Wydanie bieżące

15 listopada 22 (358) / 2018

Przemysław Pieniążek,

CIEŃ WIELKIEJ GÓRY (JACEK BIELAWA: 'KOŚCIELEC')

A A A
Tytuł powieści Jacka Bielawy słusznie budzi skojarzenia ze szczytem w Dolinie Gąsienicowej – tragiczna śmierć kompozytora, dyrygenta i taternika Mieczysława Karłowicza oraz nawiązujący do tego wydarzenia poemat symfoniczny „Kościelec 1909” Wojciecha Kilara to znaczące konteksty przywoływane przez narratora – Feliksa. Jednak dla czterdziestoletniego właściciela klubu fitness „Fabryka” nazwa owego szczytu staje się równocześnie synonimem podejmowanej przez bohatera gry. Gry, w ramach której mężczyzna konfrontuje się z pamięcią o „wielkim nieobecnym” – swoim ojcu, będącym niegdyś cenionym dyrygentem.

„Nie ma cię i nigdy nie było. Niewiele o tobie wiem i nic bezpośrednio. Nigdy z tobą nawet nie rozmawiałem, ale gadam do ciebie na »ty«, bo w »ty« jest też trochę ze mnie. Raz więcej, raz mniej” (s. 13) – zbierając płyty z nagraniami orkiestry pod batutą ojca czy rozmawiając z jego byłymi partnerkami (wszak senior był niepoprawnym bawidamkiem), protagonista w równym stopniu stara się stworzyć wspomnieniowy szkic do portretu enigmy, co sformułować skrupulatną litanię skarg i zażaleń pod adresem wyrodnego taty. Poczucie żalu, gniew (choć narrator używa o wiele dosadniejszego sformułowania), obrzydzenie i obojętność to kluczowe emocje manifestujące się w ramach introspektywnej opowieści-gry.

„Plansza jest rozłożona od dziesięciu lat, a może i od czterdziestu (…). Stawką jest życie. Jeszcze nie wiemy czyje. To się okaże w trakcie. Trzeba tylko zrobić pierwszy ruch, a później to już poleci lawinowo” (s. 56) – przekonuje Feliks, który nieco wcześniej przytacza nieco inne reguły pokoleniowego starcia: „Jak się już rzuci, nie ma rady, trzeba grać. Na tym polega wróżenie z kości, czyli kleromancja. Myślałeś sukinsynu, że tak sobie rzucisz i powiesz pass już na samym początku partii. Nawet nie wiesz, że czterdzieści lat czekałem na swój rzut. No to teraz sobie zagramy w autorską grę integracyjną pod tytułem »Odnaleziony tata«” (s. 11).

Wymyślając prawdopodobne scenariusze bezpośredniej konfrontacji (z ojcobójstwem włącznie!), Feliks – zwany ze staropolskiego Szczęsnym – uważnie przygląda się swojemu dotychczasowemu życiu, które – chcąc nie chcąc – upłynęło mu w cieniu rzucanym przez figurę nieobecnego rodzica. „Każdy mój sukces był opatrzony gwiazdką, z zapisanym drobnym druczkiem komentarzem: »Autentyczny fuks. Może zawierać śladowe ilości krwi, potu i łez, co nie wpływa jednakże na ogólne odczucie satysfakcji życiowej«” (s. 71) – sarkastycznie zaznacza bohater, przekonując jednocześnie, że myśli samobójcze nie były mu obce. Feliksa poznajemy w chwili, gdy stopniowo, choć konsekwentnie wyhamowuje bieg swojego życia: bardziej skupia się na sprawach domowych niż na kierowaniu „Fabryką”, chwaląc się nadmiarem wolnego czasu i zdradzając czytelnikowi, że prawdziwy sukces niezwykle trudno dogonić, a co gorsze, „zawsze goni się za wcześnie, za późno albo nie za tym” (s. 8).

Pełne dygresji, aczkolwiek sumiennie wracające do meritum autorefleksyjne rozważania narratora „Kościelca” – wspominającego także matkę chorą na Alzheimera, bezskuteczne staranie się o potomka oraz rozpad pierwszego małżeństwa, jak również rzucającego nieco więcej światła na relację łączącą go z E. (niegdysiejszą partnerką jego ojca oraz matką dziecka Feliksa) – są także świadectwem literackiego kunsztu Jacka Bielawy. Mieszkający w Katowicach (gdzie rozgrywa się lwia część akcji „Kościelca”) autor zbioru „»Święty Antoni« i inne opowiadania” oferuje gęstą, soczystą porcję prozy, przykuwającą uwagę potoczystością narracji, trafnością porównań, błyskotliwą grą ze skojarzeniami, celnymi puentami oraz, last but not least, przekonującym profilem psychologicznym bohatera.

Bohatera, który tworzy i analizuje potencjalne scenariusze dotyczące powodów, dla których senior zdecydował się porzucić rodzinę, i który dywaguje przy okazji na temat jego ostatnich dni upływających pod znakiem samotności. „Współczucie wysubtelnia duszę. Jednak prawdziwe, szczere współczucie może okazywać jedynie człowiek wolny od urazy. Inaczej za współczucie może być łatwo wzięte zwykłe użalanie się nad sobą. Dlatego najpierw zemsta, potem współczucie. Sadysta i miłosierny Samarytanin to awers i rewers tej samej monety” (s. 41) – stwierdza kategorycznie Feliks, zmagając się z ambiwalencją swoich uczuć względem ojca. Rodzicielskie zaniedbanie narrator stara się przy tym przekuć w cenną lekcję – kiedy bowiem sam zostaje tatą, od samego początku robi wszystko, by stać się ważną osobą w życiu swego potomka, choć ku własnemu zdumieniu odkrywa, jak trudne jest to zadanie.

Powieść Jacka Bielawy – skądinąd w dowcipny sposób odnotowującego swoją obecność w prezentowanej historii – świetnie sprawdza się jako kameralne studium porządkowania bądź (ponownego) odkrywania własnej tożsamości; opowieść o codziennych „czarnych” cudach niemających nic wspólnego z pomyślnością oraz pokoleniowy dialog (a właściwie monolog), w którym nic nie jest takim, jakim się początkowo wydaje. „Kościelec” to przykład prozy ujmującej czytelnika przewrotnością narracji, zmyślnie lokowaną intertekstualnością, doskonałym wyczuciem języka oraz wszechobecną ironią.
Jacek Bielawa: „Kościelec”. Wydawnictwo FORMA. Szczecin, Bezrzecze 2018 [seria: Kwadrat].