ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (361) / 2019

Marek Mikołajec,

GODAJĄCY DRACH. OFICJALNO ŚLONSKO NARRACJO INC. (SZCZEPAN TWARDOCH: 'DRACH')

A A A
Zarówno Janusz Cyran w recenzji zatytułowanej „Zła nowina według Twardocha”, jak i Ryszard Koziołek w „Śląskiej bestii” stwierdzają, że lektura „Dracha” wprawia czytelnika w osobliwe osłupienie. Cyran mówi, że można je przyrównać do odczucia, jakie ma świnia po pierwszym uderzeniu młotem w trakcie świniobicia. Natomiast Koziołkowi w trakcie czytania Twardocha nieodparcie narzuca się obraz Cornelisa van Haarlem „Smok pożerający towarzyszy Kadmosa” (1588), na którym bestia zjada człowieka, zaczynając od jego twarzy. Mroczna metafizyka, nietypowi bohaterowie, nielinearność narracji i trzy języki: polski, śląski i niemiecki – wszystko to komplikowało pierwotną wersję, stanowiąc dla niewprawionego czytelnika niemałą przeszkodę. Po przepisaniu „Dracha” na śląski odbiór jeszcze mocniej się utrudnia. Tak jak przed 88 laty w przypadku premiery innej książki ze Śląska krytyka okrzyknęła to wydarzenie „uroczystością w literaturze”, tak dziś z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że mamy do czynienia – podobnie – z tekstem przełomowym, literackim świętem.

Przełomy

„Drach” po zmianie języka wiele zyskuje, choć pomysł na tłumaczenie z polskiego na śląski może wydawać się dla czytelników spoza regionu niezrozumiały. Trudno. Przekład Grzegorza Kulika jest konsekwentny i w moim odczuciu, co przeczy maczystowskiej zasadzie, że tłumaczenia są jak kobiety – albo piękne, albo wierne, prezentuje oba walory rzemiosła w pełnej krasie. Trudno też mi wskazać miejsca, w których coś umyka (lost in translation), zostaje pominięte, nie zyskuje ekwiwalentu. Jednak moją autochtońską opinię warto zderzyć z tym, co mówiono o pierwszym wydaniu „Dracha”, np. w Warszawie. Karol Mroziński, facebookowy pisarz, powiedział o Twardochu następujące słowa: „Bardzo go cenię za »Morfinę«, »Dracha« nie dałem niestety rady skończyć, poczekam na polskie tłumaczenie” (wywiad w „Metro”). Więc problem był sygnalizowany. Osadzony na Śląsku „Drach” nie miał też tylu recenzji, co dziejące się w Warszawie i zaprojektowane jako skok na nagrody literackie „Morfina” i „Król”. Skoro pierwotna wersja książki stanowiła nawet dla wprawionego czytelnika wyzwanie, to co dopiero z translacją na lokalną mowę, która ma niesprecyzowaną liczbę użytkowników o dość zróżnicowanych kompetencjach w jej dekodowaniu i czynnym używaniu?

Żałosna ksenofobia albo śląski resentyment

Uzasadnienie dla przepisania tej książki na nowo łatwo znaleźć. Ten, kto śledzi publicystyczną działalność Szczepana Twardocha, wie, że pisarz często nawołuje do używania śląskiej grafii, pisania, by zachować ginący język. Być może zlecenie tłumaczenia „Dracha” na śląski wolno rozumieć też inaczej, jako wyraz dany pisarskiej predylekcji, o której autor „Tak jest dobrze” mówił, że jest: „śląskim resentymentem, najżałośniejszą z ksenofobii, przy której trwam bohatersko, tak jak naiwne kobiety trwają przy złych mężczyznach i w kłótniach o zupę tracą kolejne zęby” („Wieloryby i ćmy”, s. 64). Powstaje wobec tego pytanie, czy jest to książka wyłącznie dla towarzyszy podzielających ofiarniczne lokalne ryty, słowem, dla „śląskich krasnali”, „hobbitów”? Z pewnością, ale wyznacza ona nade wszystko nowe standardy jakościowe. Twardoch w momentach zmęczenia nazwie bliźnich brzydkim słowem, jak te wymienione wcześniej legendarne stwory, jednak w ten sposób pozuje trochę w myśl sentencji odi profanum vulgus et arceo, gardzi nieoświeconym tłumem i unika go. Pozostaje przy tym, chcąc nie chcąc, dla wspólnoty i śląskiej diaspory ważnym ideologiem, choć na własnych warunkach ikonoklasty, obrazoburcy.

