Wydanie bieżące

1 listopada 21 (357) / 2018

Michał Paweł Urbaniak,

SALOMONOWE DYLEMATY (CELESTE NG: 'MAŁE OGNISKA')

A A A
Późne lata dziewięćdziesiąte. Shaker Heights na obrzeżach Cleveland to miasteczko powszechnej szczęśliwości. Nieoczekiwanie płonie dom szanowanych Richardsonów. Ktoś polał łóżka benzyną i podłożył ogień. Podejrzenia kierują się w stronę Izzy, najmłodszego dziecka w tej rodzinie (była zawsze niewygodna jako „czarna owca, wielka niewiadoma”). Czy to ona jest odpowiedzialna za pożar? A może cała sprawa ma związek z nagłą wyprowadzką lokatorek z domu Richardsonów? Tak rozpoczynają się „Małe ogniska” Celeste Ng. Amerykańska pisarka korzysta ze schematu, na który zdecydowała się już w debiutanckiej powieści „Wszystko czego wam nie powiedziałam” – czytelnik od początku wie, co się zdarzyło (albo sądzi, że wie), a potem w retrospekcjach przenosi się w przeszłość, aby zrozumieć, co doprowadziło do dramatycznego finału. W obu przypadkach prolog mógł przywodzić na myśl thriller – a jednak to wyrafinowane powieści psychologiczne.

Ważnym elementem jest tu miejsce akcji. Nazwa miasteczka pochodzi od szejkerów – protestanckiej grupy religijnej zakładającej różnorodność i równość ludzi żyjących w odpowiednio zorganizowanym (a zatem i szczęśliwym) świecie: „Szejkerzy wierzyli, że jeśli zaplanują każdy szczegół, mogą stworzyć na ziemi kawałek nieba, niewielkie schronienie od trosk tego świata. Założyciele Shaker Heights myśleli dokładnie tak samo. (…) Perfekcja była ich celem”. Ów „wciąż obecny w powietrzu pęd do doskonałości” stał się cechą charakterystyczną tego miejsca. Shaker Heights stanowi prawdziwą oazę spokoju, równości i prawości. Mieszkańcy żyją w poczuciu, że należy stosować się do systemu ogólnie przyjętych nakazów i zakazów w dbałości o wspólne dobro. To mikrokosmos przypominający ten obecny na kartach „Wielkich kłamstewek” czy „Sekretu mojego męża” Liane Moriarty – pełen (pozornie) szczęśliwych rodzin, oddanych sobie małżeństw i spełnionych kobiet.

Swoistą ikoną tych wartości jest Elena, głowa rodziny Richardsonów, ciesząca się społecznym poważaniem lokalna aktywistka. To być może najciekawsza postać w powieści. Wiedziała, czego chce w życiu, dostosowywała cele do możliwości. Kluczem jej działań było unikanie metaforycznego ognia, co osiągała dzięki trzymaniu się przyjętych społecznie zasad, które urosły do rozmiarów dekalogu („Reguły istniały nie bez powodu – kto ich przestrzegał, osiągał sukces, kto je łamał, mógł puścić z dymem cały świat”). To dzięki nim prowadzi szczęśliwe życie jako żona ambitnego prawnika, matka czwórki dorastających dzieci i dziennikarka (marzenia o wielkiej karierze zastąpiła praca w miejscowej gazecie). Swój system wartości Elena wpoiła także dzieciom. Trip, Lexie i Moody dostosowali się łatwo, problematyczna pozostała najmłodsza Izzy (sytuacja niczym z łagodniejszej wersji „Piątego dziecka” Doris Lessing). Ona i matka pozostają w nieustającym konflikcie. Dla Eleny córka to żywy symbol braku kontroli nad rzeczywistością („Narodziny Izzy nauczyły jej matkę, że nawet jeśli życie toczy się własnym bezpiecznym torem, może nagle, bez ostrzeżenia, wpaść w spektakularny poślizg i zboczyć z kursu”).

