1 grudnia 23 (359) / 2018

Maciej Melecki,

NIGDZIE INDZIEJ (FRAGMENTY)

A A A
***

Koło ujścia. Przekop dali. Obłoczny sygnał. Marniejemy pod okapem wilgotnego dnia w tej danej chwili i w chwilach, które już się odmykają, jakby podziałka była ostatecznym dowodem na paradoks Zenona, i jakby każdy przejaw życia był niezbywalnym śladem spróchniałości chwili. Sproszkowana meta. Ciekły tlen schodzący ze strony zalesionego wzgórza. Żadna racja nie przyniesie nigdy ulgi, rozjątrzy tylko w mózgu próg, który prędzej niż później ugnie się pod nią, i dopuści do prędkiego zainfekowania prądkami uwolnionych kwestii. Fakt to kolec przekłuwający mydlaną bańkę. Nie możesz więc być poza nią, nie pozostając na zawsze jej powidokiem. Osaczanie odbywa się nader cicho. Głośne jest tylko upominanie o siebie. Zzuj, choćby na krótko, taki przebieg. Okrążenie maleje, kiedy jesteś w poniewierce.

***

Karton pokutny – współczesna forma włosienicy, jako symbolu żałowania za grzechy. Kartonami tymi zostanie już za niedługo wyłożona cała polska granica. Od gór po wybrzeże równo poukładane, stojące ciasno obok siebie zaczną stanowić nieprzepuszczalny – impregnowany wiarą – kordon sanitarny, który zapewni wszystkim mieszkańcom tego kraju czyste powietrze, pozbawione jakichkolwiek wirusów bądź nieproszonych bakterii. Kartony te będą na tyle wielofunkcyjne, że będzie w nich można chodzić po plaży albo po górach, ale także do pracy czy do łóżka. Ich wygląd zostanie wyposażony w maskujące barwy, dostosowane – dzięki wmontowanym czujnikom – do zmieniającego się otoczenia. Każdy jego użytkownik w pewnym sensie stanie się – ze względu na to właśnie – niewidzialny, niewidzialnie więc będzie mógł żałować za nieswoje grzechy i, tym samym, oczyszczać się duchowo lub cieleśnie. Tego rodzaju funkcje zapewnią – przynajmniej fragmentarycznie – zniknięcie tej części narodu, która zechce uznać pokutę za cudze przewiny za najwłaściwszą formułę swego zbawienia, które zapewni mu stały pobyt w kartonowym niebie.

***

Opuść wiosło dali. Jest zbutwiałe od przemokłego horyzontu i bezładnie dryfuje w przystani oka. Żyj już w garści rozmiękłej gleby, albowiem, jak twierdzi Leopardi, każdy jest tylko wędrownym grobem.

***

Codzienny zaplot ciernistego drutu wokół głowy, nadgarstków i szyi. Spływające zewsząd razy upomnień, próśb, poleceń i uwag tworzą, w efekcie, właśnie ów ścieśniony zaplot, ażebyś zawsze dotkliwie odczuwał obecność innych, znał swoje miejsce w szeregu społecznego koryta pomyj, nie rozstawał się z poczuciem osaczenia i skazania na podległa role wobec rozproszonych, acz zawsze blisko ciebie grawitujących mar, które, nierzadko, objawiają się przed tobą z tępym uśmieszkiem na swej ogorzałej twarzy. Gdzie są rejony, do który mieliśmy pójść, by zaznawać swojej wolności? Przecież od dziecka faszerowano nas takimi właśnie mirażami, możliwymi do osiągnięcia dzięki nauce i uczciwości, roztropności i sumiennej pracy. Społeczne żarna wychowawczo-edukacyjne, zakłamane u swych podstaw, o hodowlanej proweniencji, nieustannie dopuszczały się i dopuszczają nadal daleko idących manipulacji nad człowiekiem, który, etapowo, wkraczał w ten zamulony świat, by być urabianym na modłę zmechanizowanego bydlęcia, mającego zostać, w efekcie, użytecznym tworem pod każdym względem, albowiem - niezależnie od tego, czy jesteś biedakiem czy zamożnym właścicielem domu i pięciu terenowych aut – jesteś zawsze zakładnikiem nie tylko swoich potrzeb, które są regulatorami społecznej maszynerii, a której głównym elementem jest prasa – kar i nagród, pieniędzy lub ich barku, pracy lub bezrobocia, grzechu i winy – formująca cię wedle nałożonych norm i danych podaży.

