Wydanie bieżące

1 listopada 21 (357) / 2018

Maja Baczyńska, Piotr Dąbrowski,

DAJĘ PIERSZEŃSTWO SŁUCHACZOWI

A A A
Maja Baczyńska: Twój nowy projekt to Strumień – czym on jest?

Piotr Dąbrowski: Być może ze Strumieniem jest tak, że kiedy jestem w pełni zaangażowany w chwilę, to jest to „strumień” i jestem cały w chwili, w byciu. Ale to tylko takie dość niebezpieczne próby nazywania. Chyba tak samo tworzyły się religie i wszelkie ideologie (próbując nazywać, systematyzować i wtłaczać innym, że tak a tak należy nazwać coś i jest to takie a takie i inne być nie może). Przyznam Ci się, że „strumień” funkcjonuje w moim umyśle jako coś, z czym próbuję się komunikować. Choć chyba lepiej pookreślali to ludzie ze Wschodu, mówiąc o naturze rzeczy lub Tao (Dao). Fascynuje mnie to, w jaki sposób płynie strumień lub rzeka – gdy napotyka przeszkodę, wzbiera i opływa ją, płynąc dalej swoim tempem. Ale nie odpowiedziałem na pytanie – „Strumień” to cykl koncertów pomysłu Filipa Piekarskiego i mojego, w którym podkreślam „medytacyjny” charakter muzyki intuitywnej. Za każdym razem zapraszam do współgrania innych muzyków. Tworzymy duety, tercety. Początkowo cykl odbywał się w klubie Chłodna 25 w Warszawie, a obecnie w tym samym mieście w klubie 4 Pokoje.

M.B.: Kiedy słucham Twoich słów, zastanawiam się, czy przypadkiem nie są one dowodem na to, że powraca do nas, w ogóle do społeczeństw, potrzeba mistycyzmu. Tylko dlaczego?

P.D.: Nie wiem, czy od razu do społeczeństw, ale faktycznie coraz częściej spotykam ludzi, dla których ważna, a nawet podstawowa, jest sfera [tzw.] duchowości. Jeśli rzeczywiście żyjemy w czasach wielu takich „przebudzeń” duchowych, to może dlatego, że w świecie została zaburzona jakaś równowaga. Czasem myślę, że znów dzieje się jakaś mała rewolucja, trochę jak w latach 60. czy 70. (punkowa). Może powraca w nas jakaś potrzeba autentyzmu, swobodnego bycia i rozwoju oraz... pokoju.

M.B.: Myślę, że taka muzyka jak Twoja może niektórym tylko pomóc.

P.D.: Byłoby pięknie. Chciałbym kontynuować w pewnym sensie to, co robili muzycy z kręgu tzw. spiritual jazz (lecz nie w sensie grania jazzu, tylko muzyki intuitywnej, czasem o jazz zahaczając). Interesuje mnie sztuka, która człowieka buduje, oczyszcza, inspiruje, prowadzi do rzeczywistości i zarazem nią jest.

M.B.: To ciekawe! Jaka sztuka Twoim zdaniem może budować człowieka?

P.D.: Mówi się „czuję się zbudowany”, może to być rodzaj satysfakcji, jakiegoś spełnienia. Tworząc, czy to muzykę z innymi, czy solo, czuję się spełniony. Doznaję szczęścia, jeżeli ci, którzy patrzą i słuchają, zostaną oczarowani – jeśli odbiorą dźwięki czy światło i da im to różne pozytywne wrażenia, głębokie przeżycia, wzruszenia, inspiracje, uspokoją się, rozluźnią, zyskają siłę czy może będą bliżej siebie i innych. Jeżeli sztuka właśnie tak działa (chciałbym, aby moja tak działała), to możemy mówić o budowaniu człowieka – wspieraniu go, a może nawet przynoszeniu ulgi w cierpieniu. Człowiekowi rozluźnionemu i uważnemu chyba lepiej się żyje. Krótko mówiąc, sztuka może budować zarówno twórcę, jak i odbiorcę. Szczególnie tę rozgrywającą się na żywo. Bo wtedy również słuchacze tworzą ją swoją obecnością i reakcjami.

