1 grudnia 23 (359) / 2018

Karolina Kostyra,

DUCHY FREDDIEGO MERCUREGO (BOHEMIAN RHAPSODY)

A A A
W 1991 roku umarł Bóg. Od tego czasu wyznawców Queen nawiedzają fałszywe inkarnacje idola. W historii pisanej po śmierci Freddiego Mercury’ego miarą fanowskiej mądrości jest rozpoznanie, co w tym cudacznym teatrze zmartwychwstania uchodzi za profanację, a co podtrzymuje trwanie religii. W latach dziewięćdziesiątych należało umacniać narrację o niemożliwości zastąpienia wokalisty Queen. Freddie powracał więc jako głos zza grobu. Wplatano do nowych melodii jego wokale lub remiksowano stare single Mercury’ego. Rozluźnienie po długiej żałobie przyniosła kolejna dekada. Z pola widzenia usunął się basista John Deacon (czyli dla mniej zorientowanych „ten czwarty w zespole”, a dla konserwatywnych fanów – „ten, którego szanujemy, bo nie sprzedał Queen”). Gitarzysta Brian May i perkusista Roger Taylor wyruszyli w serię tras koncertowych z udziałem nowych wokalistów. Freddiego można było już zastępować, ale trzeba było robić to taktownie. Paul Rodgers, rockman z dorobkiem, nie rościł sobie większych pretensji do bycia gwiazdą występów Queen. Adam Lambert zakładał już podczas koncertów królewską koronę.

W tych okolicznościach „Bohemian Rhapsody” było tylko kwestią czasu. Niepisana zasada mówi przecież, że każdy zmarły muzyk, który coś znaczył, powinien wcześniej czy później otrzymać swój film biograficzny. W przypadku postaci, które odeszły młodo, lepiej jednak odczekać parę lat. W tym okresie zdążyło się już stępić ostrze krytyki stosowanej przez tradycjonalistycznych zwolenników Queen. Skoro umiarkowanie zdolny dzieciak z talent show może wcielać się na koncertach w Mercury’ego, to równie dobrze sprawdzi się w tej roli Sacha Baron Cohen czy Rami Malek. Niech tylko robią to godnie. Wcielanie się we Freddiego jest niełatwą sztuką. Od dobrego odtwórcy wymaga się bowiem, żeby jednocześnie był żywym Freddiem i oddawał należny zmarłemu Freddiemu hołd. Grał Freddiego i był fanem Freddiego. Niech oszuka nas na chwilę, ale powinien zachować przy tym pokorę. Mercury’ego nie da się przecież zastąpić.

Dowodem tego jest film reżyserowany przez Bryana Singera, choć mówienie o reżyserii w przypadku „Bohemian Rhapsody” to spore nadużycie. Filmowiec, który od dwudziestu lat nie stworzył autorskiego dzieła, nadał biografii Queen tyle charakteru, ile posiada przeciętny film telewizyjny. Sprawie z pewnością nie przysłużył się też Dexter Fletcher – reżyser, którego zaangażowano w projekt po zwolnieniu Singera. Filmografia Fletchera pokazuje, że ten dobrze czuje się w produkcjach spod znaku brytyjskiej szkoły „feel-good movie” – realizacjach sympatycznych, choć mało wyrazistych. Dzieła dopełnił scenariusz Anthony’ego McCartena, znanego z tego, że swoim pisaniem potrafi „rozmemłać” najciekawsze osobowości i wydarzenia historyczne („Teoria wszystkiego”, „Czas mroku”). Ten film nie miał prawa być dziełem ponadprzeciętnym.

Od strony biografii rockowego zespołu „Bohemian Rhapsody” opisuje się jako „adaptację notki z Wikipedii”. W kwestii politycznej obwinia się autorów o heteronormatywizm. Produkcja jest nieciekawa, ale niestety nie na tyle, żeby z rozkoszą jej nie znosić. Mówi się raczej o realizacji płytkiej i laurkowej albo w najlepszym razie bezpiecznej. Ten pozbawiony wyrazu film opowiada o zespole, który w swojej historii odwoływał się do takich innowatorów kina jak Bracia Marx, Fritz Lang i Georges Méliès lub współtworzył niepoważne, ale ucieszne realizacje gatunkowe („Flash Gordon” i „Nieśmiertelny”). Za życia możesz mieć zamaszysty styl, jednak po śmierci i tak zrobią z ciebie świętego, nudziarza albo średniaka. W ten sposób zostali zabalsamowani Freddie Mercury i grupa Queen w 2018 roku.

