Wydanie bieżące

15 listopada 22 (358) / 2018

Sławomir Iwasiów,

GŁOS ZZA LINII FRONTU (THOMAS MANN: 'NIEMIECCY SŁUCHACZE!')

A A A
Wojenne audycje Thomasa Manna, które po niemiecku ukazały się drukiem ponad trzydzieści lat temu, a dzisiaj – w tłumaczeniu i opracowaniu filologicznym Małgorzaty Łukasiewicz – trafiają na polskie półki księgarskie, to rzecz przynajmniej z kilku powodów zajmująca. Zanim przejdę do wyliczenia wybranych zagadnień dotyczących tej publikacji, chciałbym już na wstępie podkreślić jedną rzecz. Czytając tom pod tytułem „Niemieccy słuchacze! Przemówienia radiowe z lat 1940–1945”, trudno pozbyć się wrażenia, że siła oddziaływania tych audycji musiała być w tamtym okresie prawdopodobnie daleko większa niż dzisiaj. Nie słyszymy przecież głosu samego autora, a mamy – mimo wszystko jedyną w swoim rodzaju – możliwość poznania (w formie spisanej) jego na gorąco formułowanych przemyśleń na temat przetaczającej się przez Europę wojny. Czy także współcześnie wypowiedzi autora „Czarodziejskiej góry” można uznać za przejmujące? Co z nich pozostało „nowego” w świetle i tak ogromnej, a wciąż przyrastającej bibliografii badań nad historią XX wieku? Jak można odczytywać słowa Manna dzisiaj i czy wciąż da się wczuć w rolę potencjalnego odbiorcy tych przemówień?

Książka zawiera pięćdziesiąt dziewięć tekstów, które w formie kilkuminutowych audycji były emitowane na antenie radia BBC. Odbywało się to na dwa sposoby. Początkowo teksty Manna czytał po niemiecku pracownik londyńskiej rozgłośni. Niedługo później sam pisarz nagrywał w nowojorskim studiu swoje wypowiedzi na płyty, które po pokonaniu długiej drogi przez ocean trafiały do studia BBC i bezpośrednio – już jako odautorski głos – do słuchaczy. Z reguły emitowano jedną, w późniejszym czasie dwie audycje w ciągu miesiąca. Adresaci tych przemówień nie byli przy tym przypadkowi. W posłowiu do książki Michał Głowiński rozpoczyna analizę tekstów Manna od zasadniczego pytania: do kogo mówił pisarz w swoich radiowych wystąpieniach? Przede wszystkim do tych słuchaczy, którzy rozumieli język niemiecki. Ten gest – w obliczu wielu przekładów książki – traci dzisiaj swoje pierwotne znaczenie i doraźny, publicystyczny, perswazyjny charakter. W latach 1940–1945 Mann zamieniał (rozmieniał?) literacki talent na radiową publicystkę. Dzisiaj jego publicystyka, jakby na zasadzie jakiegoś kolistego „prawa mediów”, znowu staje się literaturą.

Przede wszystkim niemiecki noblista nie wypowiadał tych nierzadko żarliwych słów do nas – „ludzi przyszłości” – choć w niektórych tekstach zdarzało mu się snuć rozważania na temat świata po wojnie. Jego wypowiedzi miały charakter felietonów i komentarzy do bieżących wydarzeń na frontach drugiej wojny światowej. Mówił zatem i do tych, którzy całą mocą próbowali narzucić Europie ohydną wizję nacjonalizmu i rasizmu, i do tych, którzy stali się – nie zawsze z własnej woli – współwinnymi tej nowo rodzącej się zbrodniczej tradycji. Mówił i do katów, i do ofiar. Liczył na to, że jego głos przebije się przez barierę językową, choć nie ukrywał, na czyim odbiorze najbardziej mu zależy. Mówił przecież do tych, których językiem sam mówił i pisał. Niejednokrotnie zwracał się do Adolfa Hitlera i jego popleczników, używając słów mocnych, powodowanych emocjami, nie zawsze wyszukanych (ale jakże i dzisiaj cieszących „ucho”!). O Hitlerze na przykład stwierdzał, że jest: „tyranem”, „awanturnikiem”, „krętaczem”. To tylko kilka, w sumie dość łagodnych, określeń. Miały one podkopywać autorytet dyktatora, pokazywać go w jak najgorszym świetle, uwypuklać jego obłudę, brutalność i cynizm politycznych decyzji. Za takie słowa Niemcy w ojczyźnie mogli zapłacić głową. I często płacili – jak członkowie podziemnej organizacji Weisse Rose, straceni za działalność antynazistowską. O nich także, w dalszych partiach książki, Mann wspomina.