M.B.: Piękne i raczej słuszne to, co piszesz. A co może być takim brzmieniowym bodźcem od publiczności?

P.D.: Jak rozumiem, mówimy o publiczności koncertowej. Swego czasu zachwycałem się fragmentami książki Michaela Nymanna „Muzyka eksperymentalna. Cage i po Cage'u”. Tam wyczytałem, że muzykę tworzy umysł człowieka; bardzo inspirujące hasło, które uznaję za prawdziwe, wielopoziomowe i szerokie. Odczytuję je dosłownie. Jeśli mamy twórcę muzyki, improwizatora, kompozytora, człowieka, który chce „bawić się muzycznie” głosem, patykiem, kamieniem, własnym ciałem, to on tworzy muzykę, bo umysł mu gra. Inną sprawą jest spór o to, czym jest muzyka. Ale odczytuję wspomniane hasło też tak, że jeśli jest człowiek, który słyszy i czuje dźwięki, to wszystko, co słyszy, może być dla niego muzyką – las, miasto, pustynia, maszyna, rozmowa, głosy zwierząt, rzeka, wodospad, deszcz, szlifierka kątowa u sąsiada, dźwięki własnego organizmu... wszystko. Inaczej dla niego gra dzień, inaczej gra noc, inaczej gra obecność, inaczej nieobecność. W niniejszej książce czytałem również o sytuacji muzycznej, w której nie ma podziału na wykonawców i publiczność, że niektórzy konsekwentnie próbowali to realizować i realizowali. To umysł tworzy muzykę. Na koncercie każdy człowiek, czy gra, czy biernie uczestniczy, jest częścią jakiegoś organizmu muzycznego. Gdy idę na koncert, lubię synchronizować się z muzyką i muzykami, nawet jeśli nie wszystko mi się podoba. Czasem organizm mój reaguje tak, jakby się rozpalał, dźwięk porusza moje ciało, wydaję z siebie różne mruki, głębsze oddechy, okrzyki... Czasem dzieją się jakieś filmy w głowie. Nieszczęśliwe dla mnie jest nie-czucie muzyki (a zdarza się). Kilka razy słyszałem, podczas rozmów pokoncertowych z artystami, że moje reakcje były odebrane i wspierały człowieka grającego, a ja czułem jedność z muzyką i muzykami, czułem się wręcz tak, jakbym to ja sam grał tę muzykę. Publiczność czasem daje nam bodźce brzmieniowe. Oczywiście brawa są taką ogólnie przyjętą formą brzmieniowego bodźca od publiczności i słychać, jakie one są. Jako instrumentalista zaczynam coraz bardziej doceniać bodźce będące pozornym brakiem bodźców. Swoją drogą ciekawe – „bodziec” to straszne słowo, zawiera w sobie przemoc. „To mnie ubodło”, sprawiło przykrość. Na ostatnim koncercie, który grałem z Pawłem Postaremczakiem, przez większość koncertu „bodźce” były subtelne, jakby publiczność płynęła, być może oddała się jakiejś wewnętrznej podróży. Ale zawsze już sam fakt, że człowiek przyszedł na koncert, to dużo.

M.B.: A jest coś takiego jak instynkt wykonawcy i instynkt słuchacza?