Jak to jest zrobione?

Nie będę porównywał treści, a jedynie ramę wydawniczą i parametry towarzyszące, wyjątek stanowią pierwsze i ostatnie zdania wydań, które dają czytelnikowi wyobrażenie o zakresie zmian językowych wersji. Pierwotna wersja wydana została na Barbórkę 2014 roku, a obecna przed Barbórką 2018 roku; bazowa liczyła 395 stron, a śląska 389 (więc to język konkretniejszy?). Cena za wydanie z 2014 roku wynosiła 42,9 zł, a obecnie wzrosła do 44,9 zł. Książka podzielona jest na Części I, II, III, a śląska nosi dość nieuzasadnione dla mnie angielskie nazwy Part I, Part II, Part III (może fortunniejsza byłaby Tajla I, II, III?). Porównajmy jeszcze pierwsze zdania: „Spał, ale budzi się bardzo wcześnie rano i jest jeszcze ciemno, i jest październik, wciąż jest ciepło, przed pierwszymi przymrozkami”. Oraz: „Społ, ale cuci wczas rano i je jeszcze ćma, i je październik, durch je ciepło, przed piyrszymi przimrozkami”. Ostatnie zdanie: „Na polach przed szpitalem w śniegu leżą zamarznięte trupy o gołych łydkach, styczniowy wiatr szarpie szpitalne koszule”, wersja śląska: „Na polach przed lazarytym w śniegu leżōm umarzniynte trupy ze guzymi łytkami, styczniowy wiater szarpie lazarytowe koszule”. Opiekę redakcyjną nad wydaniami roztoczył Waldemar Popek, redaktor m.in. „Ksiąg Jakubowych” Olgi Tokarczuk, konsultanci germanistyczny oraz historyczny byli wskazani w pierwszym wydaniu, w drugim redaktorską pracę wykonał Zbigniew Kadłubek (dla niewtajemniczonych główny kreator, myśliciel idei „śląskiego przebudzenia”), za korektę w pierwszym odpowiadał trzyosobowy sztab: Kamil Bogusiewicz, Aneta Tkaczyk, Dorota Trzcinka, zaś w śląskim wydaniu wyłącznie Bartłomiej Wanot (tłumacz poezji rosyjskiej na śląski, specjalista śląskiego języka pisanego). Tyle jeśli chodzi o szeroko pojętą ramę wydawniczą. Gdzie zatem te przełomy?

Tajla I

Po pierwsze, w edycji śląskiej zaszła zmiana i polszczyzna jest obecna prawie wyłącznie w wypowiedziach współczesnych, dialogach Nikodema Gemandera oraz jego rówieśników. Narrację zaś poprowadzono w śląskim i przy użyciu śląskiej grafii. I tu mamy do czynienia z przełomem na różnych poziomach. Więc przede wszystkim wydawniczym, ponieważ książkę z grafią ślabikorzową w całości po śląsku wydaje Wydawnictwo Literackie, a nie zasłużeni, ale jednak niedbali amatorzy z Narodowej Oficyny Śląskiej, czy koryfeusz „śląskiego przebudzenia” w literaturze, przedsiębiorczy, pracowity, ale pozbawiony dotacji wydawca z Kotórza Małego – Pyjter Długosz, prowadzący wraz z wolontariuszami i współpracownikami wydawnictwo Silesia Progress. Potencjalnie więc książka ma znacznie lepszą dystrybucję i promocję. Czarny koń WL, Szczepan Twardoch, przekonał wydawcę do eksperymentu i bardzo dobrze się stało, bo praca przy tej książce zasługuje na szczere uznanie. Wiem, że pisarz i tłumacz nie lubią nikomu nic udowadniać w kwestii statusu i sporów polityczno-językoznawczo-kodyfikacyjnych na zapalny temat gwara/etnolekt/język, jednak edycja śląska w WL to coś w rodzaju nobilitacji pracy Szczepana Twardocha i Grzegorza Kulika oraz uznania śląskiej grafii, a przez to śląskiego języka literackiego w głównym nurcie wydawniczym. Zresztą im większa aktywność wydawnicza tego typu, tym mniej będą mieli argumentów przeciwnicy języka śląskiego.

