Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (361) / 2019

Sabina Strózik,

ZACHODZĄCE SŁOŃCE MELANCHOLII (PIOTR ŚNIEDZIEWSKI: 'CZARNE SŁOŃCA ROMANTYKÓW')

A A A
Przeczytawszy sam tytuł nowej książki Piotra Śniedziewskiego, można odnieść wrażenie, że to publikacja jedynie wyłuskująca ślady melancholii znaczące twórczość romantyków. Po wydanym niedawno tomie „Atrament melancholii” Jeana Starobinskiego ta pozycja mogłaby się wydawać ewentualnym uzupełnieniem, literackim postscriptum, które powstało z chęci dopowiedzenia nowych interpretacji saturnicznych tropów XIX wieku i w której być może łatwo o banał.

Nic bardziej mylnego. Śniedziewski nie podąża łatwym tropem interpretacji czarnych słońc, które z samej swej specyfiki muszą się pojawiać w odczytaniach romantycznych twórców, ale używa czarnego słońca jako pretekstu do analiz szerszych i niezwykle erudycyjnych. W rozdziale o Baudelairze badacz, komentując tekst Le Désire de peindre, zauważa, że „metafora czarnego słońca już się zużyła, że jest co prawda (...) jednym z »istotnych obrazów romantyzmu«, ale jej nieustanna repetycja skazuje poetę, który po nią sięga, na naśladownictwo” (s. 168). Śniedziewski robi więc wszystko, trzeba przyznać – z sukcesem, aby nie popaść w banał i nie powtarzać utrwalonych już interpretacji ikonicznych tekstów, a spojrzeć na nie inaczej, uciekając od schematów.

Pozazdrościć należy badaczowi (oczywiście oprócz imponującej znajomości całego sztafażu autorów) stylu pisania. Udało się Śniedziewskiemu stworzyć książkę, która dzięki zajmującym interpretacjom, a także przytoczonym faktom, ma szansę spodobać się każdemu, nie tylko miłośnikowi epoki Słowackiego. A ci, którzy w książce poszukują nowych melancholijnych odczytań, po pierwszym szoku (bo chyba nie o zawodzie możemy tu mówić), że melancholii tu jednak mniej, niżby się wydawało, zachwycą się siecią nawiązań zahaczającą o „nic, które boli”.

Niektóre teksty, w zmienionej formie, ukazały się wcześniej w innych publikacjach, można więc pomyśleć, że patronat czarnego słońca jest odrobinę narzucony przez konieczność odnalezienia spajającego klucza, nie jest to jednak odczuwalne w czasie lektury, wywód okazuje się płynny i spójny.

Autor sięga po pisarzy nie tylko polskich, ale i europejskich, opisując twórców z panteonu, choć nie zawsze analizując ich najznamienitsze dzieła – jak w przypadku np. Mary Shelley, której „The Last Man” nie jest dziełem wybitnym, ale dzięki przytoczonym przez badacza kontekstom znacznie zyskuje i służy jako pretekst do szerszych rozważań.

Pomimo istnienia wielu wcześniejszych omówień Nervala, o którym szeroko pisała choćby także przez Śniedziewskiego przywoływana Julia Kristeva, autor znajduje swoją niszę i rozdział traktujący o tym francuskim twórcy jest jednym z najciekawszych. Postawiłabym go zaraz za esejem o „Pani Bovary”, który stanowi pasjonującą wycieczkę w głąb umysłu nieszczęśliwej małżonki, której szaleństwo znaczą promienie czarnego słońca – od bukietu ślubnego aż po ostatnie spotkanie z ukochanym, gdzie zmącona utratą zmysłów rzeczywistość przybiera postać ognistych kul z twarzą kochanka w centrum.