P.D.: Nie wiem. Zastanawiam się nad „instynktem wykonawcy i instynktem słuchacza” – co to znaczy. Kiedy wyobrażam sobie postać, która ma instynkt wykonawcy lub słuchacza, to jest to postać, która czegoś poszukuje, pod wpływem wewnętrznej potrzeby. Tak jakby: „chodzi po lesie i niucha”. A kiedy już znajdzie to, czego szukała, to cieszy się tym cała sobą. To jest dla mnie instynkt. Słuchacza ciągnie do słuchania a wykonawcę do wykonywania. Podoba mi się, gdy wykonawca posiada oba te instynkty. Odnośnie instynktu wykonawcy we mnie, to czuję się szczęśliwy, kiedy gram. Dodam tylko jeszcze, że bardzo rzadko gram czyjeś lub własne kompozycje, częściej muzykę z założeniami kompozycyjnymi, a w ogóle najczęściej muzykę, która powstaje tu i teraz – w tej sytuacji trudno chyba mówić o byciu wykonawcą. Początek i koniec są w jednym momencie.

M.B.: A czy słuchacz może chcieć być takim „wykonawcą” i na odwrót?

P.D.: Myślę, że tak. Słuchacz może chcieć być wykonawcą, a wykonawca może chcieć być słuchaczem. Ciekawi mnie dlaczego słuchacz może zechcieć być wykonawcą. Może, kiedy zachwyci się słyszanym i ma w tym jeszcze ciekawość natężoną do tego stopnia, że sam chce tworzyć to, co jest w danym momencie słyszane, to pewnie stanie się w końcu wykonawcą. Daję pierwszeństwo słuchaczowi, bo myślę, że przecież ja też jestem przede wszystkim słuchaczem, słuchającym, a wykonawcą dopiero w drugiej kolejności. Wyobrażam sobie sytuację, kiedy wykonawca przestaje być słuchaczem – gdy przestaje cenić dźwięk jak skarb (wtedy moim zdaniem zaczyna działać mechanicznie, bezdusznie, nieludzko). Jednocześnie ma wówczas szansę, aby zacząć słuchać świadomie.

M.B.: A czy jest w słuchaczach coś, co mogłoby być dla Ciebie nie do zniesienia?

P.D.: Trudno powiedzieć. Czy chodzi Ci o to, że słuchacz sam nie może czegoś w sobie znieść, czy ktoś inny nie może znieść czegoś, co wydaje mu się, że jest w słuchaczu?

M.B.: Chodzi mi o te momenty, gdy grasz koncert, a publiczność jakby „wymyka się spod kontroli”.

P.D.: Nie bardzo wiem, o jaką kontrolę miałoby chodzić. Czy o kontrolę konwenansu, który mówi jak mam się zachować na koncercie? Jakoś trudno mi sobie wyobrazić, że publiczność na koncertach, na których gram, miałaby być kontrolowana. Ale jeśli myślimy o jakichś nieooczekiwanych zachowaniach na widowni, to pamiętam kilka dziwnych sytuacji. Na przykład podczas koncertu z Iwoną Jędruch (w ramach duetu „Pieśni zwierząt”) w klubie Eufemia w Warszawie pewien człowiek nagle zaczął grać na moich instrumentach, a ja czułem, że to słuchacz, który przekracza pewne granice.

M.B.: Stał się wykonawcą na „Twojej” scenie.

P.D.: ...zezłościłem się i nawet nie potrafiłem zareagować i było to zaskakujące. Rozmawiałem z nim później po koncercie. Dziwił się mojej złości i mówił, ze jestem egoistą. Z jednej strony zachował się tak, jakbym ja nie chciał zachować się na czyimś koncercie, a z drugiej pokazał mi, jak bardzo byłem spięty. Z kolei na jednym z moich koncertów w tym roku ktoś zapalił kadzidło, po czym sam zaczął grać na kalimbie. Skorzystałem z tego i zagrałem razem z nim, było to miłe, chociaż ja bym tak nie zrobił. Myślę, że akurat ten człowiek po prostu dobrze się poczuł na moim koncercie, a sam zapewne trochę gra. Zrobił to też z dużym wyczuciem.

M.B.: Może, jak to zwykle bywa, wszystko zależy od intencji. Dziękuję za rozmowę.
Fot. Kuba Jurkowski.