Wszystko się komplikuje, kiedy w życiu tej rodziny pojawia się Mia Warren – wybitna fotografka, tajemnicza intelektualistka – z piętnastoletnią córką. Ona i Pearl wynajmują dom od Richardsonów. Dotychczas prowadziły wędrowny tryb życia, wyznaczany przez kolejne fotograficzne projekty. Nieposiadające stałego dochodu, nigdzie nie zatrzymywały się na dłużej, bagaż ograniczały do minimum, starały się nie przywiązywać do miejsc i ludzi. Wszystko wokół nich było tymczasowe, niestabilne. Dla Eleny Richardson spotkanie z Mią staje się pewnym przełomem. Po raz pierwszy dostrzega ona, że ktoś żyje inaczej niż wedle przyjętych społecznie zasad i wydaje się przy tym spełniony. Warto tu zacytować dłuższy fragment: „Całe życie pani Richardson było zorganizowane i pełne dyscypliny. (…) Wychowano ją w poszanowaniu zasad i wierze, że prawidłowe funkcjonowanie świata zależy od tego, czy się im podporządkuje czy nie. Tak więc szanowała je i w nie wierzyła. Już od wczesnego wieku dziewczęcego miała plan, którego skrupulatnie się trzymała: najpierw liceum, potem studia, chłopak, małżeństwo, praca, kredyt hipoteczny, dzieci. Sedan wyposażony w poduszki powietrzne i automatyczne pasy bezpieczeństwa. Kosiarka i odśnieżarka. Pralka i suszarka bębnowa tej samej firmy. Mówiąc w skrócie: wszystko robiła właściwie i zbudowała sobie dobre życie, takie jakiego zawsze chciała, takie jakiego chcieli wszyscy. A teraz stała przed nią ta cała Mia, kobieta tak inna od niej samej, prowadząca życie tak różne od jej życia, sprawiająca wrażenie, że ustala własne zasady i nie widzi potrzeby, by za to przepraszać”.

Stopniowo światy Richardsonów i ich lokatorek zaczynają się przenikać. Dorastające dzieci, przyzwyczajone do pewnego sposobu na życie, dostrzegają alternatywę. Odtrącona przez rodzinę, wrażliwa Izzy coraz więcej czasu spędza z Mią, a w zamian dostaje zrozumienie. Z kolei Pearl staje się kolejnym domownikiem u Richardsonów, jest coraz bardziej nimi zafascynowana („Ta rodzina oszołamiała swoją niewymuszoną pewnością siebie i jasnym poczuciem celu, widocznym wyraźnie niezależnie od pory dnia”). Widzi wymarzony dom – rzeczywistość zastygłą, stabilną, pewną, niemal nazbyt piękną, żeby okazała się prawdziwa („Miała wrażenie, jakby nie wchodziła do domu, ale do idei domu, do swego rodzaju archetypu, który ktoś urzeczywistnił tuż przed nią. Do czegoś, o czym wcześniej jedynie słyszała, ale czego nigdy nie widziała. Słyszała oznaki życia w odległych pokojach. Cichy pomruk reklamy telewizyjnej, pikanie mikrofalówki, która skończyła odliczanie czasu. Ale wszystkie te dźwięki dochodziły do nie z oddali, jakby we śnie”).

Napięcie narasta. Punktem zapalnym, który ostatecznie podzieli rodzinę Richardsonów i Mię Warren, okazuje się proces o prawa opieki nad dzieckiem chińskiego pochodzenia. Elena trzyma stronę swoich przyjaciół, McCulloughów, którzy wszczęli procedury adopcyjne, aby porzucona dziewczynka została z nimi. Z kolei Mia pomaga biologicznej matce, zagubionej Bebe Chow (młoda kobieta porzuciła dziecko z powodu trudnych warunków życiowych, ale pragnie je odzyskać). Nieporozumienia, wrogość, moralna niejednoznaczność wielu sytuacji na gruncie rodzinnym i społecznym – to wszystko doprowadza do tragedii.

