1 grudnia 23 (359) / 2018

Magdalena Piotrowska-Grot,

ŁOWCZYNI PIERZCHAJĄCYCH SŁÓW (BOGUSŁAWA LATAWIEC: 'PIERZCHAJĄCE OGRODY')

A A A
Kiedy współczesna krytyka literacka (ze swej natury i w związku z rolą, jaką powinna pełnić, zwykle zwrócona w stronę spraw najaktualniejszych, nowości, zjawisk inicjujących zmiany) musi zmierzyć się z twórczością przedstawicieli pokoleń debiutujących w latach 60. czy 70. ubiegłego wieku, staje wówczas w obliczu niemałego wyzwania. Teoretycznie „nowość wydawnicza to nowość”, więc wiek autora nie powinien stanowić większej różnicy. Młoda poezja jest jednak obecnie niesłychanie eklektyczna, wciąż eksperymentująca, zaangażowana, intensywna, emocjonalnie rozedrgana, a jej horyzont rozciąga się, rozplenia pomiędzy bardzo wieloma nurtami i tematami, których bieguny mogłyby stanowić dynamizm przemian (także społeczno-politycznych) z jednej strony oraz ton elegijny, wsobne, wewnętrzne rozmyślania z drugiej – co oczywiście w ogólnym rozrachunku przynosi zwykle pożądany efekt i okazuje się zjawiskiem pozytywnym.

Wobec głosów poetów dojrzałych, obecnych długo na literackiej arenie, jesteśmy więc zwykle dość sceptyczni. Z łatwością umieszczamy kolejne tomy w znanych i oswojonych przez dyskurs historycznoliteracki przegródkach. Oczywiście, twórczość ta bywa skostniała, powtarzalna, przewidywalna i nieaktualna, ale stwierdzenie, że jest tak zawsze, stanowi wynik błędnych rozpoznań, czytelniczych przyzwyczajeń i nieumiejętności ich przełamania lub wyraźnie sprofilowanych oczekiwań formalnych czy tematycznych.

Nowy tom poetycki Bogusławy Latawiec jest oczywiście wyrazistym głosem dojrzałej twórczyni. W czasie lektury warto zastanowić się jednak, czy powiela wzorce ustalone w zbiorach poprzednich, czy spełnia oczekiwania współczesnego czytelnika oraz czy tak sformułowane pytania są zasadne wobec poezji, właściwie szerzej – dzieła sztuki w ogóle. Dla znawców i czytelników wierszy autorki „Otwierają się rzeki” tom „Pierzchające ogrody” będzie zawierał znajome elementy. Pojawia się w nim bowiem nie tylko charakterystyczny dla Latawiec sposób obrazowania czy komponowania metafor, ale także niezwykła czułość na codzienność – skrywana w przemyślanych kompozycjach językowych. Odnajdziemy w nim zarówno niezwykle wyrazistą dla tej twórczości metaforę ciemni, elementy oniryzmu czy poetyckie hypotypozy. Nie sposób jednak oprzeć się wrażeniu zmiany. Nie jest to oczywiście ani formalna, ani też semantyczna rewolucja. Następuje jednak zauważalne przesunięcie akcentów, chciałoby się powiedzieć, że niejako zmienił się patron tej poezji (którym był długo Przyboś, wyraźnie także poeci lingwiści – choć Latawiec zawsze z owych inspiracji tworzyła nowe jakości) i jej nastrój.

Zacznijmy jednak od charakterystyki ogólnej. Przede wszystkim należy zaznaczyć, iż najnowszy tom poetki, choć poruszane są w nim tematy trudne, przynosi pewną dozę ukojenia – to niezaprzeczalnie wyważony głos dojrzałej pisarki. Owa dojrzałość nie jest generowana jednak tylko metryką, ta bowiem nie jest, i nie powinna być, czynnikiem dominującym w przypadku sztuki. Chodzi mi o taką dojrzałość słowa i litery, która wynika z różnorodnych i niezwykle istotnych doświadczeń (pokoleniowych, lekturowych, pisarskich, krytycznych), kształtujących fundamenty poetyckiej wyobraźni Latawiec (o czym pisali zarówno Piotr Łuszczykiewicz [zob. Grądziel-Wójcik, Łuszczykiewicz 2016: 13-16], jak i Adam Poprawa [zob. Poprawa 2005]). Bardziej szczegółowa lektura pozwala zaś na wskazanie niezwykle istotnych obszarów, które dominują w omawianej książce poetyckiej i niejako „ustawiają głos” tekstów i „słuch” odbiorcy.