Zdawałoby się, że sama twórczość zespołu pozwala na większą elastyczność w snuciu opowieści o Królowej. Queen nigdy nie traktowali się całkiem na serio. Teledyski grupy z okresu MTV zaludnione są przebierańcami, klonami i odbiciami brytyjskiej kapeli. W klipie do „The Invisible Man” rozpoznajemy ich w postaciach z gry komputerowej, a w teledysku „The Miracle” członkowie grupy występują wraz z dziecięcymi aktorami imitującymi muzyków. Niepoważna okładka „A Kind of Magic” ukazuje uśmiechnięte kreskówkowe postaci stylizowane na Deacona, Maya, Taylora i Mercury’ego. Członkowie Queen, jeśli nie dublowali swoich wizerunków, to odgrywali nowe postaci: francuskich dworzan („It’s a Hard Life”), średnioklasowych Anglików („I Want to Break Free”), pacjentów szpitala psychiatrycznego („I’m Going Slightly Mad”). Tylko że po śmierci Freddiego reguły teatru się zmieniły. Tak jakby dziedzictwo zespołu mogło przetrwać jedynie, gdy usztywni się obecny obraz Królowej. Po 1991 roku pozwalamy na przebieranki, tylko bez szaleństw!

May, Taylor, a wcześniej również Deacon zmuszeni są odgrywać wciąż to samo przedstawienie, w którym kopiuje się gesty z przeszłości. Koncert na Stadionie Wembley, zorganizowany pół roku po odejściu Mercury’ego, to przecież swego rodzaju powtórzenie sytuacji ze słynnego Live Aid. W tamtym czasie ten odnowiony rytuał był potrzebny. Wydarzenie zgodnie uznawane jest za należycie odprawiony ceremoniał pożegnalny. Koncert, na którym Guns N’ Roses, Metallica i George Michael wykonywali utwory Królowej przy akompaniamencie członków zespołu, zostało dodatkowo pobłogosławione przez Maya stwierdzeniem, że „duch Freddiego był obecny” podczas odprawianych ku jego czci muzycznych hołdów. May niejednokrotnie będzie się później powoływał na „ducha Freddiego” czy „obecność Freddiego” (Freddie’s spirit). Czasem mając na myśli metaforyczną energię wielkiego rockowego widowiska (takiego, które spodobałoby się Mercury’emu), innym razem odnosząc się wprost do pośmiertnego trwania duszy Farrokha Bulsary.

Zbliżoną opowieść snuł Rami Malek wcielający się w postać Mercury’ego w filmie „Bohemian Rhapsody”. Podobno zmarły wokalista Queen objawiał się aktorowi w snach, instruując go odnośnie do szczegółów odgrywania występów koncertowych. Aktor przyznał, że czuł „głęboką duchową więź” z muzykiem. Możliwe, że Malek jest po prostu bardzo wrażliwy, a gitarzysta Queen cynicznie posługuje się „duchem Mercurego”, by usprawiedliwić swą obecną działalność pod szyldem zespołu. To jednak w zasadzie nieistotne.

Duchy i widma Freddiego istnieją, co może potwierdzić prawie każdy polski obywatel urodzony przed transformacją. W pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych rodzimi miłośnicy Queen stanowili niemal odrębną subkulturę. W magazynach dla nastolatków drukowano plakaty zespołu, a w popularnej książce o ezoteryce analizowane były portrety numerologiczne Mercury’ego, Maya, Taylora i Deacona. Wówczas niemal wszyscy słuchali Królowej. Nie chwilowo, powodowani kilkudniowym przygnębieniem po śmierci znanej postaci, lecz z wielką intensywnością i zaangażowaniem emocjonalnym. Obecni trzydziesto- i czterdziestolatkowie albo byli niegdyś miłośnikami Queen, albo obcowali z muzyką zespołu przez najbliższą rodzinę (matka, ojciec, starszy brat). Dla wielu z nich był to pierwszy zespół, którego twórczość poznali od A do Z albo pierwszy „porządny zespół”, bo wcześniej w domu słuchało się głównie disco z Niemiec. Pierwszy zespół, który naprawdę się kochało. Później niektórym zdarzyło się powiedzieć: „pamiętam ten dzień, kiedy umarł”. Śmierć Mercury’ego wdarła się boleśnie w prywatną i społeczną historię transformacji naszego kraju. Obcowanie z muzyką Queen po śmierci Freddiego stało się w Polsce pewnego rodzaju pokoleniowym przeżyciem, co w protekcjonalnym minireportażu o muzycznej ignorancji współczesnych nastolatków starał się uchwycić Filip Chajzer. Fani Queen w średnim wieku często zresztą manifestacyjnie obnoszą się ze swoją miłością do zespołu. Pamiętają w końcu „ten dzień”.