Tajla II

Po drugie, książka to przełom językowy, ponieważ stanowi, mówiąc nieco doniośle, próbę ogniową mowy śląskiej, która po zahartowaniu w płomieniu wiedzy i praktyki przekładowej Grzegorza Kulika prezentuje się jako tworzywo artystyczne, gotowe wyrażać każdą dziedzinę życia, od wariantów sacrum do drachowego, rozległego profanum. Poza tym jest to śląszczyzna prezentująca się jako język artystyczny, który w mojej ocenie wypada dużo lepiej niż polska wersja. Mowa nabiera realistycznego wymiaru, jest żywa, wyraża konkret egzystencjalny odpowiadający obyczajowi, przestrzeni. Dowód? Proszę: „– Mamulka, już sōm we waszkuchnie – padŏ zza plecōw Josefa modszy brat, co jednak się ŏbudziōł. Mamulka była tam już wczorej, społym z ciotkōm uciyrały korzynie i wōniōnce korcze, i ŏwoce jałowca, i kolyndrã, i zŏzwōr, uciyrały i usuwały na szykowne hołdki, wele drobnych rozynek, tytek z majerankiym, kole suchych żymeł pokrōnych w kostka – jak piyknie kroji się suchŏ żymła, z jakim trzaskym, i wiela ŏstŏwŏ po tym krōniu kruszków – wszyjsko to bardzo wōniało, nyńciło i mierziyło we jednym czasie” (s. 8). Przypomina to wszystko założenia lekturowe topopoetyki opisywanej przez Stena Pultza Moslunda, który takie użycia określa mianem jęzobrazu (langscape) i krajzyka (landguage). Rejestry ziemi i języka się przenikają, uobecniającą miejsce przez pośrednictwo zmysłów. Opisana czynność oraz miejsce przestają być dzięki temu wyłącznie tekstowe. Wówczas patrzymy na taki tekst uważniej, każdy element ma znaczenie i oddaje koloryt lokalny, a słowa stają się wywołaczami rzeczywistości za sprawą idomatycznych nazw przedmiotów, zwierząt, roślin, słów. Albo: „Gela zaciskŏ dłōnie na lodowatym gylyndrze falszburty. Gela niy wiy, iże szif to je szif wielorybniczy, niy wie, iże to, na czym zaciskŏ dłōnie bez rynkawic, to je falszburta, ale wiy, iże lodowaty Bałtyk – co go widzi piyrszy rŏz – to je choby pole minowe. We lufcie krōnżōm sowiecke fligry. A pod wodōm krōnżōm sowiecke łodzie podwodne” (s. 169).

