odbiciem biografii Prevelakisa).

Siostrzenica starego Damolinosa – Aliki, jest pierwszą miłością młodego Jorgakiego. Analizując ten wątek, przyznam się, byłem z początku bardzo zawiedziony: bo cóż to innego, jak nie infantylna miłostka pełna patetycznych okrzyków, przyrzeczeń i wyznań… Potem pomyślałem, że przecież jest to miłość niemalże dziecięca. Słowa napisane miłośnie na ogół trudno przeczytać po raz drugi bez zażenowania. To, co jest jednak literackie w tej relacji – choćby wyjątkowo subtelna scena, w której dziewczyna powiada, że była Ariadną, Heleną, Dydoną (s. 189), zestawione jest z chwilami czystymi i prostymi, które niczym kwiaty otwierają się dopiero oświetlone słońcem śmierci. Wtedy można zdać sobie sprawę, że banałowi nadany zostaje nowy kolor: każde słowo bohatera czyta się ze świadomością, że wypowiada je, wiedząc, że ciąży na nim wyrok. Słychać w nieszczęśliwym zakończeniu tej miłostki pogłos słów Damolinosa: „największe nawet nieszczęście, jeśli spojrzysz mu w oczy – uśmiecha się; największe szczęście – płacze” (s. 189) – chłopiec dopiero pozna życie, którego blade odbicie dostrzega na twarzy ciotki, zawieszonej pomiędzy dziecięcością jego świata, a okrucieństwem swojego.

„Słońce śmierci” – Książką Pokoju. Właśnie.

Jedną z najbardziej sugestywnych scen w tej powieści jest wspomniana już zabawa z osami, podczas której chłopcy przywdziewają ojcowski, skrojony na ich miarę, żołnierski strój i parodiują wojnę, a przy okazji również swoich ojców. Ich zabawa – podobnie jak we „Władcy much” Goldinga – byłaby dowodem na to, że instynkt wojny wpisany jest w człowieczą naturę, a okiełznany, obwarowany licznymi przepisami, staje się tym, co nazywamy sportem. „Wojna jest gorsza od pożaru, bo sama jest pożarem” – powiada Damolinos. Pożar ten szybko się rozprzestrzenia i dosięga wiejskich, spokojnych okolic: na froncie trzeba zwierząt: kóz, owiec, a przede wszystkim koni. Jest taki jeden biały Ogier – anioł, pegaz, genius loci tej biednej wioski: poi się nad sadzawką, czysta woda źródlana wybija wysoko, tworząc kryształową fontannę. Jest z tej ziemi, z żadnej innej, jego właściciel nie da go pohańbić, oznaczyć, przeciąć mu ucha – bez wahania przebija mu tętnicę na oczach poborowego, pozbawiając go życia. Słychać tylko jak „podkowy młócą suchą trawę”… Są chłopi, którzy nie wiedzą nawet, z kim ich dzieci walczą na frontach – jedni myślą, że jak chciał król – ramię w ramię z Niemcami, inni mówią, że Grecja przystąpiła do państw ententy. Bez koni wieś nie ma sił, będzie głód, co jest z tej ziemi, niech więc zostanie w tej ziemi. Wojna nie zdejmuje przekleństwa zemsty rodowej i tak z absurdu wyrastają kolejne absurdy.

Słońce symbolizuje tu cykl. Cykl pór roku domykający się pod znakiem Demeter. Nieco patetyczny gust autora-ascety sprowadził go na manowce przy tworzeniu zakończenia powieści. Książka powinna się skończyć, a właściwie urwać się kilka akapitów wcześniej. Urwać, a zatem otworzyć godną arcydzieła, tak dla nas – Polaków – obcą, a dla wszystkich Greków zapewne tak oczywistą, metaforą:

– Lubisz drzewa, Jorgaki? – spytała. – Które lubisz najbardziej?

– Najbardziej lubię oliwkę! – odparłem.

– Ja także… Kiedy umrę, zasadź oliwkę na środku mogiły, żeby wchłonęła mnie swymi korzeniami. A z owocu, jaki wyda co roku, zapalisz mi lampkę. (s. 321-322)

Prevelakis nie wyciągnął wniosków z lektury „Bojaźni i drżenia”, nie zrezygnował z ostatniej repliki, która jest właściwa moralności heroicznej (Barthes 2011, 324), uczynił z postaci, która powinna była zamilknąć – bohatera na miarę tragedii antycznej, pozostawiając czytelnika z uczuciem przesytu, jaki z pewnością miało się po prawdziwej rzymskiej uczcie.

Niemniej jednak powieść ta, za sprawą ciotki Rusaki, kipiąca folklorem, ożywiona jej powiedzeniami, przysłowiami, jej nietuzinkową moralnością, a także osobą młodego Jorgakiego, który wszystko to z niej wydobywa, oferuje nam rzadki dar, rzadki prezent: wciąga nas do tej na poły dziecinnej, na poły młodzieńczej krainy – Krety, gdzie Bóg, jak się zdaje, jeszcze nie umarł.

Literatura:

R. Barthes: „Fragmenty dyskursu miłosnego”. Przeł. M. Bieńczyk. Warszawa 2011.

W. Benjamin: „Narrator. Rozważania o twórczości Mikołaja Leskowa”. Przeł. K. Krzemieniowa. W: „Anioł historii. Eseje, szkice, fragmenty”. Wybór i oprac. H. Orłowski. Poznań 1996.

N. Ciesielczyk: „Kultura Krety w przekładzie na język polski: obcość w tłumaczeniach powieści Pandelisa Prevelakisa”. W: „Język w Poznaniu T. 3”. Poznań 2012, s. 25-37.

W. Faulkner: „Dzikie palmy”. Przeł. K. Wojciechowska. Warszawa 1993.
Pandelis Prevelakis, „Słońce śmierci”. Przeł. Janusz Strasburger. Czytelnik. Warszawa 1967 [seria Nike].