Wydanie bieżące

15 listopada 22 (358) / 2018

Kamila Czaja,

DOBRE UCIEKANIE (MAREK BIEŃCZYK: 'KONTENER')

A A A
Pociąg do życia

Marek Bieńczyk pisze w osobistym tonie, więc może i omówienie jego najnowszej książki wypada zacząć w podobnym stylu. Otóż zdecydowałam się na zrecenzowanie „Kontenera”, nie wiedząc, że gdy przyjdzie do samej lektury, temat żałoby po kimś z rodziny będzie miał dla mnie aktualny, nie tylko literacki wymiar. Bez premedytacji przetestowałam więc książkę na sobie. Tak, sprawdza się ona w okolicznościach, w których nikt nie chce być, a każdy wcześniej czy później jest. A jednak to nie czysto „żałobna” publikacja.

Gdy czytałam „Kontener” w pociągu, w lekturę wdzierała mi się rozmowa młodych współpasażerów o chorobach i śmierci w ich rodzinach. Gdy kolejny raz sięgnęłam po książkę, wracając z podróży, odrywały mnie od czytania najpierw fascynujące, pełne życia opowieści poznanych w przedziale obcokrajowców, a potem wręcz sensacyjne monologi snute do telefonu przez pewnego spektakularnie przeklinającego młodzieńca.

Jaki ma to związek z Bieńczykiem – oprócz tego, że w innych okolicznościach lektura pewnie trwałaby krócej? Taki, że „Kontener”, pozornie nie najlepszy wybór na „literaturę pociągową”, idealnie wpisał się w ten zgiełk i te rozmowy, bo sam krąży między życiem a śmiercią oraz między zanurzeniem w tekście a naleganiem, by czytelnik nie przeoczył tego, co pozaliteracko i zmysłowo dzieje się wokół.

Kondukt „zmartwionych”

Chociaż zasadniczy temat książki jest inny niż wcześniejszych, bo Bieńczyk mierzy się ze śmiercią matki – czy raczej z możliwością bądź niemożliwością pisania o tej śmierci – to styl pisarza pozostaje konsekwentny i rozpoznawalny, nie tylko w brzmiącej jak fragment „Przezroczystości” frazie: „Nigdy wcześniej nie czułem tak mocno, że nieodwołalność jest przezroczysta” (s. 56). Spotykamy tu też „starych znajomych”, tych z innych eseistycznych publikacji tego autora, chociaż siłą rzeczy tym razem wpisani zostają oni w rozważania o radzeniu sobie, także piórem, z odejściem najbliższych.

Tłumacząc różnicę między żałobą a preferowanym terminem „zmartwienie”, narrator powołuje się na autorytet tych, którzy pisali o śmierci matek przed nim: „Nie należy przywiązywać się do słowa »żałoba«; sam nigdy go nie lubiłem. Nie umiałem więc w tamtych dniach powiedzieć o sobie: jestem w żałobie. Nieczęsto używał tego określenia Marcel Proust, a za nim nie lubił go nadużywać Roland Barthes po śmierci matki; ponętna lista niechętnie używających” (s. 19). I mimo całej autoironii takiego „dopisania się” do literackiego łańcucha trzeba stwierdzić, że Proust, Barthes, ale i wielu innych to doskonali towarzysze na drodze do opowiedzenia nie tyle żałoby, co chagrin, zmartwienia, które już samym brzmieniem wydaje się bardziej adekwatne: „»Zmartwienie« to dobry polski odpowiednik; słychać w nim natychmiast – cała pierwsza sylaba jest imitacją najgorszego – solidarność z tym, kto zmarł” (s. 21).

Co ciekawe, Bieńczyk w trudnej sytuacji, którą chce oswoić, szczególnie dowartościowuje poezję – przywołując konkretne nazwiska i wiersze, ale też widząc szansę w takim właśnie kształtowaniu własnej wypowiedzi, zarówno w praktyce (inspirowana twórczością Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego „Piosenka w cieniu”), jak i w deklaracjach; i poważnych: „Można co najwyżej poprosić, by czytano wszystko, co napiszemy, jako poezję; niewiele, lecz choć trochę polepszy to sytuację” (s. 23), i nieco żartobliwych, gdy rozmówca zamiast: „Obecnie jestem Pieta” słyszy coś innego: „Mówże wyraźniej, poeta?”. A wtedy pisarz przyznaje: „Nie, nie całkiem niestety, ale w tę stronę” (s. 119).