A zatem niemiecki pisarz mówił z emigracji przede wszystkim do swoich rodaków, ale także do tych, którzy – rozumiejąc język niemiecki – mogli identyfikować się z trudnym położeniem niemieckiego narodu. Wydawać by się mogło, iż te audycje miały ograniczony zasięg – Michał Głowiński stwierdza, że trudno byłoby to dzisiaj obiektywnie sprawdzić. Wziąłbym pod uwagę jeszcze inny problem: obok faktycznej liczby odbiorców ważniejsza była chyba siła oddziaływania słów pisarza – i na obywateli Niemiec, i na mieszkańców innych państw okupowanych przez Hitlera. W tym sensie „Niemieccy słuchacze!” to nie tylko zapis historii drugiej wojny światowej, kronika działań wojennych, głos felietonisty zza linii frontu – to wyrazista w swojej wymowie krytyka poczynań Hitlera oraz „empatyczna” analiza położenia tych, którzy znaleźli się pod butem nazistów. Czytając te felietony i zestawiając je ze współczesną wiedzą na temat wydarzeń historycznych, można postawić następujące pytanie: czy z punktu widzenia tych audycji, opowiadających o wydarzeniach z lat 1940–1945, istnieje ktoś, kogo dałoby się nazwać „niewinnym Niemcem”?

Zdaje się, że to właśnie do kogoś takiego, kto nie z własnej winy znalazł się w krzyżowym ogniu nazistów i sił alianckich, przede wszystkim kierował swe słowa Thomas Mann. Próbował tego kogoś, bezimiennego i wystraszonego, przeciągnąć na swoją stronę. Na czym bowiem zależało pisarzowi na początku lat czterdziestych, kiedy przejętym głosem wygłaszał swoje odezwy? (Na marginesie: można znaleźć zapisy wybranych audycji choćby na YouTubie). Z całą mocą strun głosowych i mikrofonu musiał domagać się upadku tyrana, to jasne, ale też klęski Niemiec, swojego kraju! Pewnie – Mann nienawidził Hitlera, nie mógł ścierpieć, czemu niejednokrotnie dawał wyraz, nazistowskiej polityki, która szerzyła swoje nienawistne poglądy od początku lat 30. XX wieku. To nie jest więc tylko opowieść z lat 1940–1945, bowiem sięga ona przynajmniej dziesięć lat wstecz, pokazując absurdalną i dramatyczną sytuację Niemców. A przy tym – to była być może bezpośrednia motywacja Manna – zagarniająca wszystko bezlitosnym gestem partia nazistowska wygnała pisarza z jego własnego kraju. I cały ten cykl felietonów da się czytać po prostu jako tyradę na nazistowskie rządy w Niemczech – gorycz leje się strumieniami z każdego zdania, czuć ją w każdej wypowiedzi autora. Mimo to Mann zdawał sobie sprawę, iż przegrana Hitlera to także przegrana całego narodu, a Niemcy – w tej wojnie tak samo jak inni cywile – w znacznej mierze są kolejnymi „przypadkowymi ofiarami”. Tak mówił w październiku 1940 roku: „Czy Niemcy – pada pytanie – zorientują się wreszcie, że każde ich zwycięstwo jest tylko krokiem w grzęzawisko bez końca?” (s. 11). Musiał także rozumieć, że wygłaszając tyrady na Hitlera i jego polityczne środowisko, przyczynia się do upadku swoich sióstr i braci w ojczyźnie.

