Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (360) / 2018

Grzegorz Marcinkowski,

POZA ZASADĄ DEKONSTRUKCJI (CATHERINE MALABOU: 'PLASTYCZNOŚĆ U ZMIERZCHU PISMA')

A A A
Problem z ponowoczesnością polega na jej indyferentnym stosunku wobec własnej historii. Z jednej strony ma ona swoich bohaterów i swoją narrację założycielską, z drugiej wszak starannie unika wszelkiego samookreślenia, mogącego służyć identyfikacji. Sprawia to, że na każdym kroku, przy okazji każdego dzieła, wydarzenia czy eksplozji jakiejkolwiek nowości musi ona na nowo konstruować własne początki. Powoduje to z jednej strony rozplenienie się aktów fundujących, z drugiej – mnogość strategii rewizyjnych. W przypadku filozofii prowadzi to do dekadenckiego umiłowania zmierzchu, jak również do programowej ślepoty na językowe nadużycia. Myśliciele lawirują między poczciwym akademizmem a nieugruntowaną w praktyce radykalnością, co owocuje nie tylko odmienianiem dekonstrukcji przez wszystkie przypadki, ale również ekscentrycznymi próbami definicji jej zastosowania. Dlatego z nadzieją należy witać wszystkie próby przełamania impasu polegającego zarówno na uporczywej negacji zdobyczy ponowoczesności, jak i na nieoglądającej się na nic, bezrozumnej apologii końca. Zatrzymani na progu wielkiego przełomu, w poczekalni pełnej ról i masek, znużeni ponurą enumeracją powierzchownych przełomów i cezur, tęsknie wyglądamy czegokolwiek, co mogłoby zaoferować chociażby pozory spełnienia. Bowiem każda próba autodefinicji staje się automatycznie autofikcją.

Książka Catherine Malabou „Plastyczność u zmierzchu pisma. Dialektyka, destrukcja, dekonstrukcja” jest rodzajem filozoficznej autobiografii, a jednocześnie monografią pewnego nader kłopotliwego pojęcia, które stało się najważniejszym słowem, „pojęciem-wytrychem” pracy filozoficznej tej autorki – mianowicie pojęcia plastyczności. Zarazem okazuje się ono opisem pewnego osobliwego, stanowiącego widzialny obraz pojęciowych kłopotów filozofki przedmiotu. Jest nim, wyczytana z eseju Claude’a Lévi-Straussa „Drogi masek”, maska transformacyjna. Obiekt paradoksalny, gdyż niesłużący swojej funkcji, niezdolny do ukrywania twarzy, podzielny i specyficzny: „Maski transformacyjne nigdy nie pozwalają zobaczyć maskowanej twarzy. Nie są zresztą dopasowane do twarzy, nie traktują jej jako modelu i nie służą do tego, by ją udawać. Otwierając się i zamykając, ukazują i chowają tylko inne maski. Nie służą więc metamorfozie kogoś lub czegoś; całe ich bycie streszcza się w zawiasie dzielącym je przez środek. Nazywane są również »maskami artykulacyjnymi«. Lévi-Strauss chwali ich »natchniony dar syntezy«, zdolność łączenia elementów heterogenicznych. Tym, co pokazują, nie jest przebranie nałożone na oblicze, lecz stosunki transformacyjne, które nadają strukturę każdemu obliczu (ukazywanie i chowanie innych obliczy); w ten sposób maski te odsłaniają ukrytą więź, jaka istnieje między formalną jednością i powiązaniem, między pełnią określonej formy i możliwością jej rozbicia” (s. 10). Maska transformacyjna obrazuje paradoksalność języka, w którym tradycjonalizm współistnieje z nowoczesnością, a korpus myślenia z destrukcją myśli. Jest ona podzielna, przełamana w środku, otwarta. Pokazuje rozziew między ukryciem a rozwinięciem własnej natury. Wyraża radykalną zmienność formy, będącą nie jej unicestwieniem, ale potwierdzeniem jej charakteru.

