Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (362) / 2019

Ewa Szkudlarek,

LEMONIADOWY ŻYWOT ('CO SIĘ WŁAŚCIWIE STAŁO Z BETTY LEMON?' REŻ. MIKITA VALADZKO)

A A A
Przemijalność ludzkiego życia, podszyta nutą zgorzknienia i żalu, niemożnością zmiany czegokolwiek i przemiany kogokolwiek to motywy przewodnie monodramu „Co się właściwie stało z Betty Lemon?” W pewnym wieku nie da się ludzi zmienić od środka, osoby u schyłku życia w gruncie rzeczy nie pragną zmiany najskrytszych głębin i pokładów własnej duszy. Dzieje się tak, gdyż niewiele osób potrafi z perspektywy czasu zajrzeć w głąb własnego umysłu do końca, zapytać się o siebie i ponownie doświadczyć przykrych, doznanych uczuć. Ale czy w ogóle można zajrzeć w głąb siebie do końca? Spektakl w reżyserii Mikity Valadzko można zobaczyć na Scenie Trzeciej Teatru Nowego w Poznaniu, a sama Betty Lemon to „nietypowa staruszka” – jak stwierdziła w wywiadzie Irena Dudzińska – odtwórczyni roli tyłowej bohaterki. Aktorka właśnie tym monodramem uczciła pięćdziesięciolecie swojej obecności na scenie.

Sztuka „Co się właściwie stało z Betty Lemon?” współczesnego dramaturga Arnolda Weskera powstała w roku 1986 i doczekała się wielu inscenizacji teatralnych. Jedną z najbardziej znanych polskiej publiczności jest realizacja Teatru Telewizji z 1995 roku. W przedstawieniu w reżyserii Tomasza Wiszniewskiego niezapomnianą kreację Betty Lemon stworzyła Barbara Kraftówna. Utwór Weskera nadal inspiruje reżyserów i aktorów, gdyż dotyczy kwestii uniwersalnych, takich jak ludzka ułomność, nieuleczalna choroba, poczucie osamotnienia i dojmujący lęk przed śmiercią.

Irena Dudzińska jako Betty Lemon wypowiada siebie, a nade wszystko swoją samotność w opustoszałym mieszkaniu, w którym jedynym partnerem skłaniającym do rozmowy jest włączony telewizor i automatyczna sekretarka. Monolog, niczym puste echo, odbija się od czterech ścian pokoju wypełnionego pamiątkami z przeszłości. Mimo woli nasuwa się skojarzenie z nieśmiertelną samotnością, będącą początkiem i końcem każdego pojedynczego istnienia, ale także istnienia jako takiego – istnienia skazanego na starzenie, niszczenie i rozpad. W tym monodramie sprawy z codziennego życia mieszają się z ostatecznymi.

Aktorka w roli Betty Lemon tworzy i niszczy swój własny portret, poddając nostalgicznej refleksji wybrane fragmenty ze swojego życia. Czy to bolesna próba odtworzenia przeszłości? Owoc nostalgii za czymś, co odeszło bezpowrotnie? Obrazy, które przywołuje, to jedynie aura przeszłości, przypominająca blade odbicie ze starej fotografii. Raz jest to luźne skojarzenie (spotkania z przyjaciółmi na przyjęciu), a innym razem wyraźne, mocne wspomnienie (liczne zdrady ze strony męża).

Tytułowa Betty podpiera się drewnianą laską, pali z zadowoleniem fajkę, przegląda czasopisma i spaceruje dookoła własnego stołu. Czyta zaległą pocztę i ku własnemu zdumieniu odkrywa, że została przez jury wybrana jako „niepełnosprawna kobieta roku”. Zastanawia się, w jaki sposób mogłaby pojawić się i jakie wygłosić przemówienie na reprezentacyjnej gali roku. I chyba ta informacja, że z racji wieku i własnej kondycji nie może już startować w konkursie piękności, ale w konkursie ułomności – dotyka ją najbardziej. Aktorka podnosi ton wypowiedzi, głos załamuje się w gardle, a wszystko zostało podszyte nutą goryczy obserwatorki, która swoje refleksje ogranicza jedynie do dowcipnego i złośliwego komentarza. Świat pełen nieszczęścia, zakłamania i ludzkiej ułomności jawi się jako okrutny dowcip złośliwych praw natury potrafiącej zmienić starość, synonim życiowej mądrości, w siedlisko ukrytej żądzy tlącej się w słabym ciele. Ten popadający w obłęd świat, daleki od doskonałości i piękna, zaludniają pesymistki w roli gderliwych staruszek.

Elementy tragizmu graniczą z komizmem. Jednak komizm umożliwia tworzenie dystansu do siebie. Chociaż Betty była kobietą zdradzaną, oszukiwaną, to jednak cieszy się z jedynego spadku po mężu, jakim okazuje się odziedziczony tytuł szlachecki i prawo do wypowiadania własnych poglądów. Pani Lemon ma wiele ról: od socjalistki do anarchistki, od zaradnej żony do wyemancypowanej intelektualistki. Chwilami marszczy brew i złości się na dźwięk telefonu czy pilota wózka inwalidzkiego. Właśnie w ten sposób wyczuwalna staje się u Betty nienawiść do siebie i świata. Jest bezradna wobec upływającego czasu, zapomniana przez najbliższe otoczenie, nienawidzi swojej przeszłości, ponieważ „nie tak to sobie wszystko (…) planowała”. Cóż, życie każdego człowieka raz ma słodki smak lemoniady, a innym razem kwaśny i cierpki.

Widząc pustkę wokół siebie, pani Lemon myśli o tym, co było, co dzieje się w tej chwili, a także o tym, co stało się z przeszłością. To, co jest już przeszłością, istnieje głównie w pamięci i jako takie jest narażone na zapomnienie. Z jej ciała ulatuje życie jak z nadmuchanej zabawki powietrze. Powierzchnia skóry marszczy się, stopniowo kurczy i wysycha. Robi się duszno, niepokojąco, sennie i monotonnie. Cóż, „pora umierać”, chociaż dla każdego jest to inna pora, ale niewątpliwie nastąpi i każdy samotnie musi się z nią zmierzyć. To, co zostanie po każdym człowieku, podobnie jak po tym spektaklu, to wspomnienie, z czasem przechodzące w dalekie echo wspomnień, mieszczących się w ramach wyblakłych obrazów czy pokruszonych fotografii.
Arnold Wesker „Co się właściwie stało z Betty Lemon?”. Przekład: Irena Tarłowska. Reżyseria: Mikita Valadzko. Scenografia: Barbara Ferlak. Premiera: 16.03.2018. Teatr Nowy im. Tadeusza Łomnickiego w Poznaniu. Trzecia Scena.

Fot. Wiktor Napierała.