ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (83) / 2007

Wiesław Kowalski,

XIV BYDGOSKI FESTIWAL OPEROWY

A A A
Od Różyckiego do Dwořáka
XIV Bydgoski Festiwal Operowy zakończył się 12 maja prezentacją „Rusałki” Antonina Dwořáka, Narodowego Teatru z Brna. Wybór dyrektora Opery Nova Macieja Figasa, by na zakończenie festiwalu pokazać dzieło niemal zupełnie w Polsce nieznane, w pełni oddaje myśl, jaka od 1994 roku przyświeca organizatorom tego jedynego w Polsce przeglądu najciekawszych dokonań teatrów muzycznych – krajowych i zagranicznych. Od początku istnienia festiwalu starano się do Bydgoszczy zapraszać inscenizacje dzieł operowych, które z różnych powodów rzadko są wystawiane w naszym kraju, a powszechnie znane w świecie. Tegoroczna edycja dwutygodniowych spotkań twórców, ludzi kultury z entuzjastami opery, operetki, musicalu i baletu była pod tym względem znamienna. Wspomniana już „Rusałka”, a także „Kawaler srebrnej róży” Richarda Straussa z Opery Bałtyckiej w Gdańsku oraz „Gracze” Szostakowicza/Meyera z Teatru Wielkiego w Poznaniu, były dla wszystkich melomanów odkrywaniem i artystyczną penetracją obszarów w muzyce mniej znanych, ale na pewno zasługujących na uznanie towarzyszące inscenizacjom najwybitniejszych utworów Verdiego czy Pucciniego. Świadczy o tym spontaniczna reakcja festiwalowej publiczności, która każdą z realizacji przyjęła z ogromnym zainteresowaniem i nie mniejszym aplauzem.
Na szczególną odwagę zdobyli się sami organizatorzy imprezy, którzy tegoroczny festiwal zainaugurowali po raz pierwszy przedstawieniem baletowym. Pojawienie się w repertuarze „Pana Twardowskiego” Ludomira Różyckiego, w choreografii Marka Zajączkowskiego, miało swój szerszy kontekst. Dyrektor Maciej Figas od początku nie ukrywał, że 50-lecie istnienia sceny operowej w Bydgoszczy pragnie uczcić prezentacją tytułów rodzimych kompozytorów. Stąd w październiku ubiegłego roku premiera „Manru” Ignacego Paderewskiego, opery w Polsce od lat nie wykonywanej, rozpoczynająca jubileusz. „Pan Twardowski” okazał się pod względem artystycznym udanym zwieńczeniem tych obchodów, tym bardziej, że zwiastującym odrodzenie zespołu baletowego w Bydgoszczy.
Sławomir Pietras, dyrektor Teatru Wielkiego w Poznaniu, otwierając XIV Bydgoski Festiwal Operowy, nie bez kozery podkreślał, że „Pan Twardowski”, należący, obok „Harnasi” Karola Szymanowskiego, do narodowej klasyki baletowej, stanowi ogromne wyzwanie dla wszystkich realizatorów chcących zmierzyć się z magiczną legendą człowieka, który po wielu perypetiach, pokonując przeciwności losu, ląduje wreszcie na księżycu. Marek Zajączkowski i Mariusz Napierała, autorzy scenariusza i inscenizacji, postanowili postąpić wbrew dotychczasowej tradycji wystawiania tego dzieła. Dziewięć obrazów niedoskonałego libretta Stefanii Różyckiej, żony kompozytora, dziejących się w różnych miejscach i bardzo luźno ze sobą powiązanych, przefiltrowali przez nasze współczesne czasy, tworząc barwne, jednorodne stylistyczne widowisko, dynamiczne, zwarte, logiczne i żywe. W bydgoskiej inscenizacji obrazy, z których każdy posiada swój odrębny koloryt i klimat, zmieniają się jak w kalejdoskopie, mienią się feerią barw kostiumów Mariusza Napierały i rewelacyjnie zakomponowanym przez Bogumiła Palewicza światłem.
Jednym z największych wydarzeń tegorocznego festiwalu była prezentacja „Graczy” w reżyserii Macieja Prusa, który perfekcyjnie opowiedział kryminalną historię z Gogola o tym, jak oszust zostaje oszukany. Spektakl, pozornie nieatrakcyjny, rozegrany w monumentalnej, ale jakże pomysłowej i wielofunkcyjnej przestrzeni Pawła Wodzińskiego, zachwycił wartkością narracji, wyczuciem dramaturgii i umiejętnością aktorskiego poprowadzenia śpiewaków, rzadko spotykaną w teatrach operowych. Michał Marzec (Ichariew), Andrzej Witlewski (Pocieszliwy), Andrzej Ogórkiewicz (Szwochniew) i Karol Bochański (Krugel) to kwartet wyrazistych i silnie zindywidualizowanych postaci, typów misternie zróżnicowanych, tworzących znakomicie scharakteryzowane i wciąż aktualne portrety ludzkie. Żaden z pozostałych spektakli festiwalowych nie był już tak doskonały pod względem aktorskim. Nawet musical „Kiss me, Kate” Teatru Muzycznego w Gdyni, poza konsekwentną i sugestywną postacią generała Howerla, w interpretacji Andrzeja Śledzia, był pod względem wykonawstwa bardzo przeciętny, również w mało oryginalnych układach choreograficznych. Natomiast „Bal maskowy” Verdiego, z Teatru Wielkiego w Poznaniu, zachwycił przede wszystkim stroną wokalną i muzyczną. Głosy Teresy Kubiak jako Amelii, a także Małgorzaty Olejniczak w roli Oskara i Rafała Songana w postaci Renata, budziły powszechne uznanie i podziw. Waldemar Zawodziński, jako reżyser i scenograf, nie po raz pierwszy zmierzył się z utworem pochodzącym z drugiego etapu twórczości autora „Otella”. Wcześniej uczynił to w Operze Krakowskiej i Narodowej w Warszawie. Wydawać by się mogło, że jego dotychczasowe doświadczenia pozwolą mu na bardziej konsekwentną selekcję pomysłów inscenizacyjnych, które nie zawsze sprawdzały się w poprzednich realizacjach. Szkoda, że poznański „Bal maskowy” w wielu fragmentach powiela dobrze już znane, choć zbyt dosłowne w stosunku do libretta, rozwiązania sceniczne i przestrzenne.