Zasadniczą stawką projektu filozoficznego Malabou jest przeciwstawienie się dramaturgii śladu i pisma rysowanej w najnowszej filozofii przez Emmanuela Levinasa i Jacques’a Derridę. Ślad, rozumiany jako anons istnienia „innego”, jako jego nieusuwalna sygnatura, jako znaczące wtargnięcia absolutnej heterogeniczności w przestrzeń immanencji, rozbija wszelką formę i sytuuje się poza wszelką prezentacją. Ten radykalizm myślenia śladu poza przedstawieniem sygnuje radykalny adwentyzm filozofii, rozpościerającej swe znaki i symbole wokół miejsca inicjalnej pustki. Ten radykalizm zaprzecza formie, pojmowanej jako tożsama z obecnością, jawieniem się i epifanią. Ślad i pismo wykluczają eidolon, są konsekwentnie ikonoklastyczne. Malabou zaś pragnie ustanowić taki wzorzec ontologiczny, w ramach którego przemiana, wydarzenie, nowość jawiłyby się bez zrywania więzi z immanencją. Stąd właśnie plastyczność pojmowana jako metamorfoza w przestrzeni otwartej przez tożsamość, rozumianej jako coś z gruntu zmiennego. Forma postulowana przez filozofkę nie ma bowiem nic wspólnego ze stałością, idealnością i tożsamością. Jest niekończenie zmienna, porowata – plastyczna właśnie. Pozwolić na inność bez opuszczenia przestrzeni materializmu, bez przywoływania transcendencji – oto stawka jej projektu filozoficznego: „Może faktycznie tak jest, że »inny« »wkracza« na sposób znamienia, rysy, która rozdrapuje, rozdziera, rozcina, przekreśla. Ale gdybym nie miał(a) w sobie dyspozycji pozwalającej go doświadczyć – gdyby mój metabolizm ontologiczny nie był na to gotów – nie miał(a)bym żadnego, by przyjąć jego zjawisko. Trzeba być w formie, by przyjąć ślad. Nie wierzę w transcendencję ani w brak negatywności i takim samym stopniu nie wierzę w brak formy ani w możliwość pozaforemności. Forma jest barierą myśli, podlegającą przemianom, ale nieusuwalną. Pismo nigdy nie obali formy. Ślad nigdy nie przebije figury” (s. 92-93).

Malabou konstruuje manifest przeciwko filozoficznemu adwentyzmowi w imię reżimu przedstawienia. To wolta o tyle istotna, że doprowadzająca do kresu i spełnienia zarazem ponowoczesne bolączki dotyczące obecności. Forma, której istnienie postuluje Malabou, jest zmienna i metamorficzna, w tym samym ruchu ustanawia, jak i sekunduje własnemu unicestwieniu. Jest nadaniem kształtu i jego destrukcją. Współdziała w tym etymologia słowa „plastyczność”: „Przypomnijmy, że zgodnie ze swoją etymologią – z greckiego plassein, modelować – słowo »plastyczność« ma dwa podstawowe znaczenia. Oznacza ono zdolność otrzymywania formy (o glinie czy glinie ceramicznej na przykład mówi się, że są plastyczne) i zarazem zdolność nadawania formy (jak w sztukach plastycznych i chirurgii plastycznej). Charakteryzuje się jednak również mocą unicestwiania formy. Nie zapomnijmy, że »plastik« od którego pochodzi rzeczownik plastiquage (»zamach przy użyciu bomby plastikowej«) i czasownik plastiquer (»wysadzić plastikiem«), jest substancją wybuchową na bazie nitrogliceryny i nitrocelulozy, zdolną do wywołania gwałtownych detonacji. Należy więc zauważyć, że plastyczność lokuje się między dwiema skrajnościami: z jednej strony – figurą zmysłową stanowiącą przyjęcie formy (rzeźba albo przedmioty z materii plastycznej) z drugiej strony – destrukcją wszelkiej formy (eksplozja)” (s. 20). Malabou głosi pochwałę paradoksalnego pojęcia formy, która wychylałaby się w stronę własnego unicestwienia; plastyczność prowadzi nas w stronę formy niesłychanie zmiennej, podatnej na nieskończone przeobrażenia, otwartej na inność, opierającej się jednakowoż pokusie transcendencji. Filozofka pozostaje przy tym wierną spadkobierczynią innego wielkiego piewcy immanencji, Gilles’a Deleuze’a, choć sama woli się sytuować pomiędzy Heglem i Heideggerem, a swój filozoficzny język konstruować w oparciu o zmienne energie płynące ze spotkania dialektyki i dekonstrukcji. Istotną stawką tego myślenia jest poszerzone rozumienie materialności i próba znalezienia nowego języka, za pomocą którego filozofia ponowoczesna, samoświadoma krańcowych mocy wyzwolonych przez zmierzch metafizyki, mogłaby się określić.

