Wydanie bieżące

1 listopada 21 (357) / 2018

Jakub Skurtys,

WSZYSCY BĘDZIEMY JESZCZE MŁODZI (KAMIL KWIDZIŃSKI: 'ROZŁĄKA')

A A A
Kamil Kwidziński debiutował w „Zeszytach Poetyckich” niszowym „Sezonem arktycznym” (2011), gdzie po dwóch latach opublikował też tomik „Conan i Coco” (2013); potem był jeszcze wydany własnym sumptem arkusz „Dom Gdzie Wszyscy Się Trzęśli” (tu możemy tylko wierzyć słowu wydawcy). Wiersze nie były szeroko omawiane, pojawiło się niewiele recenzji i to pozostawanie w niszy wydaje się czymś charakterystycznym dla autora. Jego nowa książka „Rozłąka” to projekt samizdatowej Tłoczni Wydawniczej „Ach Jo!”, czyli właściwie samego Kwidzińskiego i Dawida Mateusza, który odpowiada też za posłowie (oraz Martyny Kiełbas – grafika i Macieja Kiełbasa – skład). Promocja i dystrybucja tomu były właściwie, delikatnie rzecz ujmując, znikome, ale niewiele lepiej było z wydanym przez tę samą ekipę (choć we współpracy z Łódzkim Domem Literatury, na który można zawsze liczyć) debiutem Radosława Jurczaka „Pamięć zewnętrzna”, za który autor otrzymał przecież Silesiusa i dopiero to wyróżnienie wywindowało go na szczyty popularności. Trudno zakładać, by z obytym już na scenie, ale też niespecjalnie zabiegającym o uwagę Kwidzińskim mogło być podobnie, więc zapewne etykieta poety niszowego i niedoczytanego pozostanie przy nim również przy okazji „Rozłąki”.

„Sezon arktyczny” Mateusz określił w posłowiu nowej książki jako tomik młodzieńczy. Rzeczywiście, nosił on sporo cech debiutu przedwczesnego, chociaż jeśli mierzyć go wiekiem autora, to dwudziestodwuletni wówczas Kwidziński i tak przegrywał z Krzysztofem Siwczykiem (18 lat w chwili debiutu) czy z patronującym jego poezji Rimbaudem (który w tym wieku zakończył już przygodę z literaturą). Zarazem jednak fraza Kwidzińskiego była na tyle oryginalna, a jego poszukiwania na tyle odkrywcze, że szkoda było ten debiut spowalniać. Posłowie doń napisał Mateusz Zimny i trafnie wskazywał na coś, co będzie naznaczać poezję w kolejnych latach Kwidzińskiego: „Rzadko zdarzają się dziś wiersze pisane krwią. Rzadko zdarzają się dziś poeci umierający poezją naprawdę” (s. 48). Choć te metaforyczne dookreślenia są nieco zbyt dosadne, przesycone patosem, to ich waha tkwi w tradycji, do której odsyłają – modernistycznej tradycji poetów przeklętych, do kaskaderów literatury, którzy chcieli żyć słowem, a opozycja życie/literatura do dziś pozostaje fundamentalną kategorią ich poezji.

Już w „Sezonie...” znać było charakterystyczny witalizm i erotyzm wierszy Kwidzińskiego, ich liryczne balansowanie między pulsującym, doznającym „ja” i osadzonym w roli seksualno-literackiego partnera „ty”. W oczy rzucała się też skłonność autora do wchodzenia w literackie potyczki, znamionująca tyleż jego oczytanie w tradycji, ile wciąż nieprzepracowaną fascynację poprzednikami. Dwa fragmenty warto z tego tomu przypomnieć, bo proroczo wskazywały przyszłą ścieżkę Kwidzińskiego: „Przypisano nam posłuch jednej nocy/ jest w nas niepokój nowej mistyki” („Studium”) (s. 45) oraz: „Będę ścierwo słowika, będę ścierwo miłosnego nerwu, będę rozprężone/ ścierwo słowa: spazm, a jeśli ciała przejdą samym tylko brzegiem pokoju,/ będę kołysanką sztywnego ramienia, będę kołysanką pachnącej poszewki” („Powtórzenia banału”) (s. 12). Jak głosi tytuł drugiego z tekstów, tyleż w tym banału i kiczu, ile celowej przesady i świadomości, że powtórzenie jest niezbędne, a w każdym zawiera się jednostkowe, niepowtarzalne napięcie twórcze.

