Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (360) / 2018

Magdalena Kempna-Pieniążek,

TRZY RAZY T (MAGDALENA PIORUŃSKA: 'TWIERDZA KIMERYDU')

A A A
W Twierdzy Kimerydu nieszczęścia lubią chodzić parami. Nawet trójkami, kiedy główni bohaterowie – nastoletni chłopcy, których geny w różnych okolicznościach zmieszały się z genami dinozaurów – zewrą szyki, by narobić niezłego zamieszania w mieście stanowiącym ostatnią enklawę wolności w świecie zdominowanym przez złowrogiego cesarza Brytanika. Najgorsze jednak jeszcze przed nimi – oto bowiem do Twierdzy zbliża się antropolog Anna Guiteerez, uciekinierka z nieodległego Miasta Krokodyli. Jej przybycie nie tylko skomplikuje i tak już niełatwą polityczną sytuację Kimerydu, lecz także zmusi do trudnej autorefleksji w gorącej wodzie kąpanego Tyrsa, chłodnego i cynicznego Tycjana oraz cierpiącego na rozdwojenie osobowości i zaburzenia tożsamości płciowej Tuliusza, znanego też jako Tulia. Już wkrótce subtelna równowaga życia w Twierdzy zostanie zachwiana, w wyniku czego liczne sekrety ujrzą światło dzienne, a narastające od lat napięcie znajdzie ujście w aktach brutalnej przemocy.

Kalejdoskop konwencji, do jakich nawiązuje Magdalena Pioruńska, może przyprawiać o zawrót głowy: na szkielet powieści fantastyczno-przygodowej zostają w „Twierdzy Kimerydu” nałożone elementy thrillera politycznego, historii szpiegowskiej, dramatu obyczajowego i powieści gejowskiej; niektóre rozdziały czyta się niczym scenariusz do high school movie, inne z kolei przywodzą na myśl alternatywną, postapokaliptyczną, queerową wersję „Jurassic Worldu”. Co istotne, autorka nie wydaje się zainteresowana dekonstruowaniem któregokolwiek ze wspomnianych gatunków czy nurtów ani też intermedialnym potencjałem snutej przez siebie historii, choć obecność w książce komiksowych plansz mogłaby dowodzić czegoś zgoła innego. Postmodernistyczny charakter tej powieści w zasadzie wyczerpuje się w bardzo umiejętnej żonglerce znanymi wątkami, w łatwości i naturalności, z jaką poszczególne konwencje przenikają i uzupełniają się nawzajem. We wstępie do książki autorka zdradza, że „Twierdza Kimerydu” powstała jako efekt pracy nad warsztatem podjętej w Studium Artystyczno-Literackim w Krakowie (s. 5), lepiej jednak nie sugerować się tą informacją i nie doszukiwać się w powieści fragmentów „ćwiczeń z gatunku”.

Genologiczny kolaż doskonale koresponduje z główną cechą świata przedstawionego powieści, czyli różnorodnością. Tytułowa Twierdza, ulokowana gdzieś w południowej Afryce, przypomina zmitologizowane przez literaturę i film egzotyczne miasta i dzielnice, gdzie dosłownie wszystko może się wydarzyć. Kimeryd jest trochę jak Casablanca z filmu Michaela Curtiza (1942), o której pogranicznym, nieomal westernowym statusie niejednokrotnie już pisano. To miejsce tętniące życiem, ale zarazem przeniknięte grozą, skąpane w słonecznym blasku, lecz także mroczne i niespokojne, skrzące się jaskrawymi kolorami, które jednak nikną w obliczu tragedii dotykających bohaterów: niesłychanie trudnego dzieciństwa Tyrsa, od najmłodszych lat walczącego o utrzymanie swojej rodziny, poczucia wyobcowania, jakie w Tycjanie zbudowały lata nieporozumień z ojcem, okrutnej skazy, którą na psychice Tuliusza/Tulii pozostawiła egzekucja jego/jej matki. Pioruńska ma ewidentnie plastyczną i sensualną wyobraźnię, która najpełniejszy wyraz znajduje w synestezyjnych opisach kimerydzkiego pejzażu, towarzyszących mu zapachów i smaków, strojów oraz ciał poszczególnych postaci.

Bo to ciało jest jednym z głównych bohaterów powieści. Dla protagonistów „Twierdzy Kimerydu” granicami tożsamości bardzo często są właśnie granice ciała i toczące się w nim konflikty między tym, co ludzkie i nieludzkie, tym, co męskie i kobiece, pomiędzy skrajną rozkoszą a najokrutniejszym cierpieniem. Nie dajmy się jednak zwieść: transhumanistyczne wątki tylko pozornie odsyłają tutaj do problematyki konsekwencji ingerowania w ludzi genom. W gruncie rzeczy autorka wykorzystuje motyw eksperymentów genetycznych jako metaforę lęków, fascynacji i fiksacji charakterystycznych dla okresu dojrzewania. Tyrs, Tycjan i Tulia/Tuliusz – nastolatki stojące u progu dorosłości – rozpoznają swoje „ja” głównie poprzez doświadczenia związane z ciałem, które wydaje się (jest?) diametralnie różne od innych ciał (zarówno tych ludzkich, jak i tych zwierzęcych), niespokojne, płynne, podatne na (czasem niechciane) przeobrażenia, tajemnicze, bliskie i w tym samym czasie obce. To właśnie z tej ambiwalencji rodzą się niejednoznaczne charaktery postaci. Protagoniści „Twierdzy Kimerydu” wydają się równocześnie silni i słabi, niezłomni i krusi, do bólu wulgarni i zarazem przejmująco wrażliwi.

Koniec końców problematyka konfrontacji z Innym w wydaniu Pioruńskiej przyjmuje charakter spotkania „z obcym we mnie”. Tyrs, Tycjan i Tulia/Tuliusz zaliczają jedną bolesną lekcję za drugą, zaczynając rozumieć, że zrozumienie drugiego – choćby i najlepszego przyjaciela – jest możliwe pod warunkiem wcześniejszego zrozumienia samego siebie. W ten sposób spod transgatunkowego, transgresyjnego i transhumanistycznego sztafażu wygląda stara, dobra konwencja coming of age. A ponieważ finał powieści zwiastuje możliwość jej rozmaitych kontynuacji, ciekawa jestem, czy autorka będzie się trzymać tej ścieżki i odda palmę pierwszeństwa młodszym bohaterom, na przykład niezwykle interesującemu rodzeństwu Tyrsa, czy też może raczej obierze inną optykę i skupi się na postaciach, które swoje wejście w dorosłość okupiły licznymi bliznami.
Magdalena Pioruńska: „Twierdza Kimerydu”. Novae Res. Gdynia 2017.