Wielka triada: heglowska dialektyka, heideggerowska destrukcja i derridiańska dekonstrukcja stają się istotnym punktem wyjścia dla języka, którym próbuje się wyartykułować inne niż dostępne ponowoczesności rozumienie materializmu. Autorka postuluje wprowadzenie plastyczności w miejsce pisma, jako dominującego schematu motorycznego. Czym jest schemat motoryczny? To rodzaj samorozumienia epoki, rodzaj wiodącego pojęcia, obrazu zbierającego w sobie jej główne bolączki i paradoksy: „Schemat motoryczny, czysty obraz myślenia – plastyczność, czas albo pismo – jest rodzajem narzędzia, zdolnego do pobierania największej ilości energii i informacji tekstu danej epoki. Gromadzi i opracowuje znaczenia i tendencje, które w danym momencie przenikają kulturę w charakterze płynnych obrazów, stanowiących mglisty i niewątpliwy zarazem rodzaj »panującej atmosfery« albo Stimmung (»nastroju«, »usposobienia«) o materialnym charakterze” (s. 30).

Plastyczność dlatego zdolna jest pełnić rolę schematu wiodącego, gdyż zdaje sprawę z paradoksalnej natury formy, która nie odzwierciedla istoty, która się nie uobecnia, ale kształtuje się nieustannie, otwarta na radykalną zmienność, z własną destrukcją włącznie. Przywodzi ona na myśl metaforę „płynności” użytą przez Zygmunta Baumana dla opisania ponowoczesnego światoobrazu. Podobnie jak ona plastyczność daje nam do zrozumienia, że ponowoczesna labilność nie jest ucieczką od kształtu, ale wypracowaniem „formy bardziej pojemnej”. Dlatego ukazanie się po polsku tak ważkiej pracy francuskiej filozofki należy potraktować jako prawdziwe wydarzenie. Pozostają wszak pewne mankamenty, które mogą odbierać temu wydarzeniu smak. Rzecz okazuje się niezwykle gęsta i pełna odwołań do tekstów nieprzełożonych na język polski, dlatego czytelnikowi nieznającemu francuskiego pewne passusy mogą się wydawać cokolwiek ezoteryczne. Można mieć wrażenie, że plastyczność opisywana barwnie przez Malabou jest jedynie postulatem; sumaryczny i przyczynkarski charakter tej publikacji każą jej prześlizgiwać się nad pewnymi miejscami, w wyniku czego niektóre, nazbyt pospieszne skróty myślowe rażą. Warto zaapelować do polskich wydawców, aby przybliżyli polskiemu czytelnikowi któryś z wspomnianych w książce tekstów Malabou (jej monografię Hegla czy pracę o Heideggerze), tak aby frazeologia plastyczności nabrała wreszcie ciała. Pomimo tych mankamentów pojawienie się tak ważnej publikacji należy powitać z niewątpliwym zadowoleniem i polecić każdemu dociekliwemu czytelnikowi.
Catherine Malabou: „Plastyczność u zmierzchu pisma. Dialektyka, destrukcja, dekonstrukcja”. Przeł. Piotr Skalski. Wydawnictwo Naukowe PWN. Warszawa 2018 [seria: Myśleć].