Wydanie bieżące

1 lutego 3 (363) / 2019

Kamila Czaja,

DAĆ SIĘ ZDYBAĆ (NA CO DYBIE W WIELORYBIE CZUBEK NOSA ESKIMOSA)

A A A
Od kilku lat kultowe (wyjątkowo nie boję się tu użyć tego słowa) komiksy Tadeusza Baranowskiego z lat 80. i 90. w przepięknie wydanych wznowieniach trafiają do nowych pokoleń fanów wizualnego surrealizmu i giętkiej, pełnej gier polszczyzny. A przy okazji generacje na Baranowskim wychowane mogą sobie przypomnieć, czemu te barwne plansze aż tak utkwiły im w pamięci. Na dodatek dopiero dorosła lektura pozwala docenić w pełni głębię wyobraźni autora, wyłapać językowe aluzje, dostrzec detale w tle. Nie zsyłałabym więc tych publikacji wyłącznie do dziecięcych pokoi.

Do wznowionego niedawno debiutu Baranowskiego, „Na co dybie w wielorybie czubek nosa Eskimosa”, dołączono wprawdzie kolorowankę i plakat, a album wyszedł w serii Krótkie Gatki, ale to właśnie jeden z tych komiksów, przy których i dorosły będzie się świetnie bawił. O ile „Jak ciotka Fru-Bęc uratowała świat od zagłady”, jedną z ważniejszych opowieści mojego dzieciństwa, przeczytałam niedawno z sentymentem, ale świadomością, że „trochę” z niej wyrosłam, o tyle składające się na omawiany tom historie: „W pustyni i w paszczy” oraz „Co w kaloryferze piszczy” i dziś okazały się dla mnie przygodą. A chociaż są już dostępne w zbiorczych tomach wydanych przez Ongrysa, to w powtórzeniu edycji tak zakorzenionej w historii polskiego komiksu tkwi dodatkowa jakość i czytelnik ma poczucie, że wszystko jest na swoim miejscu. A tytuł, który samym brzmieniem przypomina, że dla Baranowskiego nie ma granic (to wszak czysta magia, więc jeszcze raz: „Na co dybie w wielorybie czubek nosa Eskimosa”), powinien być eksponowany.

Nie ma sensu streszczać fabuł, bo to zaledwie namiastka imponującej całości. Tak, Bąbelek i Kudłaczek poznają dziwaczne zwierzęta, a Orient-Men przeżywa liczne przygody, uciekając przed Eskimosem, któremu źle naprawił kaloryfer. Ale cudowność obcowania z dziełem Baranowskiego wynika przede wszystkim z idealnego współgrania wszystkiego: koncepcji, obrazu, słowa. I z odwagi, by wymagać przekroczenia zdroworozsądkowego trybu odbioru, podążenia za absurdem. Czytelnik musi być gotowy na docenienie kolejnych spotkań, a to z „magister wróżką”, a to „kangurem desantowo-spadochronowym”. I na przejęcie się dramatyczną sytuacją słonia, który może zasłonić fortepian, ale sam siebie nie może zafortepianić…

Docenić trzeba piękne biało-granatowe plansze otwierające obie historie, świetne dodatkowe obrazki u góry każdej strony „Co w kaloryferze piszczy”, a także fenomenalne nasycenie obrazów kolorami (wystarczy zerknąć na dostępne w sieci skany starszych, nieco już wyblakłych wydań, by zobaczyć, z jaką intensywnością mamy do czynienia w wersji Kultury Gniewu). Plus cała masa świetnych detali – jak to, że trzymanie za słowo ma wymiar dosłowny, a walka z bykami toczy się przy pomocy słownika ortograficznego.

Wszystko to po latach okazuje się zadziwiająco świeże, wcale się nie zestarzało. Postawienie na absurd sprawia, że Bąbelek i Kudłaczek oraz Orient-Men są ponadczasowi trochę jak „Hydrozagadka” (1970) Andrzeja Kondratiuka czy „Rejs” (1970) Marka Piwowskiego. Nawet gdy pojawia się dialog, który można by czytać jako aluzję do (wtedy) bieżącej sytuacji, to z racji tego, że sytuacja jest dziwnym trafem nieustająco fatalna, a rozmowa postaci przybiera typowo dla Baranowskiego absurdalną formę, taki fragment bawi i dziś fantastycznie. Jak ten, który rozbraja mnie za każdym razem: „To, co jest w tej chwili pod wodą, to jest dno, proszę pana”. „Aż tak?” (s. 51). Dajmy się zdybać Eskimosowi i jego twórcy. Dobrze nam to zrobi.
Tadeusz Baranowski: „Na co dybie w wielorybie czubek nosa Eskimosa”. Wydawnictwo Kultura Gniewu. Warszawa 2018 [seria: Krótkie Gatki].