Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (362) / 2019

Igor Kierkosz,

MATKI, ŻONY, DZIEWCZYNY (OLGA HUND: 'PSY RAS DROBNYCH')

A A A
Zanim nadjedzie karetka, nie ma zbyt wiele czasu. Akurat tyle, żeby wciągnąć na siebie czystsze ciuchy, schować fajki do stanika i modlić się, żeby przyjechali czymś lepszym niż stary polonez. Już lepiej byłoby samemu zamówić taksówkę, ale zazwyczaj domownicy zawczasu wybiorą trzycyfrowy numer i znowu powtarza się cała historia ze szpitalem psychiatrycznym.

„Psy ras drobnych” zaczynają się efektownie – od mocnych uderzeń zdań, które nawet nie próbują parafrazować tego, o czym chce opowiedzieć narratorka. Będzie o smutnym oddziale, zdehumanizowanych sanitariuszkach i obleśnych facetach, więc albo wsiadasz z nią do tej karetki i patrzysz na wszystko z bliska, albo żyjesz dalej w błogiej nieświadomości. Skrywająca się pod enigmatycznym pseudonimem autorka – Olga Hund – nie ukrywa ideowości swojej artystycznej wypowiedzi, o czym świadczy nie tylko sam tekst, lecz także dyskusje z czytelnikami podczas spotkań autorskich. „Psy…” powstały po to, żeby opowiedzieć o jednostkach pomijanych. Podkreślam – o jednostkach, a nie o grupie społecznej – bo pisarka dba, żeby każda z jej bohaterek była obdarzona własną, prawdziwą podmiotowością. Co wcale nie oznacza, że autorka zrzeka się tym samym prawa do nazwania szerzej występującego problemu. Chce piętnować nieprawidłowości systemu uderzające w całe rzesze ludzi. W tej kwestii nie ma mowy o łagodzącej dłoni dyferencji – jeśli uderzać, to z równą mocą w cały układ.

Na pierwszych stronach debiutu Hund narratorka, tuż po trafieniu na oddział, mówi: „I tu się zaczyna moja opowieść”. Czyżby? W kolejnych króciutkich rozdziałach okazuje się, że dojmujący los pacjentów szpitala ma swoje źródło dużo wcześniej i wynika przede wszystkim z niewydolności systemu i szkodliwych mitów wciąż panujących zarówno w rodzinach chorych, jak i w zbiorowej świadomości milionów. To one pielęgnują w sobie bezpieczny, bo wyrzucony na margines „normalnej” społeczności, obraz foucaltowskiej heterotopii – miejsca zsyłki dla tych, których lepiej trzymać na odległość. Z zewnątrz wygląda ono jak akwarium za grubą, przybrudzoną szybą, po którym „suną tłuste, nażarte sumy, (…) zbijają się w ławicę i odpływają w ciemność”. Narratorka tej krótkiej prozy pokazuje, że gdyby tylko przyjrzeć się im bliżej, można by dostrzec, że wewnątrz każda ryba różni się przecież od drugiej i ma indywidualną historię. Wszystkie jednak łączy to, że muszą zmagać się ze światem mającym ich gdzieś, do którego uciekły z miejsca, które też nie było dużo lepsze. Ale z bezpiecznego świata zdrowych nie widać, że w przestrzeni wygnania jest tak zimno, że zamarza woda w łazience, a stare łóżka nasiąkają brudem i smutkiem.

Narratorka jest pośród tego otoczenia głosem, który rzeczywiście rozmawia z pacjentami, a przy okazji – szczerze i bez ogródek – z czytelnikiem. Nie ma już nic do stracenia, więc mówi całą prawdę, snuje swoją drobiazgową opowieść z wyjątkowym rodzajem czułego humoru. O bohaterach, mimo że zaledwie w kilku zdaniach krótkich rozdziałów, opowiada w sposób, który od razu tworzy katalog charakterów, wśród których bez problemu odróżnimy schizofreniczną Karolinę od głośno zawodzącej Gosi. Nie ze względu na specyfikę ich chorób, tylko autentyczność portretów ludzi skrzywdzonych, wyrzuconych przez społeczeństwo na margines – tam, gdzie nie trzeba ich już zauważać. „Psy ras drobnych” złożone są z pozornie nieistotnych drobiazgów, które konstruują kulturowy obraz szpitala psychiatrycznego – dantejskiego piekła ufundowanego przez niedziałający system.