Nie chciałbym przy tym sugerować prostych interpretacji słów niemieckiego pisarza. Zresztą sam Mann nie raz i nie dwa zdaje sprawę z ambiwalentnego położenia, w jakim znajdują się i on, i jego rodacy: „Oto szykujecie się znów – pisał z okazji Bożego Narodzenia 1940 roku – do obchodów tego chrześcijańskiego, niemieckiego święta, po raz drugi w czasie wojny, którą na was i na cały świat ściągnął wasz dzisiejszy wódz – wielu z was w żałobie po synach i ojcach, którzy zginęli przy napaści na sąsiednie narody, zapewne wszyscy ze ściśniętym sercem na myśl, jak długo to jeszcze potrwa, do czego to jeszcze doprowadzi” (s. 18–19). Dzisiaj te słowa zataczają, dzięki tłumaczeniom „Deutsche Hörer!” na różne języki, coraz szersze kręgi, rozwijają swoje znaczenia, stają się nie tylko publicystyką, ale także historiografią, biografią wojennych wydarzeń, literackim świadectwem.

Ciekawe, że Mann w tych wystąpieniach dość często wieszczy Hitlerowi nie tylko klęskę, ale i całkowite zapomnienie – jakże się pomylił! Dzisiaj – niestety – najbardziej odrażający tyrani i najwięksi mordercy wciąż wywołują emocje (nie wspominając po prostu o niezdrowych fascynacjach). Sytuacja narodu niemieckiego była w związku z tym, nie ma co do tego wątpliwości, skazana na podwójną porażkę. Po raz pierwszy Niemcy przegrali wtedy, gdy dopuścili nazistów do władzy. Po raz drugi zostali pokonani wraz z końcem wojny w Europie. Nie tylko przez alianckie bomby, ale także przez samych siebie. I pisarz, wygłaszając swoje felietony, zdawał sobie sprawę z tej nieuchronnej, dramatycznej, katastrofalnej w skutkach klęski – wpisanej w obłąkańczy projekt Hitlera. W marcu 1941 roku Mann mówił: „Źli, w najgłębszym sensie tego słowa źli ludzie, którzy wam przewodzą, wiedzą, że mimo wszystkich zwycięstw ciężko wam na duszy, że nie ufacie złudnemu blaskowi tych zwycięstw, że mierzi was niemożliwa, niewykonalna rola nadzorcy niewolników, przez nich wam narzucona” (s. 26–27). Jaki płynie dla nas wniosek z tych słów? Są takie rodzaje radykalizmów, którym nigdy nie należy dawać wiary – wszelkie przejawy niechęci do „obcych”, rasizm i szowinizm nie powinny mieć swojego miejsca i w dyskursie publicznym, i w codziennych kontaktach międzyludzkich. Dzisiaj wydaje się to oczywiste, ale czy było czymś bezdyskusyjnym dla obywateli Niemiec, którzy głosowali na partię nazistowską?

Publicystyka Thomasa Manna ma jednoznaczny wydźwięk – Hitler jest zbrodniarzem i bez wahania należałoby go za rzeczone zbrodnie ukarać. Tak pisarz mówił do Niemców w kwietniu 1941 roku: „W oszołomionych oczach przelatują wam obrazy, w każdym, kto ceni jeszcze ludzki honor, budzące wstręt i grozę, jak idiotyczny i szkaradny obraz flagi ze swastyką powiewającej na górze Olimp” (s. 29). Oczywiście – są to słowa wyrażające nadzieję, że nie wszyscy Niemcy poszli śladami dyktatora. Pytanie, które czasami ciśnie się na usta, brzmi mniej więcej tak: czy naród niemiecki – powiedzmy właśnie wiosną 1941 roku, kiedy agresja nazistowska, mimo działań propagandowych, była czymś oczywistym – zdawał sobie sprawę z patowej sytuacji i swojego w gruncie rzeczy beznadziejnego położenia? Wiemy, to jasne, o wielu zamachach na Hitlera, o próbach przejęcia władzy, o pomocy, jakiej Niemcy udzielali żydowskim rodzinom. Współczesna literatura, także pisana w języku niemieckim, również sięga po te motywy, pokazuje naród rozbity, stłamszony, pokonany od wewnątrz (jak w książkach Julii Franck). Nie wszyscy zatem zasługiwali na okrutny los przegranych, który wieszczył na falach radiowych Mann. Warto pod tym kątem przejrzeć słynną książkę Stiga Dagermana „Niemiecka jesień. Reportaż z podróży po Niemczech” (ukazała się ona kilka lat temu w tłumaczeniu Ireny Kowadło-Przedmojskiej w Wydawnictwie Czarne). Reportaż Dagermana wskazuje, podobnie jak felietony Manna, że najlepsze – najbardziej przemawiające do odbiorcy – są te opowieści o wojnie, które mają w sobie przekaz antywojenny.