***

Zapadliska sensów, krochmalone dni ujadaniem głupoty, czas marskości i bezwładu, bezradność coraz bardziej wpijająca się w resztki przytomnego oglądu dookolnej hucpy, zasieki takiego stanu, który zaczyna przybierać konsystencję betonowego przepierzenia, coraz dotkliwiej odgradzającego cię od poczucia jakiegokolwiek realnego wymiaru, gdyż każdy kolejny krok wykonywany jest w grzęzawisku stanu, opatrzony wrażeniem poruszania się w kleistych odmętach gestów czy komunikacyjnych kanałów, na co składa się wielowarstwowy układ permanentnych zniesień, niezwykle bacznie tropiący każdy twój ruch, ażeby pochwytnie nad nim panować, i pod wieloma postaciami symulować tradycyjne miary położenia czy umiejscowień na fikcyjnych wykresach bądź eterycznych mapach, bo tylko poprzez ciągi takich podmian możemy jeszcze toczyć się resztkami nadziei na przerwanie tego letargu i wyrodzenie się w nas nowych perspektyw lub widoków, które pozwoliłyby porzucić bieżące odmiany chomąt, i wykrzesać w sobie – mimo częstego braku krzesiwa – nowe zręby podniet, owych wiązek odmiennego pulsu, o którym niekiedy roi się jak o zbawczym leku, choć i tak, o czym wiemy doskonale, okres samo oszustwa jest efemeryczny, jak spłonka słońca na parapecie w grudniowe popołudnie.

***

Blisko serca masz pęk kluczy. Żaden z nich nie jest zardzewiały. A jednak – kiedy wkładasz jeden do zamka, w chwili, gdy go przekręcasz, chrobot, który słyszysz, okazuje się serią zgrzytów bicia na minutę. Puls koroduje się od początku.  

***

Obojętnie, kiedy to nastąpi. Jeśli za jakiś czas, przybędzie ci tylko kilkaset wrażeń, z którymi i tak nie będziesz wiedział, co zrobić. Jeśli nastąpi to zaraz, za parę chwil, momentalnie będziesz wiedział, że niczego nie ma, gdyż to cięcie okaże się zwieńczeniem wszystkich wrażeń, z którymi zrobiłeś, co chciałeś, czyli – nic więcej.

***

O wielu rzeczach człowiek nie chce po prostu pamiętać, nieustannie zacierając je różnymi czynnościami w osadniku, jakim bez wątpienia jest wydrążona w tobie dziura mieszcząca wszelkie urazy sensu, wypływające z owych rzeczy na tyle skutecznie, że zostają po nich zetlałe kontury, spłowiałe ich resztki, do niedawna jeszcze żywych i krwistych postaci. Szybkie ulatnianie się emocji powstających w odbiorze owych rzeczy bezpośrednio, jest nie do powstrzymania, albowiem konserwującą je złość staje się równie efemeryczną procesją, co samo doznawanie takichż rzeczy, które błyskawicznie osaczają i przypierają do muru racji. I mimo wiedzy o jej ułudzie, ulegamy tym paraliżującym skokom na nasze gardła, poprzysięgając sobie, że będziemy to zawzięcie przechowywać w zanadrzach swojej wiedzy o międzyludzkich relacjach. Początkowy, pogrubiony uraz właśnie – coraz mgliściej się jawiący – rozpuszcza się w solnym kwasie dni wciąż bardziej, aż znienacka pojawia się jakiś błahy impuls, który uruchamia na nowo zastygłą w szramach wspomnień galopadę awersji. Tak więc kwadratura koła jest bodaj jedynym sugestywnym ujęciem, oddającym istotę nieokreśloności ludzkich zmagań z dowodzeniem swoich prawd.  

***

Nic nie wydarza się za późno. Żyjemy zaś w dychawicy ciągłego poczucia opóźnienia, nie nadążania za masywnymi feeriami wszelakiej, dookolnej wydarzeniowości, skradającej się na bliską odległość naszego podprogowego odbioru zjawisk i zdarzeń, będących nagonką na zbłąkanego, zaszczutego ciebie, dławiącego się obawami wynikającymi z niemożności przekraczania, rzucanego raz po raz pod nogi, progu czegoś – który jest zwykłym drągiem czasu.

