Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (361) / 2019

Barbara Trojanowska,

BOSKI CAVALIERE (ONI)

A A A
Fani „Wielkiego piękna” i „Młodości” mogą poczuć się nieco zaskoczeni. Ci, którzy oprócz tych dwóch tytułów zobaczyli także „Boskiego”, portret fascynacji przywódcą partii Chrześcijańskiej Demokracji Giulio Andreottim, będą do seansu nowego filmu Paola Sorrentina lepiej przygotowani. „Oni” to próba zbliżenia się do polityka, którego postać definiowała włoskie społeczeństwo, politykę i kulturę popularną przez blisko trzydzieści lat.

Zanim jednak kamera faktycznie dociera do Silvia Berlusconiego, musi przedrzeć się przez tłum nie mniej interesujących postaci. Przewodnikiem jest Sergio Morra (Riccardo Scamarcio), ambitny biznesman, który zajmuje się rekrutowaniem młodych kobiet do roli eskort lokalnych polityków. Próbując przedostać się do najbliższego kręgu ludzi Berlusconiego, postanawia zorganizować na Sardynii spektakularną imprezę naprzeciw JEGO willi. W realizacji tego planu pomaga mu Kira (Kasia Smutniak), jedna z najbliższych kochanek Il Cavaliere. Jednak JEGO wciąż nie widać. Ekran wypełniają półnagie młode kobiety, napaleni starsi faceci – wszyscy demokratycznie naćpani. Jedni chcą sławy i pieniędzy, inni władzy i seksu. Nadmiar wszystkiego może przyprawić o zawrót głowy nawet z perspektywy fotela kinowego.

I w końcu pojawia się ON – prawdziwy wybawiciel. Przebrany za niewiastę z krajów wschodnich, z cekinową woalką na twarzy i przesadnym makijażem, natychmiast wzbudza życzliwy śmiech widzów. Reszta opowieści konsekwentnie podąża za sensem tej sceny – Berlusconi, nawet na chwilę nie zdejmując maski, pokazuje się jako ten, który po prostu wie, czego chcą ludzie. Rozśmiesza, uspokaja, zwodzi. Oglądamy, jak rozmawia z wnuczkiem czy stara się zaskarbić sobie przychylność żony, Veroniki. Krótko mówiąc, wzbudza prawdziwą sympatię. Można zapomnieć, że mowa o człowieku, który będąc premierem, został oskarżony o poważne oszustwa podatkowe, a w wieku siedemdziesięciu siedmiu lat – o seks z nieletnią.

Późno pojawia się na ekranie, ale potem prawie już z niego nie znika. Widz przygląda mu się z tak bliska, że aż czuć jego oddech starca (tak zwraca się do siedemdziesięcioletniego amanta pewna dwudziestolatka, onieśmielona jego bliskością). To postać doskonała dla Sorrentina, reżysera, który swe filmy opiera na fascynujących osobowościach, mężczyznach, przeżywających czas zmian, coś sobie uświadamiających lub rozliczających się ze swoim życiem. Taką postać, która buduje film, mógł stworzyć tylko jeden aktor – Toni Servillo – który już po raz czwarty pojawia się w filmowym świecie genialnego neapolitańczyka i hipnotyzuje swoją grą.

Reżyser nie kryje fascynacji głównym bohaterem, ale też nie udaje, że opowiada biografię. To portret symboliczny, zbierający w jedno wiele motywów, kojarzących się z erą Berlusconiego, który choć cytuje Dina Buzzatiego, swoją żonę przekonuje, że obecność kultury w telewizji załatwiają quizy. W tym kontekście znamienna jest obecność na ekranie Mike’a Bongiorno, o którym Umberto Eco pisał: „Ten człowiek, ubóstwiany przez miliony osób, zawdzięcza swój sukces temu, że z każdego czynu i słowa postaci, której daje życie przed kamerami telewizyjnymi, wyziera absolutna przeciętność” (Eco 1995: 28). Buongiorno to symbol kolorowego świata rozrywki, który stworzyła telewizja Berlusconiego.

Bo gdy opadnie pył walących się w trzęsieniu ziemi domów, a gdzie indziej skończy się narkotykowy haj, to, co pozostaje, to pustka. I cisza, którą tak miło zagłuszyć dźwiękami telewizyjnego programu. I uśmiać się z żartu starego, dobrego Silvia, który jak Churchill odciąga uwagę narodu od zła tego świata.

Tytuł, który ma kierować uwagę na świtę Berlusconiego, w rzeczywistości odciąga ją od czegoś innego – uświadomienia sobie, że oni to przecież my. Włosi, którzy wciąż jeszcze żyją w rzeczywistości ciasno związanej z erą Berlusconiego. Mowa przecież o historii sprzed ledwie kilku lat i o człowieku, który wystartował w tegorocznych wyborach jako lider „Forza Italia – Berlusconi Presidente”!

Dla Włochów film ten jest zresztą zupełnie innym przeżyciem niż dla reszty świata. Nie tylko z oczywistej przyczyny, jaką stanowi mierzenie się z wydarzeniami na tyle jeszcze żywymi, że niepozwalającymi się względem nich zdystansować. Istnieje jeszcze inny powód – różnica metrażu filmu. Tylko Włosi obejrzeli ten film w dwuczęściowej, czteroipółgodzinnej wersji. Dla reszty świata to naprawdę wielka szkoda. Być może gdyby nie dwie brakujące godziny, postaci otaczające Berlusconiego miałyby szanse się rozwinąć, zamiast pozostać płaskie, a po pojawieniu się Silvia na ekranie – zupełnie nieznaczące i nieinteresujące. Być może też nie przeważałyby długie, przegadane sceny, a te typowo „sorrentinowskie”, zachwycające estetyką metafory budowane obrazem i montażem nie wydawałyby się przypadkowe i oderwane od struktury całego obrazu. „Oni” to film chaotyczny, ale jednak zachowujący swoją własną tożsamość. Reżyser buduje ją wyjątkowo włoską ścieżką dźwiękową, posuwistymi ruchami kamery czy iście barokowym podejściem do zagospodarowania kadru. Pozostaje mieć nadzieję, że ten sposób opowiadania historii zauroczy widza tak samo, jak uczyniły to maski Silvia Berlusconiego.

LITERATURA:

Eco U.: „Fenomenologia Mike’a Buongiorno”. Kraków 1995.
„Oni” („Loro”). Reżyseria: Paolo Sorrentino. Scenariusz: Umberto Contarello, Paolo Sorrentino. Zdjęcia: Luca Bigazzi. Obsada: Toni Servillo, Elena Sofia Ricci, Riccardo Scamarcio, Kasia Smutniak, Fabrizio Bentivoglio, Dario Cantarelli. Francja, Włochy 2018, 151 min.