Dość zaskakujące wydaje się w tym kontekście to, że największe intertekstualne wrażenie robią w „Kontenerze” nie ci, których z pisaniem o śmierci matki automatycznie się kojarzy. Rzecz jasna, Bieńczyk twórczo omawia ich „strategie” i proponuje coś własnego, ale jednak najlepiej gra tu powracające opowiadanie Williama Faulknera „Czerwone liście” o uciekającym niewolniku, którego ostatnie chwile rozgrywają się w obecności Indian. Ta proza łączy najważniejsze dla Bieńczyka tematy, chociaż widać to dopiero wtedy, gdy autor „Kontenera” po swojemu ją „obrobi”. „Dobrze uciekałeś. Nie masz się czego wstydzić” (s. 9, 288) – mówią Murzynowi Indianie. „Ty też dobrze uciekałaś” (s. 288) – przyznaje zmarłej matce syn.

Walka o oddech

Deklaracja z wiersza „Zdjęcie ciężaru” Tadeusza Różewicza: „(…) poezja współczesna / to walka o oddech” (Różewicz 2015: 63) wciąż przypomniała mi się podczas lektury „Kontenera”. Oddech i poezja przeplatają się bowiem w nowej książce Bieńczyka jako sposoby ocalenia przed zawłaszczającą siłą żałoby i nieprzewidywalnymi drogami „zmartwienia”. Pisarz świetnie wykorzystuje różne teksty o oddychaniu (między innymi Paula Celana, Thomasa Bernharda czy Eliasa Canettiego), najczęściej interpretując je oryginalnie i przekonująco. Pewien niedosyt pozostawia raczej powierzchowne potraktowanie wiersza Stanisława Barańczaka „Jednym tchem” i zaledwie zasygnalizowanie większej roli oddechu w twórczości tego poety. Jednak zaraz po tym fragmencie następuje jeden z najlepszych w całej książce: „Pszczoły i osy”, a wyrwany z rozważań o poezji czytelnik wpada w sam środek koszmarnej sceny zabijania owadów przez babkę Joanny.

Właśnie oscylowanie między mądrością literatury a konkretem życia, nigdy z pełnym ich rozdzieleniem, to siła pisania Bieńczyka, znana już z wcześniejszych książek. Obok Prousta pojawić się może nieznośnie działająca na zmysły scena wyrzucania rzeczy z mieszkania pewnej staruszki na osiedlu („Dzielnica”), wkraczają dźwięki i kroki flamenco, ćwiczenia fizyczne i oddechowe albo scena kupowania butów: „(…) lecz przecież nie stopę w buty wsadzałem na próbę, a duszę” (s. 11), odbita następnie w rozważaniach o pogrzebach: „.Nawet buty najlepsze, najdroższe, krzycząco markowe wyglądają w taki dzień biednie, ponieważ obuły troskliwie ludzki los i pomagają cierpliwie go znosić” (s. 20). Literatura, sztuka (Albrecht Dürer, ale także Cy Twombly), taniec, sport i codzienność stoją tu po stronie życia, nawet gdy „jedną nogą” zawsze uwikłane są w śmierć.

Już sam fakt, że to nie literatura wspomnieniowa, kieruje myśl raczej w stronę przyszłości niż przeszłości. Bieńczyk stwierdza w wywiadzie: „Literatura wspomnieniowa mnie nie pociąga. Jeśli w »Kontenerze« pojawiają się jakieś fragmenty scen z przeszłości, to nie w celu wspomnieniowym. Książka raczej pcha się do przodu, niż idzie do tyłu” (tygodnikpowszechny.pl). To jedna z różnic, mimo podobieństwa w temacie i w braku sentymentalizmu, między tą publikacją a, także zasłużenie chwalonymi, „Rzeczami, których nie wyrzuciłem” Marcina Wichy (znajomość tego tomu wyjawia Bieńczyk zresztą na stronie 124). Wicha wspomina i pielęgnuje pamięć poprzez zawartość biblioteczki, często w jej namacalnym, przedmiotowym wymiarze. Autor „Kontenera” bardziej uniwersalizuje, wchodzi głęboko między okładki książek, na dodatek z własnej, a nie matki kolekcji. I trochę mniej żartuje, ale równocześnie jest bardziej optymistyczny.