Głównym trzonem „Małych ognisk” pozostają wybory godne biblijnego Salomona, zmuszonego rozsądzić, do której matki należy dziecko. Co decyduje o miłości macierzyńskiej? Biologia? A może inne czynniki? Czy May Ling Chow vel Mirabelle powinna zostać z biologiczną matką, czy raczej z zamożnymi, pełnymi oddania rodzicami zastępczymi? A co, jeśli Pearl czuje się lepiej w domu Richardsonów niż we własnym, gdzie czeka na nią skoncentrowana na sobie i swojej sztuce – ale przecież także kochająca! – matka? Analogiczna sytuacja dotyczy Izzy, odczuwającej prawdziwą bliskość z Mią („kiedy były tylko we dwie, łatwo było dziewczynie udawać, że Mia jest jej matką […]. Że Pearl – pół mili dalej oglądająca telewizję z jej własnym rodzeństwem – wcale nie istnieje, a to życie jest jej, tylko jej własnością”). Czy Elena naprawdę ma mniej uczucia dla „nieudanej” Izzy, niż dla innych dzieci? Ng zadaje bardzo aktualne i bardzo niewygodne pytania. Nie podsuwa też łatwych odpowiedzi.

„Małe ogniska” to także powieść o wciąż żywych podziałach społecznych, o świecie lepszych i gorszych. Autorka „Wszystko czego wam nie powiedziałam” pokazuje to w sposób nienachalny, ale wyrazisty, przede wszystkim poprzez zderzenie światów Warrenów i Richardsonów. W ich wzajemnych relacjach niekiedy czuć nie tylko fascynację, ale też (nieuświadomioną?) pogardę. Gdy Izzy pozna Mię – zatrudnioną u Richardsonów w charakterze gosposi – powie do niej: „To pani. Służąca na etat. Znaczy się najemca łamane przez sprzątaczka”. Dorastający Moody ze zdumieniem odkrywa, że ktoś żyje w mniejszym dostatku niż on („nawet nie potrafił sobie wyobrazić, że ludzie mogą być tak biedni, by musieć dzielić z kimś pokój”). Przyzwyczajona do ekskluzywnych markowych ubrań Lexie razem z Pearl po raz pierwszy odwiedza sklep z tanią odzieżą używaną. Elena wydaje się zszokowana, pojmując, że ktoś chciałby czegoś innego „niż wielki dom z wielkim trawnikiem, luksusowy samochód, praca w biurze”, że można dokonać zupełnie innych wyborów. Również sprawa z adopcją azjatyckiego dziecka ujawnia społeczne podziały. Rasizm ma się dobrze, niezależnie do tego, jak tolerancyjni jawią się sobie mieszkańcy Shaker Heights.

Celeste Ng po raz kolejny udowadnia, że przejmująco potrafi zdemaskować mit „american dream” – poukładana rzeczywistość jest taka tylko z pozoru, wystarczy jeden dramat, aby ów świat rodem z reklamy płatków śniadaniowych runął. To temat regularnie eksploatowany przez amerykańską literaturę, zarówno popularną (niektóre powieści Emily Giffin, Jodi Picoult, Danielle Steel), jak i wysoką (wątek Laury Brown w „Godzinach” Michaela Cunninghama, „Moja siostra, moja miłość” Joyce Carol Oates, „Amerykańska sielanka” Philipa Rotha, „Musimy porozmawiać o Kevinie” Lionel Shriver, „Droga do szczęścia” Richarda Yatesa). „Małe ogniska” stanowi przykład naprawdę dobrej literatury środka – z aktualną problematyką, wyrazistą psychologią postaci, sprawnie poprowadzoną, wielowątkową fabułą. Ta powieść przebija – skądinąd bardzo udany – debiut autorki. Pozostaje z ciekawością czekać na to, co jeszcze Celeste Ng zaproponuje czytelnikom.
Celeste Ng: „Małe ogniska”. Przeł. Anna Standowicz-Chojnacka. Wydawnictwo Papierowy Księżyc. Słupsk 2018.