Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (83) / 2007

Anna Katarzyna Dycha,

KASABIAN

A A A
“Empire”. Sony BMG 2006.
Druga płyta Kasabian to porcja dobrego rocka podszytego taneczną elektroniką i instrumentalnymi smaczkami.

Debiutowali w 2004 roku. Tych czterech buńczucznych Brytyjczyków zatrzęsło wyspiarską sceną alternatywną. Wprawdzie gdzieś już słyszeliśmy podobne melodie i gitary spięte dźwiękami syntezatora. Jednak Kasabian postawili na nowatorskie miksy i dorzucili własne trzy grosze. Muzycznemu sukcesowi towarzyszyło aroganckie zachowanie i wywoływanie do tablicy braci Gallagherów, co przyniosło spodziewane zainteresowanie grupą.

Na drugim krążku Kasabian nieco się uspokoili, co nie znaczy, że stracili energię i zadziorność. Otwiera go singlowy „Empire” – kompozycja dość dziwaczna, na swój sposób marszowa, aczkolwiek wpadająca w ucho. Potem skręcają nieco w stronę glam rocka, bo inaczej „Shoot the runner” potraktować nie można. W „Sun rise light files” wokal jest kompletnie „gallagherowaty”, ale przecież o to właśnie chodzi. W środkowej części płyty robi się tanecznie, a nawet transowo za sprawą utworów: „By me Side” z niezłą psychodelią i „Stuntman” z rytmicznym podkładem perkusyjnym. I na koniec „The Doberman”. Jedna z lepszych kompozycji na płycie. Trwająca ponad 5 minut (ciekawe „przejście” w połowie, a w finale zaskakująca, ale podkreślająca całość majestatyczna trąbka), zaśpiewana zawodzącym głosem, brzmiąca nieco jak rewolucyjny song.

Miłe harmonie i chwytliwy tamburyn nakazują stawiać Kasabian w jednym rzędzie z Oasis z czasów ich największej świetności. Głos wokalisty jest raz uroczo leniwy, a raz przesterowany. Tę gitarową muzykę odświeżają elektroniczne eksperymenty (tu ukłony w stronę Chemical Brothers). Kasabian rozszerzyli partie smyczków oraz trąbki, wprowadzili chórki. Rzeczywiście na debiucie było dużo więcej emocji, przestrzeni, buntu a przebojowe numery „Club foot”, „Processed beats” czy „L.S.F” zwalały z nóg. Tu takich „killerów” brakuje. Jednak stoję murem za tą płytą. Niewielu młodym zespołom udaje się nagrać drugi album na przyzwoitym poziomie. A im się udało. Oby tylko Kasabian nie podzieliło losów Oasis, które po kilku latach grania zaczęło zjadać swój własny ogon.