Jako osobna kategoria heterotopii jawi się tu specyficzny, polski rodzaj szpitala. Narratorka stawia tezę, że prawdziwą przyczyną istnienia takich miejsc są „ojcowie, wujkowie, mężowie, matki, (…) Kościół, ZUS i rynek pracy”. Zwraca też uwagę na specyficzne kobiece doświadczenie takiego wygnania. Skrzywdzone przez swoich mężczyzn w poprzednim świecie trafiają do nowego, gdzie – okazuje się – nie uciekną na dobre od patriarchalnej opresji. Pilota do telewizora w świetlicy dzierżą przecież faceci z dolnej części oddziału. W domu zaś mężczyźni oczekują na przepustkę dla swoich kobiet, żeby przyszły w końcu trochę posprzątać czy zająć się dzieckiem. Świat nie jest unieważniony w czasie pobytu na oddziale. Pacjentki „oczywiście, mają zwidy, ale i mają też długi i eksmisje”.

Konsekwencją takiego funkcjonowania szpitali psychiatrycznych jest brak faktycznej pomocy dla pacjentów. W „Psach…” negatywnymi bohaterami są zazwyczaj sanitariusze i lekarze. Nawet gdy zarzekają się, że chcą rozmawiać z konkretnym człowiekiem, to wiadomo, że wcześniej rozmawiali w ten sam sposób z setką innych – nie w ramach empatycznej postawy, lecz dehumanizującego trzymania się procedur i rytuałów. Te szybko stają się dla pacjentów codziennością. Nuda od początku zyskuje miano najgorszego, co istnieje w tej przestrzeni. Odpowiednio puentuje ją najkrótszy rozdział w całej książce – autorka doskonale umie wyzyskać krótką formę dla odpowiedniej dosadności.

Trzeba w tym miejscu powiedzieć więcej o stylu tej prozy. Hund często posługuje się animizacją i metaforą florystyczną czy – tak nagminną w młodej polskiej prozie – ironią, która czasem wydaje się na miejscu, jako fasada chroniąca resztki nadziei, a czasem bywa wątpliwym dodatkiem do już wystarczająco absurdalnego opisu rzeczywistości. Przytyki narratorki są jednak w większości wyjątkowo celne, a humor faktycznie bawi, subtelny i czerpiący garściami z popkultury. Całość składa się na obiecujący debiut, zabawny i szczery, przywołujący na myśl prozę Justyny Bargielskiej, choć wyraźnie osobny i ze świadomością podejmujący ważki temat.

Proza Hund nie jest jednak pozbawiona wad, wynikających zapewne z chęci zaznaczenia jednoznacznej postawy wobec opisywanego problemu. Mimo że autorka indywidualizuje bohaterki swojego tekstu i wysłuchuje ich odrębnych głosów, nie niweluje to faktu, że jej opowieść piętnuje cały system, wykracza poza opis jednostkowego przypadku. Można pomyśleć, że to niezbędne dla nadania komunikatowi odpowiedniej mocy. Wszak sprawa jest poważna i wymaga silnego głosu sprzeciwu. Pytanie tylko, czy powstające po lekturze wrażenie nie przysłania przypadkiem faktu, że oddziały bywają różne, a patologie nie zawsze pozostają przemilczane. Uparcie cyniczna forma, o ile z jednej strony faktycznie bawi, to z drugiej wycisza kontestujący krzyk o parę dobrych decybeli. Hund nie pierwsza w polskiej prozie ucieka się do ironizującego schematu. Czytelnicy otrzymują więc kolejną książkę niebezpiecznie balansującą między ważką ideowością a prostym wyśmianiem. Oby tylko to, co efektowne, nie przesłoniło tego, co już i tak w dyskursie publicznym skryte za wieloma schematami myślenia.
Olga Hund: „Psy ras drobnych”. Korporacja Ha!art. Kraków 2018.