Są jednak i takie momenty, kiedy Mann mówi nie tylko do tych niewinnych, ale i do tych, którzy aktywnie wspierali agresję Hitlera: „Czy pierś nabrzmiała wam dumą? Dumą z czego? Na jednego Greka przypada was sześciu albo siedmiu. Podziwu godna jest odwaga tego jednego, który własnym ciałem osłania przesmyk wolności – a nie wasze zwycięstwo” (s. 30). Inna sprawa, iż sam Mann nie mógł być do końca pewny moralnej postawy rodaków – bo ile naprawdę widział i wiedział, będąc za oceanem? Czasami wyrażał tę swoją niepewność, jak w czerwcu 1941 roku, kiedy takimi słowami podsumował audycję: „Chciałbym zobaczyć wasze miny, niemieccy słuchacze” (s. 38). Nie widział tych min – to jasne! Zgadywał, ze strzępów informacji układał hipotezy i na gorąco formułował sądy. Z reguły słusznie, czasami – jak wskazuje tłumaczka w przypisach – myląc się co do skali, choć nie co do sensu.

Ten dystans Manna – człowieka piszącego i mówiącego z emigracji – bywa wyczuwalny. Zmniejszał się on zapewne dzięki medium radiowemu, ale dzisiaj, w czasach globalnej sieci internetowej, głos pisarza może, mimo wszystko, wydawać się cichy. Czy miał rzeczywisty wpływ na postawy Niemców? Ciekawe byłyby świadectwa o takim wpływie mówiące (i o tym wspomina Michał Głowiński w posłowiu). Ta książka obrazuje jednakowoż siłę oddziaływania mediów masowych – przejście od „literatury” do publicystyki literackiej czy ściślej: felietonu, który dzięki falom radiowym mógł dotrzeć do szerszego spektrum odbiorców. Obecnie może się to wydawać mało znaczące, ale w latach 40. XX wieku na pewno miało zupełnie inną skalę. Dzisiaj amplituda uległa zmianie: wspomniane zapisy wybranych audycji „Deutsche Hörer!” osiągają na YouTubie kilkadziesiąt tysięcy odtworzeń. Czy to, jak na zasięgi mediów społecznościowych, duża liczba? Raczej nie – zresztą nie mają one wartości doraźnej, a jedynie historyczną. Natomiast taka liczba potencjalnych słuchaczy mogła być w latach 40. XX wieku trudna do osiągnięcia – i to nie tylko ze względów technicznych.

Im głębiej podążamy za Mannem w dekadę wojny i okrucieństwa, im więcej poznajemy szczegółów zbrodni Hitlera, tym bardziej zaczynamy dostrzegać rozpacz głosu autora tych audycji. Mówi pisarz o ważnych tematach, takich jak: miejsce narodu niemieckiego po wojnie (s. 43–45), idea zjednoczonej Europy (s. 94–98), unicestwienie europejskich Żydów (s. 99–102), emigracja (s. 103–106), polityka międzynarodowa (s. 152–154). Jednakże spomiędzy nich zawsze przeziera ta sama wątpliwość, ten sam nieusuwalny lęk, strach przed nieuniknioną porażką. Mówił Mann w swoim przedostatnim felietonie: „Co za gorycz, gdy świat raduje się klęską, najgłębszym upokorzeniem własnego kraju!” (s. 203). Nie jest to zatem lektura w żadnym razie pocieszająca – znajdziemy w słowach pisarza dużo mądrości oraz przenikliwości, ale i dużo smutku, od którego trudno się uwolnić.
Thomas Mann: „Niemieccy słuchacze! Przemówienia radiowe z lat 1940–1945”. Przeł. Małgorzata Łukasiewicz. Posłowie Michał Głowiński. Wydawnictwo Ossolineum. Wrocław 2018.