„Conana i Coco” zdobiło zdjęcie Alicji Reczek (znanej jako White Alice), na którym pozował słynny, nieżyjący już Andrzej Bersz, jeden z lepiej rozpoznawalnych modeli dojrzałych aktów męskich. Podobnie jak w tomie poprzednim, co sugerowała już okładka, witały nas erotyki „z erudycyjnym podkładem”, wymagające całkiem niezłej znajomości historii sztuki i poezji (albo Internetu) w charakterystycznej dla Kwidzińskiego tradycji wielkich buntowników, zwłaszcza surrealistów, kubistów, beatników i innych życiowych rozbitków. Niestety impet debiutu trochę tam osłabł, fraza okrzepła, więcej było melancholii, a tom zatrzymywał się mniej więcej w miejscu, w którym debiutancki „rewers” kończył Tomasz Pułka: na poszukiwaniach sposobu wybrnięcia z intymności w uniwersalność. Wiele nam obiecywał „handlarz twojego ognia” (s. 36), szaman, zanurzony w mitologii dalekiego Meksyku, ale wszystko to miało w sobie jakieś wyrachowanie i cierpiało na brak poetyckiej energii, wkradała się melancholia, język zawodził, być może w nagłym (jak wszystko u Kwidzińskiego) olśnieniu, że zawieść musi, że język poezji nigdy nie będzie językiem tryumfu i może tylko towarzyszyć kolejnym porażkom.

Jak zauważyła Dorota Walczak w jedynym z komparatystycznych omówień współczesnej poezji: «Dziś, w XXI wieku, istnieje rodzaj pewnego zażenowania w przywoływaniu samego już hasła wiersza miłosnego. Wiąże się to m.in. z narosłymi przez wieki stereotypami oraz imitacjami związanymi z niedościgłą wersją prototypów, którymi byłyby: „Pieśń nad Pieśniami”, sonety Petrarki i Szekspira, a także w innym stylu, ale ciągle kanonicznie – miłosne wiersze dworskiego baroku» (Walczak 2010). Kwidziński tymczasem konsekwentnie eksploruje właśnie model wierszy miłosnych i angażuje się we wszystkie te historyczne pojedynki, które zażenowanie zmieniają w brawurę. „Ścierwo miłosnego nerwu” to pewien mityczny poziom zero, z którego próbuje przemawiać tu liryczne „ja”. To naturalistyczne, turpistyczne wręcz biologizowanie, w którym mięśnie i tkanka wystawiane są na spazm erotyczny, ale też na bezpośrednie ryzyko poranienia czy śmierci: „Kołyszę się, dwudziestoletnie/ zwierzę” („Biblioteka. Laurze z oddziału 028”, s. 7) – nagie, odsłonięte, uwięzione między szamańskim dryfem, erotyzmem i świadomością bycia skazanym na błędy poprzedników. Owszem, „Sezon arktyczny” był tomem młodzieńczym, ale każdy właściwie tom Kwidzińskiego okazuje się na swój sposób młodzieńczy. Obok witalizmu, erotyki i rimbaudowskich fascynacji spazmem życia, to właśnie młodość (wyrastanie z niej, dorastanie do niej ponownie) jest głównym tematem wszystkich książek autora.

Co można zatem napisać o „Rozłące”? Coś z pewnością warto napisać, i to pochlebnie, choć nie jest to propozycja na miarę „Pamięci zewnętrznej” ani w zakresie formalnej ekwilibrystyki, wynalazczości językowej, ani zdolności formułowania nowego, pozytywnego programu poetyckiego. Przede wszystkim Kwidziński nadal zaskakuje energią i bezczelnością wyzywania autorytetów na poetyckie pojedynki. Gdyby ta książka była debiutem, byłby to debiut wyjątkowy, wizyjny i intymny zarazem, pełen zamaszystych fraz i delikatnych subiektywizacji. Ale mamy do czynienia z autorem już okrzepłym na scenie, z wypracowaną dykcją, a mimo to piszącym wiersze z pewną sztubacką bezczelnością. W tej chwili należy to zatem potraktować jako część zamierzonego projektu, specyfikę stylu Kwidzińskiego i rozpatrywać na tle rozwoju samego poety i jego pozycji wobec innych, współczesnych liryzująco-miłosnych dykcji (myślę choćby o Rafale Rutkowskim, klasycyzującym Macieju Rasiu czy samym Mateuszu).

