1 grudnia 23 (359) / 2018

Patryk Szaj,

FILOZOFIA W DOBIE ANTROPOCENU (EWA BIŃCZYK: 'EPOKA CZŁOWIEKA')

A A A
Na początek chciałbym podkreślić, że Ewa Bińczyk wykonała imponującą pracę. „Epoka człowieka” to rozległa krytyczna analiza podtytułowej „retoryki i marazmu antropocenu”, obejmująca bodaj wszystkie wymiary tego „planetarnego” zagadnienia – od geologicznych kryteriów ustanowienia „epoki człowieka”, przez niepozostawiające wątpliwości naukowe dowody na antropogeniczną destabilizację klimatu Ziemi, (auto)destrukcyjną rolę kapitalizmu, psychologiczne, instytucjonalne i geopolityczne przyczyny bezczynności wobec groźby ekologicznej katastrofy, aż po „plany awaryjne” w rodzaju inżynierii klimatu czy inżynierii człowieka, rozwijane w obliczu fiaska dotychczasowych prób powstrzymania (lub raczej spowolnienia, gdyż na powstrzymanie jest już za późno) globalnego ocieplenia. „Epoka człowieka” to pozycja, której, jak mi się zdaje, dramatycznie brakowało dotąd w polskiej humanistyce. Zwłaszcza że ze względu na znakomite osadzenie rozważań w literaturze przedmiotu, szczególnie anglosaskiej, książkę można czytać nie tylko jako analizę retoryki antropocenu, ale także jako kompendium tego niebotycznego zagadnienia.

Rzuca się przy tym w oczy charakterystyczna cecha wywodu Bińczyk: autorka porządkuje dane kwestie, opowiada się po stronie jednych rozwiązań przeciw drugim, oddziela metafory pożyteczne od szkodliwych, ale nie zagłębia się ponad potrzebę w poszczególne wątki, raczej kreśli szeroką panoramę, niż analitycznie dzieli włos na czworo. Nie jest to, rzecz jasna, wada, nie oznacza też, że w książce w ogóle takich pogłębionych analiz nie odnajdziemy. Po prostu Bińczyk konsekwentnie podąża torem swych zasadniczych rozważań. Spróbujmy pokrótce je zrekonstruować.

Antropocen to pojęcie zaproponowane przez Eugene’a F. Stoermera i Paula J. Crutzena na określenie epoki geologicznej, w której żyjemy, a która charakteryzuje się hipersprawczością człowieka: oto presja ekologiczna gatunku ludzkiego stała się tak duża, że zaczęła aktywnie wpływać na całokształt warunków życia na Ziemi. Człowiek okazał się siłą o wymiarze geologicznym, na skutek swoich działań zmieniając klimat, degradując gleby, zakwaszając oceany, burząc cykle biogeochemiczne planety i wymiernie przyczyniając się do postępującej w zastraszającym tempie utraty bioróżnorodności. Symbolicznym początkiem antropocenu miała być zdaniem badaczy rewolucja przemysłowa, począwszy od której znacznie wzrosła emisja gazów cieplarnianych do atmosfery.

Choć antropocen nie został jeszcze formalnie uznany za epokę geologiczną i choć toczą się spory na temat jego początku (autorka „Epoki człowieka” opowiada się raczej za okresem Wielkiego Przyspieszenia po II wojnie światowej, niektórzy badacze skłonni są jednak sytuować go już w okresie pokolumbijskim, gdy nastąpiła cyrkulacja i homogenizacja gatunków fauny i flory na wszystkich kontynentach), choć wreszcie pojawiło się wiele alternatywnych nazw dla tej epoki, Bińczyk nie ma wątpliwości, że żyjemy w antropocenie. W pierwszym rozdziale koncentruje się więc na naukowym udokumentowaniu antropogenicznych zmian klimatu, udowadniając, jak bardzo mylą się ci, którym wydaje się, że wśród naukowców istnieją w tej materii jakieś wątpliwości. W rzeczywistości „zmiana klimatu to obecnie jedno z najlepiej udokumentowanych zjawisk w historii nauki” (s. 35). Wiarygodne określanie stanu klimatu możliwe jest dzięki nauce o systemie Ziemi – względnie nowej dyscyplinie, swoistej „ekologii 2.0”, podkreślającej koewolucję życia organicznego oraz uwarunkowań geologicznych, atmosferycznych i hydrologicznych i traktującej Ziemię jako zintegrowaną całość (tzw. słaba hipoteza Gai). Instytucją, do której zdaniem Bińczyk można mieć w tym względzie największe zaufanie, jest Międzyrządowy Zespół do spraw Zmian Klimatu (IPCC), którego raporty (w tym ostatni, tegoroczny raport specjalny o wzroście temperatury globalnej o 1,5 stopnia Celsjusza), delikatnie mówiąc, nie napawają optymizmem.

