Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (83) / 2007

Łukasz Iwasiński, Robert Tuta, Kuba Wandachowicz,

ROBIMY PO PROSTU PIOSENKI

A A A
Z Kubą Wandachowiczem i Robertem Tutą rozm. Łukasz Iwasiński
Łódzki zespół NOT powstał w 1999 roku z inicjatywy Roberta Tuty (znanego przede wszystkim z Agressivy 69), Kuby Wandachowicza i Marcina Kowalskiego (obaj: Cool Kids of Death). Po wydaniu 2 lata później pyty pt. „Bad Trip Boys” zamilkł na dłuższy czas. Niedawno odrodził się w składzie poszerzonym o Łukasza Klausa z Hedone. Wraz z nim nagrał album „NOT”, na którym znaleźć możemy zarówno odniesienia do współczesnego popu, jak i mistrzów nowofalowej piosenki autorskiej. Oto, co o aktualnej kondycji zespołu – i nie tylko – mieli do powiedzenia Kuba Wandachowicz i Robert Tuta.



Łukasz Iwasiński: NOT powstał na przełomie wieków, jednak po wydaniu debiutu – „Bad Trip Boys” w 2001 roku zespół zamilkł. Wznowiliście działalność w 2004 roku i od tego momentu, co jakiś czas pojawiały się informacje o nowej płycie. Co porabialiście przez ostatnie 3 lata?

Kuba Wandachowicz: Graliśmy jakieś pojedyncze koncerty, np. na Festiwalu Kina Niemego, gdzie tapperowaliśmy do przedwojennych krótkometrażówek. Zrobiliśmy cover Coila na amerykańską składankę... W sumie nie działo się zbyt wiele, aż do roku 2006, kiedy zajęliśmy się przygotowywaniem dema na nową płytę.

Robert Tuta: Z zespołem rzeczywiście nie działo się zbyt wiele. Musieliśmy odczekać do momentu, kiedy naprawdę będzie nam się chciało to zrobić.

Ł.I.: Czy reaktywacja NOT jest w jakimś sensie wynikiem znudzenia CKOD?

K.W.: I tak, i nie. Nie ma co ukrywać, że z CKOD gramy już dość długo i po pewnym czasie przychodzi ochota, żeby zrobić coś zupełnie innego. Ale granie w CKOD mnie nie nudzi, teraz przygotowujemy nową płytę i jest OK.

R.T.: Często spotykamy się z tego typu pytaniami, które osobiście uważam za absurdalne. Granie w kilku zespołach na całym świecie jest rzeczą zupełnie normalną i do tego nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie - pomaga w tworzeniu i działaniu.

Ł.I.: Wasz debiut wyszedł jedynie w Niemczech, nakładem Noiseworks, nie miał nawet dystrybucji w Polsce. Wspominaliście, że planujecie reedycję. Jakieś szczegóły?

K.W.: Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem to wydamy reedycję pierwszej płyty jesienią.

R.T.: Dużo osób pyta nas o tę płytę i myślę, że jej reedycja jest potrzebna, tym bardziej, że jestem z niej bardzo zadowolony i mam do niej bardzo sentymentalny stosunek.

Ł.I: Nowa płyta jest poniekąd powrotem do waszych korzeni – zwłaszcza do nowej fali, z którą zawsze silnie się utożsamialiście – a jednocześnie piosenki mają współczesny, elektro-popowy sznyt. Zgubiliście natomiast klezmersko-ludyczne, czy nawet wodewilowe elementy, które nadawały fajny koloryt debiutowi. Trochę szkoda...

R.T.: Myślę, że trochę tego jest, może nie na pierwszym planie jak było na „Bad Trip Boys”, ale ciągle to słychać. Natomiast cały czas nie zmieniło się to, że robimy po prostu piosenki.

K.W.: Jest tam dalej sporo klezmerstwa i wodewilu, ale rzeczywiście, może jest to mniej czytelne. Doszło dużo rozmaitych elektronicznych ornamentacji. To zasługa Agima z Oszibaracka, który tę płytę wyprodukował. Chociaż my też – już w fazie przygotowywania dema – używaliśmy wiele loopów i sampli. Masz rację, druga płyta różni się od pierwszej, ale nie ma w tym nic dziwnego – w końcu minęło 6 lat.

Ł.I.: Kilka słów o pracy nad nową płytą. Sporo uwagi poświeciliście brzmieniu...

R.T.: Największa różnica między pierwszą płytą i drugą to właśnie produkcja. Pierwsza powstała całkowicie w domu, w sumie chyba w kilkanaście dni, nad tą posiedzieliśmy kilka miesięcy. Wcześniej nie mieliśmy po prostu takich możliwości. Nagrania powstawały w różnych miejscach. Zarys i aranż powstał w domu, perkusje nagraliśmy w Radio Łódź, a całą resztę w studio we Wrocławiu.

K.W.: Tak jakoś wyszło. Kiedyś Robert podwoził Agima z Oszibarackiem na koncert do Holandii i puścił mu nasze demo. Agim się podjarał i powiedział, że bardzo chciałby to wyprodukować. Dla nas to była bardzo fajna propozycja, więc z niej skwapliwie skorzystaliśmy. Agim odwalił kawał dobrej roboty i jesteśmy mu za to bardzo wdzięczni.

Ł.I.: Macie za sobą część trasy. Jak odbiór, frekwencja na koncertach?

R.T.: Bardzo różnie to bywa ... ale tak naprawdę jeśli koncert jest odpowiednio rozreklamowany i odbywa się w odpowiednim miejscu to jest ok.

K.W.: Różnie, np. na koncercie w Łodzi było świetnie, ale jak jakiś czas później pojechaliśmy do Mysłowic, to przyszły 4 osoby. Było śmiesznie, bo klub postawił taki warunek, że musi się sprzedać co najmniej 20 biletów, żeby koncert się odbył. Zagraliśmy tylko dlatego, że jakieś dwie dziewczyny wykupiły więcej biletów, żeby do tej dwudziestki dobić (śmiech)

Ł.I.: Co z CKOD i Agressivą?

K.W.: CKOD przygotowuje demo na nową płytę, zobaczymy co z tego wyjdzie. Na razie jest fajnie.

R.W.: Agressiva 69 działa cały czas. Gramy trochę koncertów, a na jesień jest planowana jakaś reedycja starych płyt, płyta z remixami, których uzbierało się nam już bardzo dużo i pewnie jeszcze coś nowego. Zobaczymy.

Ł.I.: Udzielacie się aktualnie jeszcze w innych projektach?

K.W.: Czasem nagrywam coś solo, może kiedyś nagram sam całą płytę, zobaczymy...

R.T.: W tej chwili, oprócz NOT i Agressivy 69, gram w 1984 – właśnie wyszła nowa płyta – i w filmowym projekcie o skromnej nazwie Maleńczuk, Tuta, Rutkowski Super Trio, z którym gramy na żywo muzykę do niemego filmu „Mocny Człowiek”, który w zeszłym roku został wydany na DVD z naszą muzyką.

Ł.I.: Plany, zarówno bliższe i dalsze?

R.T.: Teraz to głównie promocja NOT i 1984, a po wakacjach zabieram się za nowe piosenki. Już jakieś zarysy są. Myślę, że na następną płytę NOT nie trzeba będzie tak długo czekać.

K.W.: Praca, praca, praca. Głównie nad sobą (śmiech).