W posłowiu do „Rozłąki” Mateusz naprowadza nas na tropy, które pomóc mogą zlokalizować trzecią książkę Kwidzińskiego na poetyckiej mapie. Tytuł tomu, tytuły obu części („Ludzieńkowie” i „Ballada bezludna”) oraz kolejne motta, to oczywiście spłata długu wobec „Łąki” Bolesława Leśmiana. Po drodze pojawiają się też Neruda, Auden, Alberti (raczej hiszpański poeta Rafael, bo hiszpańskie konteksty są Kwidzińskiemu najbliższe), Suska, Apollinaire, Simic, Sosnowski i Foks, a nawet Erwin Kruk, zmarły niedawno kaszubski poeta, choć wiersz pochodzi z czasów, gdy Kruk jeszcze żył, a umieszczenie go na końcu tomu wybrzmiewa jak smutne memento: „Cicho przeżyje i umrze moje serce. Którzy mieli trwać – przetrwają,/ którzy we mnie umarli, zostaną tam pochowani.// Jest we mnie naga ziemia, nad którą nie płaczą żadni bogowie” (s. 49). Mateusz przywołuje w swoim tekście jeszcze Jacka Podsiadłę, który wydaje się fundamentalną tradycją dla Kwidzińskiego, najbardziej współczesnym i naturalnym punktem odniesienia. Co łączy tych wszystkich autorów? Przede wszystkim skłonność do pisania erotyków czy, szerzej, poezji miłosnej oraz pewna zamaszysta wizyjność, rzucona przeciw liryce oschłej i oszczędnej, przeintelektualizowanej. Sosnowski i Foks pojawiają się tu trochę jak bohaterowie negatywni, ci, którzy skomplikowali reguły poetyckiej gry, ośmieszając kategorię wyznania, i którzy też muszą zostać jakoś przezwyciężeni, ale na pewno nie odrzuceni (przypomnijmy, że to autorowi „Po tęczy” zawdzięczamy piękną, postleśmianowską frazę „Dla tej ciemnej miłości dzikiego gatunku”, że aura i czar jego wierszy wyprzedzają często ich zdolność komunikowania sensu).

W posłowiu do „Conan i Coco” Karol Maliszewski, odnosząc się do świetnego wiersza „Remedios pisze do Leonory”, stwierdzał: «Najwięcej (...) pożytku dałaby tu kontemplacja obrazów „genialnej Remedios Varo”, określanych jako surrealistyczne, mistyczne i religijne. Tworzą tło dla ekstatycznego świata Kwidzińskiego, który w swych najlepszych utworach próbuje łączyć religię sztuki z mistyką miłości. Ale po Świetlickim i Sosnowskim, po Foksie i Podgórnik nie da się tego robić zbyt miękko i czule, nie da się zbyt naiwnie. Stąd dysonanse, bardzo umiejętnie tu rozgrywane w imię świeżości i sugestywności obrazu.» W „Rozłące” Kwidziński zrobił z tej frazy wiersz, „na Sosnowskiego” żywiąc się krytyczną materią, ożywiając miłośnie pojęcia, jakby tylko on na nowo mógł podjąć dialog z Czułością: „Nikt nie napisze, jakby całował rozstęp. Nie ma czułości po Foksie. | Po tej śmierci wywietrzono pokoje. Nie ma czułości po Sosnowskim. | Nie ma śmierci na trawie. Tylko jej cień w trzeciej osobie” (s. 45). Ten szereg poetyckich agonów, mniej lub bardziej udanych starć z fundatorami dyskursu miłosnego, potwierdza charakterystyczną pozycję podmiotu Kwidzińskiego. Mamy do czynienia z wiecznym studentem poetyckiej muzy, zaczytanym w wierszach, ale też z kimś na wzór młodzieńczego kochanka, którego zmysły buzują, a erotyczne spotkania prowadzą koniec końców do nawiązywania głębszych relacji (większość wierszy dedykowana jest różnym kobietom, jak to bywało i u Podsiadły). Weźmy taki choćby paradoks, manifest i dedykację w jednym tekstów: „Jest taki wiersz Nerudy, który napisałem przy tobie. Zaczyna | się ranką zadaną przy wkrajaniu łososia do drewnianej miski” (s. 9). Z tej perspektywy cały tom Kwidzińskiego jawi się jako wykolejona Bildungsroman: opowieść o dojrzewaniu do nieobecności, do straty i tytułowej „rozłąki” właśnie, naznaczona kolejnymi skaleczeniami i bliznami. Przytoczmy zresztą biogram autora, wydrukowany na końcu książki: „Uciekłem gdzieś, zaciągnąłem się na statek. Wskoczyłem na platformę wiertniczą, zrobiłem sobie tatuaż. Uprawiałem ogród i zbierałem nasiona. Zaręczyłem się i wciąż szukam ładnego kapelusza. To moja ostatnia książka” (s. 63).