Zdarzają się w książce Bieńczyka miejsca ponure – tu choćby jeden z najlepszych jej fragmentów, „Różowe karmniki”, czyli rozmowa między mężczyzną i kobietą rozliczającymi się z nieodwracalnych decyzji, gdy on uświadamia sobie: „Teraz zrozumiałem, co jest najgorsze. Najgorsze jest to, że nie będziemy się śnili. Nikomu nie będziemy się śnili” (s. 50). Ale „Kontener” to przede wszystkim pochwała życia w różnych jego wymiarach, kulturowych i naturalnych. Wszak wyzwolicielami najwyższej epifanii – „Wejrzałem” (s. 7) – są tu jętki, powracające w kilku wariantach tej samej sceny, w tym, co znaczące, na początku i końcu tomu. A oczekującym motywacji wyjawionej wprost, a nie ukrytej między kartami klasyki czy w chmarze efemeryd, serwuje ją Bieńczyk uczynnie, pisząc: „(…) i patrzyłem na pisanki bezradnie przytulone do baranka, tak bezradnie, że strasznie zachciało mi się umrzeć i strasznie chciało mi się żyć” (s. 157) albo: „To dlatego, że tak bardzo nie chcę umierać” (s. 294). Oswajanie śmierci i docenianie życia są w „Kontenerze” nierozerwalnie związane, a ich metody liczne i w większości skuteczne.

Tak dla nie-książki

Imponuje przede wszystkim to, że w momencie próby – życiowej, pisarskiej – Bieńczyk raz jeszcze dowodzi słuszności drogi, którą wybrał wcześniej, i wciąż opowiada rzeczywistość literaturą, a literaturę rzeczywistością. Nie znaczy to, że nie dochodzi do pewnych przesunięć. Omawiając wielościan na miedziorycie Dürera, interpretator wskaże, co się zmieniło: „Wówczas myślałem o geście artystycznym Dürera, dziś o jego geście egzystencjalnym” (s. 108), a w kontekście książce „Vita Nova”, o której napisaniu marzył Barthes, stwierdzi: „(…) pisałem o niej przed laty i teraz wiem, że pisałem za wcześnie” (s. 182). Ale egzystencja i literatura wciąż się przenikają, choćby w przewrotnym zrównaniu: „Ta książka nie-książka mogłaby się zatem nie skończyć; nie chcę jej kończyć, jeden pogrzeb wystarczy” (s. 179).

Książka nie-książka to sposób, by zbliżyć się do prawdy o „zmartwieniu”, zbiór sylwiczny, wielowątkowy, choć z nawracającymi motywami, fragmentaryczny: „Śmierć przynosi w ofierze fragment. Bierz go albo nic. Ciągła opowieść o niej powstać nie może; szkło rysuje się lub pęka w dłoniach” (s. 137). I choć są w „Kontenerze” fragmenty bardziej i mniej sugestywne (nie do końca trafiały do mnie uniwersalizujące obrazy matki widzianej choćby w totemie czy meteorycie), to trudno sobie wyobrazić całość nie-całość bez któregokolwiek z nich. Od analiz fragmentów literatury, przez przenikliwe uwagi o mechanizmach przeżywania czyjejś śmierci, po relacje z codzienności buduje Bieńczyk gęstą i spójną w niespójności opowieść, a jej różnorakie odpryski łączy porażający oddech faulknerowskiego niewolnika, który tak „dobrze uciekał”.

Literatura:

„Matka odchodzi”. Z Markiem Bieńczykiem rozmawia Katarzyna Kubisiowska. https://www.tygodnikpowszechny.pl/matka-odchodzi-155782

Różewicz T.: „Znikanie”. Wybór i posłowie: J. Gutorow. Wrocław 2015.
Marek Bieńczyk: „Kontener”. Wielka Litera. Warszawa 2018.