W „Bohemian Rhapsody” zapomniano o śmierci Farrokha Bulsary. Film kończy się podczas słynnego występu na Live Aid. O odejściu artysty informuje nas plansza z napisami. Krytycy, którym na sercu leżą kwestie społeczne, zauważają, że pominięcie okresu najcięższej choroby jest niesprawiedliwe wobec ofiar AIDS. Zasłania się bowiem ich cierpienie i osłabia politykę profilaktyki wirusa HIV. Z fanowskiego punktu widzenia również ma się wrażenie, że ukazano tylko „połowę prawdy”. Na wspomnienie o Mercurym nie składają się przecież jedynie obrazy krzepkiego wąsacza czy pięknego arlekina w trykotach. Wizerunki artysty z czasów jego glorii sprzężone są ściśle z rozdzierająco smutną fizjonomią Freddiego z ostatnich miesięcy życia. Freddie z twarzą manekina ukryty pod warstwą pudru. Freddie angażujący wszystkie swe wątłe siły w energetycznym klipie do „Breakthru”. I wreszcie Freddie z „These Are the Days of Our Lives” – cień samego siebie patrzy w kamerę, śpiewając pożegnalną pieśń. „Tamte dni już minęły, ale jedna rzecz pozostaje niezmienna. Patrzę na ciebie i wiem. Nadal cię kocham”. Opowieść o Mercurym i Queen to również historia śmierci, tymczasem z ekranu kinowego spogląda na nas jedynie Freddie w blasku chwały. Być może zamiarem twórców było wykształcenie mitu nieśmiertelnego idola. Jeżeli jednak takiej narracji o Mercurym nie snuje popkultura jako całość, to owa sztuka tym bardziej nie uda się miałkiemu filmowi Bryana Singera. Historia Mercury’ego i Queen miała już na starcie melodramatyczny potencjał, który mógłby dać o sobie znać nawet w przeciętnie prowadzonej opowieści filmowej. Twórcy „Bohemian Rhapsody” starają się jednak emocjonalnie blokować widza.

Muzyka oczywiście robi swoje. Dla zagorzałych miłośników grupy każdy album Mercury’ego, Maya, Taylora i Deacona jest tyleż afirmacją życia, co dotkliwym przypomnieniem o końcu. Z pewnością podobne odczucia są udziałem innych wielbicieli artystów, którzy odeszli. Przypadek brytyjskiego zespołu wydaje się jednak o tyle szczególny, że w ich muzyce i całym jej anturażu zawarte jest przesłanie wychwalające życiowy pęd: działanie, „zgarnianie wszystkiego”, kult miłości, wyzwalanie się, przełamywanie granic. Świat Królowej bogaty jest w cuda albo chociaż „pewien rodzaj magii”. Ludzie obdarzeni są w nim jednostkową mocą, ale przede wszystkim hołduje się zbiorowym zwycięstwom. To w końcu rock stadionowy – twórczość nastawiona na partycypację publiczności. Odśpiewywanie razem hymnów, wznoszenie rąk do rytmu i wreszcie echo-powtarzanie słynnego „eeeyoo”. Wszystkie te elementy uczestnictwa w zjawisku Queen przypominają wielki rytuał, podczas którego publiczność łączy się w jeden organizm. Podobne stwierdzenia brzmią może pretensjonalnie, ale taka wrażliwość emocjonalna właściwa jest przecież samej twórczości Queen. Będąc miłośnikiem zespołu, trzeba mieć w sobie trochę z człowieka religijnego, który przypomina sobie wciąż wielki mit o życiu i śmierci. Albo chociaż uprawiać kult melodramatów, bo w uczucie do Queen wpisane jest radosne upojenie i głęboka żałoba.

Mercury odszedł prawie trzydzieści lat temu. Bledną stopniowo jego duchy. Ostatnie wielkie nawiedzenie miało miejsce w 1995 roku. May, Taylor i Deacon wydali wtedy album o znamiennym tytule „Made in Heaven”. Płytę skomponowaną z wokali Maya i Taylora oraz fragmentów nagranych niegdyś w studiu przez Mercury’ego. Najbardziej osobliwym utworem na tym dziwacznym albumie jest „Mother Love”. Patetyczna pieśń złożona z wersów wykonywanych przez umierającego wokalistę, zwrotki uzupełnianej przez Maya (Freddie nie zdążył już dośpiewać całości) oraz zakończenia o iście hipnagogicznym charakterze, w którym zmiksowane zostają wszystkie nagrane przez zespół piosenki. W finale głos Freddiego ulega zapętleniu, słyszymy sample z nagrań koncertowych i studyjnych. Całość wieńczy płacz dziecka. Z pieśni umierającego człowieka i krzyku niemowlęcia stworzono opowieść o śmierci i ponownych narodzinach. To ostatnia piosenka Mercury’ego, choć wokalista nie dożył już etapu jej produkcji. Album „Made in Heaven” wpasował się w delikatną kondycję wewnętrzną fanów Queen w latach dziewięćdziesiątych. Niewykluczone, że „Bohemian Rhapsody” też jest znakiem swoich czasów. Duchy Freddiego zostały wyegzorcyzmowane. Teraz możemy stawiać pomniki.
„Bohemian Rhapsody”. Reżyseria: Bryan Singer. Scenariusz: Anthony McCarten. Zdjęcia: Newton Thomas Sigel. Obsada: Rami Malek, Lucy Boynton, Gwilym Lee, Ben Hardy, Joseph Mazzello. Produkcja: USA, Wielka Brytania 2018, 134 min.