Po co Bińczyk o tym wszystkim pisze? Na pewno nie dla efektu retorycznego, ale ten rzeczywiście jest uderzający, gdy zrozumiemy, że dokonujemy świadomej destrukcji naszej planety, czyniąc to pomimo powtarzanych od lat ostrzeżeń naukowców. Jak to możliwe, że mając pod ręką gotowe rozwiązania (globalne zastąpienie energii pochodzącej z paliw kopalnych energią odnawialną byłoby możliwe już w 2030 roku, zaś jak wyliczał Nicholas Stern, ustabilizowanie emisji gazów cieplarnianych na satysfakcjonującym poziomie kosztowałoby w 2009 roku 1-2% światowego PKB; z każdym kolejnym rokiem koszt takiej stabilizacji jest coraz wyższy), nie robimy właściwie nic, aby uratować „naszą wspólną przyszłość”?

Zastanawiając się nad tym, warto przytoczyć pytania formułowane przez autorkę we wstępie: „Czy w sferze publicznej w ogóle toczy się dyskusja o tym, że z uwagi na granice planetarne jeszcze w pierwszej połowie XXI wieku będziemy potrzebowali równoczesnych, głębokich zmian społecznych i ekonomicznych? Czy obywatele i obywatelki państw rozwiniętych rozumieją ciężar historycznej odpowiedzialności za zanieczyszczenia? Czy zdajemy sobie sprawę z tego, co naprawdę oznacza nieodwracalna i postępująca utrata bioróżnorodności, z którą mamy do czynienia? (…) Czy zdajemy sobie sprawę z ekonomicznej potęgi aktorów lobbujących przeciwko regulacjom środowiskowym? Z braku symetrii między koncernami paliwowymi, przemysłem motoryzacyjnym a organizacjami działającymi na rzecz ochrony środowiska?” (s. 22-23). Pytania to w zasadzie retoryczne, odpowiedź na nie jest oczywista i zdecydowanie negatywna. Dlaczego? Wydaje się, że na obezwładniający „impas klimatyczny” (s. 47) i całkowitą porażkę dotychczasowych prób zaradzenia mu ma wpływ wyjątkowo niekorzystny splot przyczyn geopolitycznych, instytucjonalnych, kulturowych i psychologicznych.

Choć brzmi to absurdalnie, za fiasko dotychczasowych działań na rzecz klimatu odpowiada brak woli politycznej. Dominującą w krajach rozwiniętych demokrację deliberatywną cechuje w tym względzie zasadniczy uwiąd: próżno oczekiwać od polityków funkcjonujących w trybie „od wyborów do wyborów”, zainteresowanych realizacją jedynie krótkoterminowych zadań, myślenia strategicznego. Instytucje społeczno-polityczne są nieprzygotowane do mierzenia się z długofalowymi skutkami naszych bieżących działań. W rzeczywistości „długofalowe skutki” mało kogo obchodzą („w długim okresie wszyscy będziemy martwi”, jak żartował John Maynard Keynes, jeden z ojców-założycieli współczesnego ładu ekonomiczno-politycznego). Wobec tego nawet (słabe) podstawy do nadziei w rodzaju paryskiego porozumienia klimatycznego z 2015 roku, w którym 195 krajów świata zobowiązało się do redukcji emisji gazów cieplarnianych ograniczającej globalny wzrost temperatury, jawią się jako działania pozorne i nieefektywne. Po pierwsze, jak każda konwencja czy deklaracja ONZ, tak porozumienie paryskie ma charakter dobrowolny, a brak jakichkolwiek mechanizmów pociągających państwa do odpowiedzialności za niewypełnianie zobowiązań de facto sankcjonuje bezczynność. Po drugie, wycofanie się z porozumienia przez Stany Zjednoczone – które odpowiadają za największą emisję gazów cieplarnianych na świecie – dobitnie ukazuje niemoc podobnych rozwiązań.