Kto przychodzi na myśl w pierwszej kolejności w kontekście tej gry? Rimbaud zapewne, z jego niekończącą się ucieczką do Afryki, potem Stachura, Wojaczek, Podsiadło, a więc „poeci życia”, którzy bądź to rezygnowali z literatury, jako fałszywej obietnicy spełnienia, bądź też mieszali ją z biografią do tego stopnia, że zacierała się między nimi granica, a samo życie zyskiwało poetycki rys. To sztampowe wymykanie się roli poety jest u Kwidzińskiego bardzo świadome, zanurzone w konwencjach literackich i naznaczone cieniami poprzedników, którzy wielokrotnie już zdobywali się na podobny gest. Już na tym poziomie mamy jednak do czynienia z jakimś rodzajem ucieczki, nie typowego eskapizmu w wizyjność literatury, ale ucieczki od siebie samego poprzez literaturę i na odwrót: od niej, w stronę siebie.

Nowy tom Kwidzińskiego wyłania się z najlepszych tradycji liryki dwudziestolecia, a potem lat dziewięćdziesiątych. Wrażliwość i pewien rodzaj egzaltacji miłosnej, która towarzyszy frazom autora, można by porównać nie tylko do wierszy młodego Stachury czy Podsiadły, bo jednak o zupełnie inne „życiopisanie” tu idzie, ale właśnie do różnorakich młodzieńczych błysków geniuszu pokroju Rimbauda, pokolenia 27 w Hiszpanii (Alberti, Cernuda, Lorca), Czuchnowskiego czy debiutów katastrofistów z kręgu lubelskiego i wileńskiego. Nawet tak charakterystyczny dla Kwidzińskiego rodzaj przeżywania młodości, która zachwyca się jakąś geograficzną obcością, np. brukiem Paryża, przypomina wystąpienia grup poetyckich z lat 20. i 30., gdy obowiązkowy do napisania był wiersz koleżeński, panorama społeczna, wiersz z wyjazdu za granicę i kilka tekstów z nawiązaniami do znamienitych, nie zawsze rozpoznanych jeszcze, europejskich przyjaciół. Kwidziński porusza się w tym niebywale biegle, jakby rozmawiał nie z cieniami z przeszłości, tylko właśnie wypił wódkę z młodym Nerudą i pokłócił się na raucie z Albertim (chyba to właśnie miał na myśli Maliszewski, pisząc, że te wiersze tylko udają erudycyjne, a w rzeczywistości są instynktowne). To też cenna umiejętność: wykorzystania tradycji w taki sposób, że staje się ona żywa i dynamicznie znacząca, że nie ma w sobie nic z typowego, klasycystycznego monumentalizowania i rozmów z portretami trumiennymi.

Nie wiem tylko, jak długo uda się Kwidzińskiemu zachować ten młodzieńczy, sztubacki wigor i taki rodzaj wrażliwości. Nie wiem nawet, czy wypada mu go zachowywać w tej właśnie formie, bo przecież „Rozłąka”, przynajmniej w części, jest o dojrzewaniu do akceptacji braku, a nie nadmiaru. Na razie jest to kubeł zimnej wody na głowy tych, którzy młodzieńczą wrażliwość uznali w poezji za straconą. Ba, powiedziałbym nawet, że Kwidziński doskonale wpisuje się w widoczny ostatnio ruch w stronę odzyskiwania tej wrażliwości, liryczności wiersza, której źródłem jest rozedrgany podmiot, nieuciekający od świata, ale dokonujący przefiltrowania jego treści przez własne projekcje miłosne. W ten sposób, na zasadzie analogii, buzuje i świat wewnętrzny bohatera, i to, co wokół niego.