Dziwić musi, w pozycji poświęconej melancholii, nieobecność kanonicznej jednak książki Marka Bieńczyka, który w tomie co prawda się pojawia, ale jako autor publikacji poświęconej Zygmuntowi Krasińskiemu. Oczywiście, nie wymagam przedstawienia i zwielokrotnienia całej bibliografii dotyczącej niegasnącego smutku, byłoby to nie tylko niemożliwe, ale i niepotrzebne, jednak w niektórych fragmentach, kiedy głos Śniedziewskiego jest właściwie pogłosem słów Bieńczyka, chciałoby się te narracje ze sobą zestawić i choćby zobaczyć, czy inaczej brzmi teraz ten język, czy inaczej mówi się o melancholii. Bieńczyk zauważa: „Owo »nic« jest w bezpośrednim doznaniu tak suwerenne, że zdaje się trwać poza wszelką przyczyną jako czysta nieokreśloność, nie wiadomo skąd daje niewiadomo co. »Nie wiadomo co«, które nie wynika bezpośrednio z jakiegoś nieszczęścia, lecz jest nieszczęścia wszechstronnym poczuciem, doświadczeniem smutku tak uogólnionym, że zasklepiającym swe źródła, nigdy niezawartym w liczniku istnienia jako okazjonalna żałoba, zawsze w mianowniku niezmiennego trwania” (Bieńczyk 2012: 17). Śniedziewski, wyszukujący co prawda bardziej motywowane konkretnymi zdarzeniami momenty załamań, notuje natomiast: „(...) właśnie melancholijnego »Niewiadomoczego« bali się romantycy (choć zapewne nie tylko oni, skoro pisali o nim i św. Tomasz z Akwinu, i William Styron), dlatego zaczerniali atramentem kolejne strony, mając niejako nadzieję, że w inkauście można zatopić lęki i obawy, że można zagłuszyć niepokój, który rodzi się w nas wszystkich, kiedy gaśnie słońce…” (s. 236). Ciekawe są ukonkretnienia badacza romantyzmu, który budując swój dyskurs podobnie do wywodu Bieńczyka, szuka uszczegółowienia, nie uciekając przy tym od świadomości, że czarne słońce to jednak zawsze znak „niewiadomoczego”, wpływający mocno nie tylko na sposób przeżywania, ale i na sposób kreacji.

Książka Śniedziewskiego zawiera też fragment prawdziwie niebezpieczny, zastawia pułapkę już na pierwszej stronie wstępu. Autor powiada: „Ludzie szczęśliwi na ogół nie piszą – po co bowiem tracić cenny czas, rezygnować z całej gamy doświadczeń, a wszystko po to tylko, by odciąć się od innych, zaszyć w samotności, sięgnąć po pióro i… wspominać minione szczęście, żalić się na bolesną teraźniejszość bądź snuć niepewne przecież scenariusze na przyszłość. Po co wymieniać życie na pisanie o nim? Po co tracić czas? Nie, ludzie szczęśliwi nie piszą” (s. 7). Niebezpieczna to sugestia, bo napisana wprawnie, gładko i szybko można ją przyjąć za swoją. Nie wiem, czy miała dodać mroku późniejszym rozważaniom, czy też uwieść czytelnika i ukierunkować go na bardziej ludzkie odczytanie później przywołanych dzieł. Czy może jest to próba zuniwersalizowania doświadczeń? Tak czy inaczej, zabieg to niezwykle ryzykowny. Czytanie literatury życiem jest może fascynujące, ale na pewno rodzi niebezpieczeństwo zbyt daleko posuniętych uproszczeń, łatwych nadinterpretacji i patrzenia na twórczość przez pryzmat krzywego zwierciadła, które uśpi naszą czujność i uniemożliwi przyłapanie autorów na zwykłej kreacji. Być może pokłosiem tego quasi-postulatu jest potem fragment eseju o Nervalu, gdzie autor tak pisze o „El Desdichado”: „Wydaje mi się jednak, że na tak postawione pytanie (skąd Nerval zaczerpnął metaforę czarnego słońca?) nigdy już nie odpowiemy – ale jakie ma to właściwie znaczenie? Gra toczy się tu przecież o stawkę dużo większą; nie chodzi bowiem o ustalenie sieci intertekstualnych nawiązań, ale o życie. O życie, które nagle, z nieznanych przyczyn się załamuje, pęka i odkrywa w sobie mrok” (s. 87).

Wydaje się, że książka Śniedziewskiego może być także, poprzez przywołanie nawet najstarszych kontekstów, takich jak Apokalipsa, próbą odpowiedzi na pytanie stawiane przez Kristevę: „Skąd pochodzi to czarne słońce? Z jakiej niepokojącej galaktyki biorą się jego niedostrzegalne, a uciążliwe promienie, które przykuwają mnie do ziemi, do łóżka, prowadzą do utraty mowy, do rezygnacji?” (Kristeva 2007: 55). Promienie te, wciąż nas dosięgające, paliły także romantyków. Ślady tych ciemnych blasków Śniedziewski mistrzowsko wydobywa na światło dzienne.

LITERATURA: 

Bieńczyk M.: „Melancholia. O tych, co nigdy nie odnajdą straty”. Wydanie drugie. Warszawa 2012.

Kristeva J.: „Czarne słońce. Depresja i melancholia”. Przeł. M.P. Markowski i R. Ryziński. Kraków 2007.

Starobinski J.: „Atrament melancholii”. Przeł. K. Belaid. Gdańsk 2017.
Piotr Śniedziewski: „Czarne słońca romantyków”. Wydawnictwo Sic! Warszawa 2018.