Śląsk to niemowa – tak się utarło, tak wątłą obecność słowa pisanego w mowie śląskiej próbowali ująć Aleksander Nawarecki wzmiankowany przez Stefana Szymutkę w „Nagrobku ciotki Cili” (s. 35) i Zbigniew Kadłubek w „Myśleć Śląsk”, mówiąc o etymologicznym tropie Silesii od Silentium. Stefan Szymutko, by przekonać, że po śląsku można pisać prozę artystyczną, zmyślił nawet Dominika Otkowicza („Nagrobek ciotki Cili”, s. 22-23), teraz byłoby to zbyteczne. Myślę, że przekład Kulika dostatecznie przekona każdego niedowiarka. Giorgio Agamben pouczał w „Ideach prozy”: „tylko słowo łączy nas z rzeczami, które są nieme” (s. 143). Wypowiedzenie całego świata w danym języku nadaje mu nowego kształtu, brzmienia, uzupełnienia. Poza tym mielizny czarnej poetyki, pełne determinizmów wersji polskiej, dzięki śląskiemu głosowi bestii zostały wytłumione, osadzone w nowym kontekście. Godający Drach to godające bóstwo, ktoś w rodzaju wszechwiedzącego, niezwruszonego Boga. Bóg mówi po śląsku, wyrażając filozofię losu Ślązaków, nie krzepi serc, lecz wyraża gorzką prawdę o śmierci jednającej wszystko, niweczącej zamiary i marzenia. Taka mroczna teodycea ma swoje konsekwencje.

Tajla III

Po trzecie, wszechwiedzący narrator tej powieści okazał się uniwersalny. Uniwersalny w swym partykularyzmie. Każdy zagrożony naród opowiada kosmogeniczną opowieść o tym, jak to Pan Bóg rozdawał krainy i języki ludziom, „pech chciał” (upersonalizowane fatum, czyli fatalizm wpisany we wspólnotową wiktymologię) i zabrakło języka Ślązakom (Chorwatom, Walijczykom, Baskom, Katalończykom), spojrzał na nich i rzekł, no, ja, to bydziecie musieli godać jak i jo. Następnie wzrokiem ogarnął całe stworzenie i zawiesił wzrok na ulubionym fragmencie ziemi i ciepło się uśmiechnął, z jego uśmiechu powstał Śląsk, ziemia powstała z uśmiechu Boga. Nie ma tego wariantu w „Drachu”, ale bóstwo przemawia w przedwiecznym argot. Sam ten fakt dodaje skrzydeł. Każdy regionalista w skrytości serca marzy, by Bóg (nawet mroczny i wcale nie ojcowski) przemówił w jego języku.

Tajla IV

Po czwarte, przy zmianie języka zachodzi komplikacja w rozumieniu całej przestrzeni. Przemawia upostaciowana ziemia, więc miejsce, locus. Daniela Hodorova wskazuje na trzy warianty funkcjonowania miejsca w tekstach literackich: jako tła, obrazu i znaku środowiska społecznego; pola w grze; metafory czy metonimii. Miejsca podlegają metaforyzacji, nie są tym, czym się wydają, istnieją nie-wprost, zarówno jako zjawiska jednostkowe, jak i archetypy, gatunki, toposy. Poza tym są mityzowane. W książce Twardocha mamy to wszystko: pomieszanie perspektyw autochtonicznej, zewnętrznej, pośredniej, doświadczania przestrzeni i bohaterów wszystkimi zmysłami w różnych czasach, epokach. W takim ujęciu ziemia będaąca drachem reprezentuje wszystkie role: obrazu i znaku środowiska społecznego, przestrzeni fabularnej gry, wreszcie metafory, która stara się być czymś więcej niż tylko przenośnią, bo próbą gry z archetypami, chwytem wyrażającym przez część-całość. O tym ostatnim zagadnieniu na łamach „Fabryki Silesii” 1(3) 2013 pisał sam autor, zdradzając ideę przewodnią „Dracha”, nad którym wówczas pracował. Książka miała być czarną ewangelią, mesjańską geologią, pozwalającą nie oszaleć z rozpaczy.

Nihilzm i autofilantropia?