Zasadniczą rolę odgrywają tu oczywiście przyczyny ekonomiczne: redukcja emisji oznacza w końcu radykalne obniżenie zysków korporacji paliwowych, motoryzacyjnych czy nawet żywnościowych (wedle niektórych źródeł przemysł hodowlany odpowiada za 40% więcej emisji gazów cieplarnianych niż transport [Foer 2013: 49; por. też Lymbery, Oakeshott 2015]). Nic zatem dziwnego, że korporacje te ściśle współpracują z konserwatywnymi think tankami „produkującymi” wątpliwości i ponoszącymi wielką odpowiedzialność za szerzący się denializm klimatyczny, co Ewa Bińczyk doskonale pokazuje w jednym z rozdziałów. Redukcja emisji wymagałaby także zasadniczego zakwestionowania hiperkonsumpcjonizmu i ideologii wzrostu gospodarczego. Dotychczasowe próby implementacji rozwiązań w rodzaju zrównoważonego rozwoju okazały się mało skuteczne, głównie ze względu na ich podporządkowanie neoliberalnemu reżimowi rynkowemu. To właśnie porządek neoliberalny, sankcjonowany przez narzędzia ekonomii neoklasycznej, jest w znacznej mierze winny utrzymywaniu status quo i kontynuacji polityki business as usual, choćby (ale nie tylko) ze względu na naturalizowanie procesów ekonomicznych (there is no alternative, by przywołać niesławne powiedzenie Margaret Thatcher). Choć „tu i teraz” nadal przynosi on zyski (liczone jednak bardzo niemiarodajnymi narzędziami w rodzaju wskaźników wzrostu czy fetyszyzowanego PKB), to jest niezbywalnie uwikłany w samobójczą logikę dyskontowania przyszłości.

Nie mniej istotne okazują się przyczyny psychologiczne, dla których ignorujemy naszą wiedzę na temat destabilizacji klimatu, nie przekuwając jej na skuteczne działania zaradcze (jak to obrazowo ujęli Claus Leggewie i Harald Welzer piszący o podobnych kwestiach, co Bińczyk: „bo nie czynią tego, co wiedzą” [Leggewie, Welzer 2012]). Należy do nich poniekąd „naturalny” optymizm związany m.in. z oświeceniową wiarą w dobrotliwe skutki postępu technologicznego, co Bińczyk identyfikuje jako „imperatyw techniczny”, wcielany przez rozmaite koncepcje inżynierii klimatu lub inżynierii człowieka, poddawane przez autorkę bezwzględnej krytyce jako z gruntu antropocentryczne, konstytuujące brak działań zaradczych i ignorujące skutki uboczne projektowanych rozwiązań. Jak się jednak zdaje, ważniejszą przyczynę apatii stanowi po prostu bezradność – wyparcie to niemal instynktowna reakcja na ogrom problemu, gdyż myślenie o dużych zagrożeniach wywołuje w nas paraliż. Co więcej, jest to zjawisko raczej społeczne niż indywidualne. Bińczyk rozpoznaje więc (za norweską badaczką, Kari Marie Norgaard) tyleż zaskakujący, ile dość mrożący paradoks: „(…) gdyby problem zmiany klimatycznej był mniej niepokojący i łatwiejszy, pojawiłoby się więcej społecznego zaangażowania” (s. 68).

Wszystko to jest niejako wstępem do zasadniczych rozważań autorki, które będę mógł opisać już tylko pokrótce. Do ciekawszych wątków należy debata nad samą nazwą „antropocen”. Choć bowiem to bardzo wymowne pojęcie niosące szokujący efekt retoryczny (kontrast pomiędzy błyskawicznym tempem wywołanych przez człowieka zmian klimatu a „standardami” geologii operującej w skali setek tysięcy i milionów lat), dzięki czemu, jak przekonywał Bruno Latour, stanowi ono „wspaniały podarunek badaczy nauk ścisłych dla humanistów” (s. 28; nawiasem mówiąc, radość ta jest cokolwiek perwersyjna), Bińczyk odnotowuje, że spotkało się ono z pewną krytyką. Przede wszystkim z punktu widzenia nauk społecznych więcej kwestii ono zaciemnia niż wyjaśnia – traktując ludzi jako podmiot masowy, nie bierze pod uwagę, że nie wszyscy w równym stopniu ponosimy odpowiedzialność za destabilizację klimatu, nie wszystkich też w równym stopniu ona dotyka. Tu pojawia się bardzo istotny związek pomiędzy antropocenem a kapitalizmem, nakazujący niektórym badaczom takim jak Andreas Malm, Jason W. Moore czy Donna J. Haraway mówić raczej o „kapitalocenie”. Przekonują oni, że pojęcie antropocenu naturalizuje zjawiska o charakterze społecznym: to nie ludzie jako tacy odpowiadają za emisję gazów cieplarnianych, rzeczywistą odpowiedzialność ponoszą przede wszystkim najbogatsze kraje OECD i hiperkonsumpcja w krajach rozwiniętych. „Emisje gazów cieplarnianych jednej szóstej ludzkości (najuboższych) wynoszą zero” (s. 97).