Granice, przecięcia, przejścia

Poetka rozpoczyna swój tom cytatem ze „Znikomka” Bolesława Leśmiana”: „I powikłane od lęku, w mrok pierzchające ogrody! | A w dłoniach – nadmiar istnienia, a w oczach – okruchy nocy” (s. 7). Fragment ten pełni rolę nie tylko motta, wprowadzenia i interpretacyjnego drogowskazu. Czytając kolejne wiersze w tomie, trudno nie ulec sugestii, iż nastrój Leśmianowskiego świata unosi się nad niemal każdym utworem „Pierzchających ogrodów”. Z łatwością wręcz można wskazać elementy, które pozwalają potwierdzić tę tezę, ale także uchwycić pewien rys całości. Kluczowa bowiem wydaje się dla omawianej książki zasada wyrazistej spójności. Nie jest to cykl połączony wspólną personą, przestrzenią czy motywem, ale właśnie nastrojem, tematyką, sposobem kreowania poetyckiego obrazu. Takim elementem spajającym niniejszy tom, a jednocześnie zaczerpniętym niejako z uniwersum autora „Sadu rozstajnego” jest doświadczanie graniczności. To przede wszystkim granice światów „w ziemskiej skończoności i niebnej nieskończoności” (s. 25) (ludzkiego i zwierzęcego, jawy i snu, ziemi i zaświatów, natury i kultury, ciszy i zgiełku) oraz subtelne, niemal niezauważalne wzajemne przenikanie tych sfer:

Krzyk nieba i ziemi odrzuconych

Odrzutowcem

W błysku pękającego słońca

siódma fala powietrza z siecią szpaków

śmiertelnie zasupłanych w chmurze

orłem wyrwanym z głuszy (s. 26).

Świat poezji Bogusławy Latawiec nie jest jednak fantastyczną kreacją, mieszaniną surrealizmu i poezji wyzwolonej wyobraźni (choć i te wpływy można dostrzec w poszczególnych wierszach), nie brakuje w niej bowiem odniesienia do materialnego konkretu rzeczywistości. Przejawia się ono najsilniej (i bodaj najciekawiej) w tekstach oscylujących w tym tomie wyraźnie wokół styku natury i kultury – w płynnych przejściach pomiędzy tajemnym światem zwierząt a pozornie zrozumiałym światem ludzi. W czasie lektury „Pierzchających ogrodów” dostrzeżemy wyraźnie pogłos „przemian” – zarówno tych znanych z pism Owidiusza, jak i, wyraźniej, „Przemian” Leśmiana. Wystarczy zestawić fragment utworu Leśmiana:

Tej nocy mrok był duszny i od żądzy parny,

I chabry, rozwidnione suchą błyskawicą,

Przedostały się nagle do oczu tej sarny,

Co biegła w las, spłoszona obcą jej źrenicą (Leśmian 2010: 161)

z wierszem Latawiec „Gdy oko rozumie i uszy słyszą”:

Moje oczy mnie rozumieją

Idę za nimi czujna i wolna

przez pole pod białymi ptakami

w kolistych gniazdach (s. 23)

Zakończenie tekstu unaocznia jednak pewną dystynktywną cechę tego pisarstwa – niezwykle subtelne łączenie stylów i sposobów obrazowania oraz piętrzenia metafor:

aby o świcie wyklaskać nas czarną kursywą

na białym papierze

aż do dźwięcznego kresu (s. 23).

Owszem, wiersz przypomina nastrojem i pewnymi technikami obserwacji twórczość autora „Napoju cienistego”, ale zakończenie to wszak przemiana substancji godna Owidiusza, zaś język i to, że podmiot ulega przeobrażeniu nie w żywe stworzenie, a w litery czy milknący dźwięk słów, to już echa Stanisława Barańczaka i jego „Powiedz, że wkrótce”. Owe graniczne punkty i płynne przejścia to więc także granice różnych poetyk, które w pewien sposób spotykają się w przestrzeni tego tomu.

