Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (362) / 2019

Michał Misztal,

KONIEC EMERYTURY (STARLIGHT - GWIEZDNY BLASK: DUKE MCQUEEN POWRACA)

A A A
Duke McQueen to bohater, który przed czterema dekadami uratował świat – problem polega na tym, że światem tym nie była nasza planeta, zaś na Ziemi McQueen jest do dzisiaj wyśmiewany za swoje „niestworzone historie”. W międzyczasie mężczyzna zdążył się ożenić, wychować dwóch synów, potem niemal stracić z nimi kontakt, a niedawno pożegnać swoją zmarłą żonę. Wygląda na to, że w życiu pozostało mu już tylko wspominanie bliskich osób, które odeszły, oraz czasów swojego bohaterstwa na Tantalusie. Ku zaskoczeniu protagonisty okazuje się on jednak znowu potrzebny w miejscu, które uratował lata temu i którego mieszkańcy nie zdają sobie sprawy, że Duke nie jest już herosem w pełni sił.

Oczywiście cytaty z ostatniej strony okładki chwalą i zachęcają. Jeden z nich mówi nawet o tym, że „Gwiezdny Blask” to „największe osiągnięcie Millara, większe nawet niż »Kick-Ass«”. Brzmi świetnie, choć osobiście wolę na przykład „Czerwonego syna”, „Staruszka Logana” czy „Wanted”. Nie da się zaprzeczyć, że autor tych dzieł zdecydowanie potrafi pisać świetne scenariusze, po fabule „Starlight” można więc oczekiwać sporo. Po ilustracjach już niekoniecznie: prace Gorana Parlova kojarzę z pisanej przez Gartha Ennisa serii „Punisher MAX”, ale nie za dobrze je pamiętam, bo większość rysowników tworzyła tam jedynie tło dla mocnej, bezkompromisowej historii.

W albumie „Duke McQueen powraca” Parlov nie jest już tak przyćmiony przez scenarzystę i poradził sobie całkiem nieźle, przy czym to wciąż sprawna rzemieślnicza robota. Żadna rewelacja, jednak plansze (również dzięki kolorom, którymi zajął się Ive Svorcina) ogląda się bardzo przyjemnie, zwłaszcza gdy prezentują obcą (choć tak naprawdę nie aż tak obcą) planetę, jaką musi ponownie uratować tytułowy bohater.

„Starlight” to komiks niezwykle sympatyczny, dobrze napisany, nie ma tu jednak fajerwerków, jakie zapowiadają wspomniane cytaty z okładki. To historia, przez którą przechodzi się gładko i przyjemnie, pozbawiona większych zgrzytów, ale ostatecznie podejrzewam, że nie będzie jedną z opowieści, którą wielu czytelników zapamięta na dłużej. Ot, udane czytadło, ale niewiele więcej.

Mam z „Gwiezdnym Blaskiem” jeszcze jeden problem (to dla tych, którzy mają już za sobą lekturę tego komiksu): McQueen, pokazywany jako załamany staruszek próbujący radzić sobie z osobistą tragedią, po wylądowaniu na Tantalusie zmienia się niemalże w superbohatera. Biega, skacze, strzela, walczy szablą, wszystko znowu tak, jakby był o te czterdzieści lat młodszy. Rzecz jasna spotyka na swojej drodze problemy, ale z większością z nich radzi sobie prawie bez wysiłku. Trochę trudno emocjonować się przygodami protagonisty, dla którego wymyślone przez Millara przeciwności są prawie jak spacer po parku. Duke okazuje się najbardziej interesujący na samym początku historii, kiedy jest najsłabszy.

Nie zmienia to faktu, że „Gwiezdny Blask” to niezła, choć miejscami nieco naiwna historia obrazkowa. Zdecydowanie nie jest największym osiągnięciem szkockiego scenarzysty, ale nie jest również albumem, po który nie warto sięgać. Prosta, lekkostrawna rozrywka – takie opowieści też są przecież potrzebne.
Mark Millar, Goran Parlov: „Starlight – Gwiezdny Blask: Duke McQueen powraca” („Starlight”). Tłumaczenie: Marek Starosta. Wydawnictwo Mucha Comics. Warszawa 2018.