Zestaw motywów, które przewijają się przez całą „Rozłąkę”, jest w dużej mierze zaczerpnięty z „Łąki”, zawiera w sobie żywych i umierających bogów, ptaki, ziemię bujną, nagą lub spaloną, rozkwitającą i umierającą na naszych oczach. Ale są też niepokojące sygnały operacyjno-porodowo-agonalne (od „Topielca”, przez „Bliznę” i „Rozgrzeb”, po „Rozstępy”), które leśmianowskie wyradzanie się świata i jego wieczne trwanie przyprawiają o elementy cierpienia i bólu. Nowy poeta nie rodzi się tu bezboleśnie, doświadcza ciągłej utraty, ale – co wydaje się znacznie ważniejsze – ma ona fizyczny charakter, naznacza piętnem, trwale okalecza ciała kochanków. Wyobraźnia Kwidzińskiego często krąży w tym tomie wokół mitologicznej fantazji o kobiecym brzuchu przed porodem i po nim, między egzystencjalnym „wypchnięto mnie w mocarnym spazmie” (s. 3) i bliznami „po kleszczach porodowych” (s. 29).

Wydaje się, że jest to tom chłopięcy, bo tylko chłopcom udziela się tu głosu, bo to oni tworzą jakąś poetycką nić tradycji, w której płynnie porusza się podmiot (np. galeria tytułowych poetów). Ale ten agon działa tylko dzięki kobiecie: wówczas, gdy „katarzyna czyta Audena w moim tłumaczeniu” (s. 27), gdy [mógłbym] „porzucić twój kark chłopięcy pochylony nad Albertim” (s. 29), czy też kiedy „to moja kobieta żuje gumę w deszczu | a Siwczyk i Podgórnik romansują na końcu martwego języka” (s. 31). Zasada pozostaje ta sama: ona, liryczna adresatka lub bohaterka, o której traktuje wiersz, jest wyzwaniem wobec poezji, jej źródłem, ale też rodzajem testu, którego nie zdadzą fałszywe wiersze. W tym sensie model „liryki miłosnej” jest dla Kwidzińskiego modelem liryki w ogóle, tylko on bowiem może przejść test rzeczywistości i nie zagubić się w martwych językach martwych bogów.

Tytułowa metafora „rozłąki” zyskuje dzięki temu na atrakcyjności, bo nie dotyczy wyłącznie związków erotycznych czy przyjacielskich (przepracowywania rozstania, jak choćby u Rasia), ale też relacji podmiotu wobec tradycji, jego stosunku do przeczytanych lektur i porzuconych kategorii estetycznych. Ową roz-łączność można tu potraktować bardziej filozoficznie: jako dochodzenie do świadomości, że za wytworzeniem własnej dykcji idzie konieczność odcięcia się od mistrzów, wydobycia się na „niepodległość głosu”, ponownego dostrzeżenia pęknięcia między językiem a doświadczaniem. Nie bez powodu przywołuję tu krytycznoliteracką matrycę Jacka Gutorowa, to on bowiem był autorem posłowia do wierszy Leśmiana („Z tamtej strony ciszy”, 2012), gdzie starał się pokazać właśnie filozoficzną nowoczesność „Łąki”. W jego interpretacji poemat ten, znamionujący dojrzałego już Leśmiana, stawał się samoświadomą opowieścią o nieudanej próbie interioryzacji świata, o dochodzeniu do zgody na to, że niemożliwe jest zapanowanie nad nim za pomocą jaźni, a jedynie pewien rodzaj pokornej, choć ekstatycznej koegzystencji. Wnioski Kwidzińskiego z lektury Leśmiana są bardziej negatywne: nie chodzi już o samą koegzystencję, ale o wpisaną w nią możliwość porażki, a więc nie-współ-bycia, u-bytku, jak to pięknie wyostrzył kiedyś Tadeusz Sławek. Między urokliwymi frazami i sztubackimi prztyczkami toczy się więc w „Rozłące” iście bloomowska walka o wytworzenie własnego głosu, który możliwy jest tylko jako głos osamotniony, oddalony, utrwalający brak w sobie samym (ową „rozłąkę”, „rozstęp”, hiatus), a więc głos łamiący się w momencie orzekania. Ta postawa tak bardzo kontrastuje z witalistyczną, erotyczną naturą poezji Kwidzińskiego, że staje się nośnikiem lirycznego dramatu i napełnia tom nową energią.

Literatura:

D. Walczak-Delanois: „Wiersz miłosny XXI wieku w poezji polskiej i we francuskojęzycznej poezji Belgii”. „Rocznik Kompatarystyczny” 2010, nr 1.
Kamil Kwidziński: „Rozłąka”. Tłocznia Wydawnicza „Ach Jo!”. Kraków 2018.