Na korelacje z Barańczakiem i językiem charakterystycznym dla przedstawicieli twórczości nowofalowej wskazywali już krytycy i badacze poezji Latawiec. W świetle daty debiutu poetki (1965) trudno jednak orzekać, kto na kogo miał wpływ. Owo podobieństwo wynika raczej z doświadczenia pokoleniowego, lekturowego, różnych sympatii i okoliczności środowiskowych owych debiutów, nie z celowego czerpania wzorców. Przede wszystkim warto zaznaczyć, iż owa wyliczanka wpływów, czy bardziej ech znanych nam wierszy, nie zmienia faktu, iż Latawiec dawno już wypracowała swój indywidualny poetycki głos, który jedynie wyrasta z dialogu, platformy wymiany myśli pomiędzy nurtami i pokoleniami.

Owo doświadczanie graniczności to także kwestia bycia, granic istnienia i przeistoczenia, swoistej transgresji, które w wierszach zamieszczonych w najnowszym tomie wybrzmiewają zdecydowanie silniej niż w zbiorach wcześniejszych.

Chwile, rozbłyski, epifanie

Ważnym tematem „Pierzchających ogrodów” jest czas i jego dynamiczny upływ, zasugerowany właściwie już w owym tytułowym pierzchaniu. Czas, różnorodne płaszczyzny temporalne – wspomnienia przeszłości, przewidywania i lęki dotyczące przyszłości, ulotność teraźniejszości. Wszystko to wyrażone jest przede wszystkim w pamięci przedmiotów (dusza dębowego stołu) i pamięci o przedmiotach (dziecięcy płaszczyk w jodełkę). Budując te metafory – personifikacje przedmiotów, poetka ciekawie operuje językowym narzędziem. Przy pomocy krótkich wersów nawarstwia wywoływane przez dany artefakt emocje, nadając im niemal magiczny charakter, za pomocą słów wskrzesza je, przywraca otoczeniu, palimpsestowo nadpisując nad tym, co tu i teraz. Przedmioty nie pozostają przy tym jedynie wspomnieniem, ale pozwalają, niczym katalizatory retroaktywnego oglądu świata, zrozumieć, wyjaśnić aktualne odczucia.

Dużo w tej poezji także gry światłocieniem, co przywodzi na myśl techniki malarskie, zresztą właśnie takie, niezwykle obrazowe efekty wywołuje oparty na takiej metodzie sposób kreowania poetyckiego świata. Owe rozbłyski, poza tym, iż wydobywają z mroku zapomniane obiekty czy ogniskują uwagę odbiorcy na określonej postaci, istocie, przede wszystkim stają się źródłem doświadczenia epifanii:

A o świcie czytają z pamięci

wszystkie przepłynięte sztormy

przemierzone góry, piachy, miasta

w cenne (bo własnej) Księdze Uchodźczej

Ale ona jest pusta

Tylko jej biały papier pękając pod stopami

szeleści w śniegu:

          sypka nicość

          umykająca spod nóg (s. 47).

W tym pozornie kojącym, wyciszonym świecie, jaki roztaczają przed nami kolejne wiersze, sporo jest lęku i bólu, przede wszystkim tego wywoływanego (możliwą lub dokonaną) utratą. Sporo w nim także ruchu, gwaru, plątaniny elementów, z których jedynie na chwilę udaje się wydobyć najistotniejszy element, prawdę istnienia, a i ona, mimo starań, w mgnieniu oka zapada w mrok. Owe epifanie, choć wiersze pozbawione są tonów rozpaczy czy dramatycznych wykrzyknień, okazują się więc w swej ulotności doświadczeniem negatywnym.

Plątaniny, kłącza, transgresje

Kolejnym ważkim aspektem spajającym omawiany tom w całość jest metafora kłącza – pozornie płynne przejścia pomiędzy światami się zapętlają, swego rodzaju pętlę zatacza też krąg życia – przybierający nieco mroczny kształt w wierszu „Metamorfozy”:

gdzie już potajemnie i bezgłośnie

zamieniano czarne, pełzające, nieme

na obłoczne, złote, uskrzydlone

aby jak najprędzej w tej grze o życie mogły

w niebo wstąpić | nim znowu czarne, ślepe, nieme… (s. 58).