***

Ach, te literackie Nagródki przyznawane od ponad dziesięciu lat w Polsce! Jakież one są ujmująco rozkoszne w swym krańcowym oportunizmie, przewidywalne w swych nominacjach i wielce zaraźliwe w zachowawczym układzie, gwarantującym medialną i środowiskową układność. Dbałość Jurorów o wyłonienie – częstokroć bardzo – przeciętnych lub nieburzących lekturowych, konwencjonalnych przyzwyczajeń książek, wtrąca w zażenowanie, i silnie sugeruje potrzebę interpretowania tegoż rodzaju ich zachowania, jako działających pod jakąś - w danym roku modną - presją: klarowności przekazu, parytetów, czy, jak brzmi to w jednym z tłumaczących się komunikatów, groteskowo-kuriozalnych formułek:  bardzo udany i jak zawsze uroczo zmysłowy nowy zbiór wierszy. No tak, byleby tylko niczego nie naruszyć, nie pokpić uładzonych i dobrze już wszak przecież ugruntowanych smaków literackiej gawiedzi odbiorców, którzy czekają z niebywałą podnietą na każdy werdykt lub poprzedzające go – właśnie – nominacje, by od razu móc to skomentować lub, przynajmniej, oddać swe serie ulubionych polubień. Chłamliwość tych zjawisk, nie tak przecież oczywista dla większości, jest tym bardziej dostrzegalna w komentarzach niektórych zainteresowanych, czyli autorów, których książki do kolejnej edycji danej Nagrody nie zostały nominowane, więc poprzepadały z kretesem w pokarmowym kuble literackich odpadów. Są one – owe komentarze – zazwyczaj gorzkie i cierpkie. Ale poza nie, nikt z ich nadawców nie wychodzi w postaci, chociażby, napisania tekstu gromiącego pod każdy względem owe werdykty i, zarazem, wykazującego banalność lub płytkość wyróżnionych nominacjami lub nagrodą książek. Jakby każdy się bał takiej trwałej, publicznej wypowiedzi, ze względu na potencjalne skazanie go na wieloletnią anatemę prze Nagradzających lub posądzenia go o zawiść czy małostkowość przez środowisko. Pokątne wyszeptywanie swego niezadowolenia niczego nie zmieni. Natomiast, być może, wszystko to, co tak trapi i frasuje, zmienić mogłoby: albo spory bojkot autorów, którzy zabraniają swym wydawcom wysyłania swych książek na owe Nagrody albo wszczęcie szerokiej polemiki o tym coraz bardziej zdewaluowanym zjawisku. Ale któż na to się poważy? W czasach ogłupiającej, palącej potrzeby narcystycznego parcia w stronę sukcesu za wszelką cenę, lepiej pomalkontencić dwa trzy dni, i zacząć z tym jakoś żyć, a za rok czy dwa – kiedy będzie się autorem kolejnej książki – ponownie znów łudzić się, że być może teraz łaskawy, jurorski los do mnie wreszcie się uśmiechnie.

***

Obserwując i analizując to, co wydarza się w polskiej przestrzeni polityczno-społecznej, nieodparcie odnoszę wrażenie, że nieustannie ma się do czynienia z hybrydą cyrku i szpitala psychiatrycznego. Najlepsze jest to, że trudno zrzucić te wrażenia na karby takiego czy innego przekazu medialnego, który finalnie kształtowany jest poprzez liczne zniekształcenia. Wrażenia te – wyświetlające takie analogie – kotwiczą zdecydowanie bardziej w gołych, niezmanipulowanych wypowiedziach, wytwarzających automatycznie – jakby na to nie patrzeć – cielec naszej współczesności: fakt. I właśnie owe fakty jednoznacznie wskazują na źródło, z którego pochodzą – jest nim choroba psychiczna. Najprawdopodobniej choroba ta ujawnia się – jeśli chodzi o swe ostatnie stadium - w momencie przyspieszenia procesów zaburzenia percepcji, wywoływanych oszołomieniem władzą lub poczuciem ważności. U ludzi, którzy są na medialnych widelcach lub świecznikach, zapanowuje tak mocne ciśnienie - które jest potem stale podtrzymywane bądź eskalowane najczęściej przez nich samych na skutek opiumicznego uzależnienia - że w konsekwencji rozsadza ono ich psychiczne poszycia i doprowadza do nieodwracalnych faz coraz głębszego – właśnie – zaburzenia. Zawiadują więc nami ludzie, których ocena zachowań może być tylko jedna: psychiatryczna. Każda inna nie oddaje wszak istoty, która mości się i kryje w cyrkowych akrobacjach, jakimi nas raczą, i jest tylko doraźnym spłyceniem – rozrzedzającym zgrozę tego, co oni po prostu czynią.

***

Paląc często papierosy w dużym pokoju, staram się je palić, będąc wychylonym przez okno, prze które, siłą rzeczy, patrzę na okalająca mnie najbliższa dal. Praktycznie od rana sporo ludzi odwiedza pobliski śmietnik, i niekiedy przy nim się ze sobą spotyka. Czyni to dla nich kapitalną okazję do zagadania i, nie tak rzadkiego, wszczęcia rozmowy. Blisko rozdziawionych, ukrytych w klatce śmietnika kontenerów, z których dobywa się narastający fetor, ludzie ci, mieszkańcy osiedla, ucinają sobie pogawędki, jakby miejsce skrywanego rozpadu i składowiska wszelkich odpadów, było ku temu idealne, dające wręcz pretekst do takich zatrzymań, nikłych konfrontacji i posłyszenia, być może, absorbujących plotek. Ewidentnie to, co niepotrzebne już, zużyte, przetworzone i będące konkretną formą śmiecia, mocno przyciąga, tworząc efemeryczny azyl dla parominutowej sposobności kontaktu z innym – tak samo zwabionym kołującym nad nim rozkładem. Zdarza się i też wizyta kogoś spoza osiedla: albo jest nim wędrowny szperacz w śmietnikowych odchodach, który, przechyliwszy się po pas w kontenerze, dogrzebuje się do jakichś – dla niego cennych – znalezisk i upycha je w swojej plastikowej torbie, albo wypielęgnowany osiłek, który podjechawszy najnowszym modelem Audi lub Maybacha, rączo dobywa spod klapy bagażnika wór ciasno nim opiętych śmieci i chyżo wrzuca go do najbliższego pojemnika, by niepostrzeżenie odjechać w swoją wymuskaną stronę.