W tej optyce rewolucja przemysłowa czy Wielkie Przyspieszenie (które notabene również odbyły się w konkretnym kontekście politycznym, ekonomicznym i historycznym) to jedynie późny efekt ustanowienia kapitalistycznych rynków i reżimów własności prywatnej. Znaczną część winy za zmiany klimatu przypisać więc można bardzo konkretnym aktorom, zwłaszcza że kapitalizm od swego zarania opierał się na bezwzględnym wyzysku reszty świata i instrumentalizacji zasobów naturalnych Ziemi. Nie jest to krzepiąca wiedza dla obywateli najbogatszych państw świata, szczególnie tych najlepiej sytuowanych, uświadamia bowiem, że kolonializm tak naprawdę nigdy się nie skończył. Wystarczy spojrzeć choćby na to, gdzie są szyte nasze ubrania albo z czego produkuje się nasze smartfony. Pojęcie kapitalocenu ma jednak, zdaniem Bińczyk, zasadniczą wadę: traci z oczu geologiczny wymiar problemu i przekreśla tak potrzebny transdyscyplinarny sojusz nauk humanistycznych i nauk ścisłych. Dlatego, przy wszystkich jego niedoskonałościach, autorka uznaje „antropocen” za nazwę skuteczniejszą retorycznie i bardziej przemawiającą do zbiorowej wyobraźni.

Mimo to wydaje się, że nie warto tak szybko odrzucać alternatywnych pomysłów: kapitalocenu, technocenu, plantacjocenu, mantrocenu czy innych pojęć, o których pisze Bińczyk. Antropocen jako problem „globalny”, ukazujący holistyczny wpływ człowieka na planetę, jest bowiem na tyle skomplikowany, rozległy i wytrącający z równowagi, że wymaga nie tylko transdyscyplinarności, ale również rozkładu na mniejsze, lepiej poznawalne czynniki. Każde z powyższych określeń zwraca uwagę na nieco inny aspekt antropocenu, dzięki czemu pozwala jakoś radzić sobie przynajmniej z częścią naszych problemów. Skoro ogrom zagadnienia nas przeraża i przerasta, to wydaje się, że wszystko, na co możemy liczyć, to drobne interwencje, zmiany, przewroty na poszczególnych polach. Są one niewystarczające, ale z pewnością lepsze niż tkwienie w marazmie wobec zagadnienia „superpotwornego” (s. 67) czy, jak powiedziałby Timothy Morton (2013), wobec wymykających się naszym zdolnościom poznawczym „hiperobiektów”.

W pewnym sensie jednak głównym „bohaterem” „Epoki człowieka” jest filozoficzny potencjał kategorii antropocenu. Bińczyk identyfikuje przede wszystkim dwa aspekty tego potencjału: podważenie antropocentryzmu oraz problematyzację pojęcia natury. Niektóre narracje antropocenu przekonują nas wprawdzie, byśmy nie zgrywali biocentryków i przyznali, że chodzi nam przede wszystkim o nasze przetrwanie, nie o bioróżnorodność, stabilność ekosystemów i klimat jako takie. W tym sensie narracje te nadal traktują nie-ludzkich aktorów instrumentalnie. Na szczęście jednak w dyskursie antropocenu (i w samym antropocenie) na granicy człowiek-inne istoty dzieje się też bardzo wiele ciekawych rzeczy.

Problem z antropocentryzmem polega przede wszystkim na jego arogancji – konsekwentne ignorowanie nie-ludzkich aktorów i bezwzględna eksploatacja ekosystemów (na co wyraźnie wskazuje antropocentryczna retoryka: od biblijnego „czynienia sobie Ziemi poddaną” po kapitalistyczne „zasoby naturalne” i „tanie natury”) wynikają z traktowania człowieka jako bytu w jakimś sensie wyemancypowanego z natury, niepodlegającego prawom biologicznym, wyraźnie stojącego po jednej ze stron dualizmu kultura-natura. Krytyczny dyskurs antropocenu wskazuje na konieczność radykalnego przeformułowania ustanowionych w ten sposób granic ontologicznych. Człowiek tyleż aktywnie stwarza naturę, ile jest od niej zależny: „(…) paradoksalność naszej sytuacji: równocześnie przetwarzamy otoczenie (natura jest naszym konstruktem, a dzika przyroda po prostu zanika), jak i jesteśmy częścią środowiska: zależni od procesów planetarnego metabolizmu, bez reszty w nie uwikłani” (s. 273). Sytuowanie człowieka w pozycji „zewnętrznego inkluza” (Czapliński, Bednarek, Gostyński 2017: 14) proponowane przez dyskursy postantropocentryczne w rodzaju humanistyki środowiskowej, ekokrytyki, posthumanistyki, geohistorii czy ekonomii ekologicznej nie jest przy tym „atakiem na wartości człowieczeństwa”, jak często bywa interpretowane przez środowiska konserwatywne, ale radykalnie realistyczną odpowiedzią na wyzwania, przed jakimi stanęliśmy.