Metafora kłącza czy plątaniny wywołuje przynajmniej dwa pola semantycznych skojarzeń. Z jednej strony bowiem, w świetle poszczególnych wierszy, Bogusława Latawiec uruchamia ją jako obraz misternej tkaniny życia. To także, zdecydowanie bardziej materialne, skojarzenie z czymś, co chroni i opatula. Nie można jednak zapomnieć, i to skojarzenie także uruchomią poszczególne wiersze tomu, iż kryje się za tym także nieprzychylna plątanina czy sieć łowcy: Nam – tym od słów

z lisim instynktem łowczym we krwi

nawet na ślepym torze

w jałowych powietrzach bez horyzontów

i zwrotnic

zdarza się dopaść

dziką iskrę głoski (s. 10)

Jako owi łowcy pojawiają się zamiennie tropiący słowa pisarze oraz spragnieni pieśni odbiorcy. Choć bezpośrednio pojawiają się w słowach podmiotu rzadko, to zdają się być najistotniejszym elementem, wręcz motorem, dynamiki tekstowego świata. Ktoś bowiem, nawet jeśli nie zostało to dopowiedziane, musi owe pierzchające ogrody chcieć i potrafić uchwycić.

W tomie przeplatają się różne istnienia, czasy, światy, ale także formy poetyckie. Zbiór nie sprawia jednak wrażenia chaotycznej zbieraniny, lecz przemyślanej konstrukcji, w której konieczne są poszczególne komponenty.

Konkluzje, refleksje, pytania

Czy są to utwory aktualne i czy będą odpowiadały współczesnemu odbiorcy? Na pewno nie każdemu. Wymagają wsłuchania się w wiersz i interpretacyjnego wysiłku, nakłaniają do poszukiwań, zmuszają do przemyśleń. To głos poetki rozpoznawalnej, nie od dziś obecnej w polskiej poezji, która najpewniej dotrze do odbiorcy o podobnej wrażliwości, doświadczającego podobnych olśnień i dylematów. Czy jednak to dyskredytuje uniwersalność tej poezji i wyrokuje o jej hermetyczności? Nie do końca, choć tak, poezja Latawiec nie wydaje się kierowana do wszystkich, nie wszystkim przypadnie do gustu. Można uznać, że jest zbyt wyciszona jak na współczesne realia, za mało zaangażowana, zbyt wsobna. Czytelnika tego poetyckiego świata nie omieszkam jednak określić mianem beneficjenta.

Można by napisać, że aktualność wierszy Latawiec polega na tym, iż poetka wpisuje się w pełen lęku i fascynacji nurt posthumanizmu, łączy elementy materializmu ze specyficzną odmianą ontologicznego idealizmu, wszystko to wypowiadając przy pomocy charakterystycznej poetyckiej frazy pełnej indywidualnych sygnatur kobiecości. Nie da się zaprzeczyć żadnej z powyższych uwag, ale stwierdzenie, że twórca w coś się wpisuje, zawsze zdradza przemoc interpretatora, który poniekąd zakłada intencjonalność tych zabiegów. W przypadku Latawiec to raczej nie działania obliczone na realizację określonego typu dyskursu, a raczej wynik wnikliwej i cierpliwej obserwacji świata. Takiej, która przełożona na język poezji (dodatkowo język pełen wieloznaczności, gier i pułapek), wywołuje niezmiernie ciekawe efekty.

Literatura:

1. Leśmian B.: „Poezje zebrane”. Warszawa 2010.

2. Łuszczykiewicz P.: „Wiersze, sny, obrazy Bogusławy Latawiec”. W: „Bogusława Latawiec – portret podwojony”. Red. J. Grądziel-Wójcik, P. Łuszczykiewicz. Kraków 2016.

3. Poprawa A.: „Inna całość”. „Odra” 1995, nr 9.
Bogusława Latawiec: „Pierzchające ogrody”. Wydawnictwo FORMA. Szczecin, Bezrzecze 2018.