Oczekiwania festiwalowej publiczności wobec „Kawalera srebrnej róży” Richarda Straussa były ogromne. Przede wszystkim ze względu na kongenialną muzykę oraz wysokich walorów literackich libretto Hugo Hofmannstahla, niosące wyborną charakterystykę poszczególnych postaci. Wiadomo, że muzyka tej opery umiejętnie serwuje dramatyczne napięcie, niekiedy zastępując je elementami humorystycznymi, niosącymi beztroskę, frywolność i rodzaj komizmu często rodem z farsy, wodewilu czy humoreski. Niestety realizatorom przedstawienia w Operze Bałtyckiej w Gdańsku nie udało się wykorzystać w całej okazałości wszystkich możliwości inscenizacyjnych, jakie daje kompozytorskie mistrzostwo nasyconej emocjami partytury i scenariusz pełen zaskakujących sytuacji, niespodziewanych point i zabawnych qui pro quo. Powstał spektakl statyczny, jakby unikający całego bogactwa kontrastujących nastrojów, mało śmieszny, pozbawiony melancholii i sentymentalizmu, a więc tych cech, które również zawarte są w humorystycznym potraktowaniu bohaterów dramatu. Z gdańskiego spektaklu Güntera Mayra wyparowała gdzieś zmysłowa atmosfera oryginału, a śpiewacy stworzyli w Bydgoszczy sylwetki jednowymiarowe, pozbawione tajemnicy i niedopowiedzenia.

Bez wątpienia największym wydarzeniem festiwalu był występ amerykańskiego zespołu Complexions Contemporary Ballet z USA. Dwa wieczory zatytułowane „Red” i „Blue” to zbiór suit tanecznych wysmakowanych do perfekcji w każdym geście, skoku i piruecie. To samo piękno, wirtuozeria pozbawiona jakiejkolwiek teatralnej nowoczesności i narracji opowiadanej językiem baletu. Po prezentacji tancerzy Dwighta Rhodena i Desmonda Richardsona już żaden festiwalowy artysta nie wywołał tylu wrażeń i gorących emocji. Dlatego z tradycyjnie i bez pomysłu zainscenizowanej „Rusałki” Opery im. Leona Janačka zapamiętamy tylko przepięknej urody głos Pavli Vykopalovej i znakomicie prowadzoną orkiestrę pod batutą Jana Štycha.