Z krytyką antropocentryzmu ściśle wiąże się drugie z zagadnień podejmowanych przez Bińczyk: problematyzacja pojęcia natury. Nie brak we współczesnej humanistyce diagnoz, że jest ono normatywnym, mało nam dziś przydatnym konstruktem kulturowym, któremu nie odpowiada żaden rzeczywisty byt, a którego fetyszyzacja służy rozmaitym, zazwyczaj mało pochlebnym celom. Autorka „Epoki człowieka” oczywiście odnotowuje te twierdzenia, jednak skupia się na nieco innej kwestii, mianowicie na antropogenicznej „utracie natury”. Na jej skutek antropocen jawi się jako „epoka postśrodowiskowa” (s. 117), w której granica między tym, co „naturalne”, niepoddane antropopresji, a tym, co ludzkie, uległa załamaniu. Oddziaływanie człowieka na świat jest tak silne, że trudno byłoby odnaleźć dziś jakikolwiek „obiekt naturalny”, co skłania wielu badaczy do odrzucenia samego pojęcia natury jako mylącego i szkodliwego. Bińczyk nie popiera takich rozwiązań, gdyż – jej zdaniem – natura (rozumiana jako suwerenne tło wszelkich działań człowieka) nadal pozostaje aktywnym aktorem całokształtu procesów planetarnych, choćby ujawniając efekty uboczne działań człowieka. Niemniej, termin „natura”, nawet w takim ujęciu, wydaje mi się problematyczny. Czy nie właściwiej byłoby tu mówić o sprawczości „mniejszych” aktorów, od mikrobów, przez drzewa, po warunki atmosferyczne, jak proponuje np. wielokrotnie przywoływany przez Bińczyk Latour (np. 2009)? Zagadnienie to jest oczywiście przedmiotem prawdopodobnie nierozstrzygalnej debaty, ale może warto byłoby je nieco bardziej wyostrzyć.

Ewa Bińczyk włożyła sporo wysiłku w to, by jej książka nie przypominała „alarmistycznych” wezwań i nie popadała w apokaliptyczne tony, co, jak pokazują liczne badania z zakresu psychologii społecznej, jest zawsze przeciwskuteczne i raczej pogłębia marazm, niż pobudza do działania. Mimo to trudno mi się powstrzymać przed opisaniem „Epoki człowieka” za pomocą formuły „wołanie na pustyni”, zwłaszcza że określenie to trzeba, niestety, traktować nie tylko metaforycznie, ale również literalnie: to wołanie, wobec którego pozostajemy nieczuli, ale to także wołanie na pustynniejącej, umierającej Ziemi (co znamienne, jedna z alternatywnych nazw dla antropocenu to eremozoik – era pustyń). „Koniec świata, jaki znaliśmy”, by odwołać się do tytułu przywoływanej już tutaj książki Leggewie i Welzera, nieuchronnie nadciąga, a dramatyczny deficyt utopijnych projektów alternatywnego porządku społecznego, który zminimalizowałby koszty katastrofy klimatycznej, nie napawa optymizmem. Czy głosy takie jak „Epoka człowieka. Retoryka i marazm antropocenu” mają szansę zmienić nasze postępowanie? Bardzo chciałbym w to wierzyć.

LITERATURA:

Czapliński P., Bednarek J.B., Gostyński D.: „Literatura i jej natury. Przewodnik ekokrytyczny dla nauczycieli i uczniów szkół średnich”. Poznań 2017.

Foer J.S.: „Zjadanie zwierząt”. Przeł. D. Dymińska, Warszawa 2013.

Latour B.: „Polityka natury”. Przeł. A. Czarnacka. Warszawa 2009.

Leggewie C., Welzer H.: „Koniec świata, jaki znaliśmy. Klimat, przyszłość i szanse demokracji”. Przeł. P. Buras. Warszawa 2012.

Lymbery P., Oakeshot I.: „Farmagedon. Rzeczywisty koszt taniego mięsa”. Przeł. B. Kotarski. Białystok 2015.

Morton T.: „Hyperobjects. Philosophy and Ecology After the End of the World”. Minneapolis 2013.
Ewa Bińczyk: „Epoka człowieka. Retoryka i marazm antropocenu”. Warszawa 2018.