W śląskim „Drachu” mamy do czynienia, mimo najszczerszych chęci dystansu od krasnalowych wierzeń tubylczych, uników od przekonania o wyjątkowości własnej krzywdy, z opowieścią autofilantropijną. Co to znaczy? Jest ona negatywną wspólnotową opowieścią mityczną, w której krzywda/ofiarniczość przykryta jest nihilizmem, stanowi integralny składnik świata i nie zostaje z niej usunięta. Krzywda nie jest celebrowana, upostaciowana – po prostu niezwruszenie jest. Wszyscy Gemanderowie, Magnorowie, Czoiki mają przechlapane i pod górkę. Mechanizm ten nie zniknie, gdy przełoży się „Dracha” na każdy inny język. Jednak w śląskim niezmiernie mu do twarzy. Ponieważ brutalizm świata koresponduje z krzywdą śląską, która choć zasadna i jako lekcja z pamięci historycznej konieczna, pozostaje jako monomania szkodliwa. Przecież „Drach” jest osadzony w konkrecie historyczno-geograficznym (pierwotna wersja miała nawet na okładce mapę z okresu pruskiego panowania), odwołuje się do przeszłości i wiadomych sentymentów tworzących specyficzną górnośląską tożsamość. Jednak (czarny) nurt ofiarniczy prowadzi na manowce, wpycha w rolę zafikskowanego wujka, który na urodzinach wciąż opowiada jedną historię i nie ma z nim kontaktu, dialogu i możliwości zmiany tematu i naświetlenia jakiejkolwiek innej racji.

Szuminy

„Drach” próbuje niezwruszonością wobec śmierci uniknąć tego tropu, jednak nie unika go – literatura śląska ma charakter elegijny, zakotwiczony w przeszłości i jej dramatch, poczuciu krzywdy. Ślązacy traktują to resentymentowe brzemię jako formę wiedzy objawionej. Los, którym kieruje draczy bezwład, równo każdego pcha w śmierć: sarnę czy człowieka, jednak jeśli dysponent tych reguł prawi o tym po śląsku, czy w innych przekładach po niemiecku, francusku – to nie jest to bez znaczenia dla samej wspólnoty językowej i jej kulturowych kodów. Szczególny walor będą miały przekłady w literaturach mniejszych, zagrożonych, wymierających.

Tajne mówione – oficjalne pisane

Mamy tymczasem wersję śląską i tak naprawdę zasadniczy zarzut, który można jej postawić, polega na elitarnym gronie odbiorców tej książki, ponieważ kompetencji językowych (czytanie ślabikorza, znajomość słownictwa) do dekodowania tego dzieła nie posiada zbyt wielkie grono czytelników. Są to głównie właśnie owi „krasnale i hobbici”, często nawet ultrasi spośród nich. Saga Magnorów i Gemanderów spisana po śląsku jeszcze intensywnej ukazuje smutek wspólnotowego i jednostkowego trwania w historii, omawiana wersja dobitniej niż polska mnie o tym przekonała. „Drach” z 2014 roku był ważną, emocjonalnie i życiowo (rodzinna, lokalna, mówiona historia), sobąpisaną książką dla Szczepana Twardocha, ale przekład na śląski można przyrównać już nie do wybudzenia ze snu do jawy, lecz do jeszcze bardziej upiornej jawy. Mglisty drach przemawiając po śląsku nabrał konturu i wyrazistości, ukazując czytelnikowi, że możliwa jest 400-stronicowa, artystyczna śląska literatura współczesna. Dla Ślązaków to tak zwany must have, natomiast czytelnicy z dobrą wolą spoza regionu, jeśli czują się na siłach, mogą na zasadzie eksperymentu językoznawczo-fenomenologicznego, a nie tylko dla żartu (politycznie niepoprawnego zresztą) sięgnąć po tę książkę. Twardoch w jednym z wywiadów mówił o tym, że Ślazacy mają tajną mówioną historię, która zastępowała uczestnictwo w oficjalnej narracji, nieprzystającej do historii tego regionu. Teraz po przetłumaczeniu „Dracha” na śląski wreszcie mają ją na własność. Słowem i ciałem.
Szczepōn Twardoch: „Drach”. Przeł. Grzegorz Kulik. Wydawnictwo Literackie. Kraków 2018.