Wydanie bieżące

1 lutego 3 (363) / 2019

Przemysław Pieniążek,

SPOWIEDŹ DZIECIĘCIA W SILE WIEKU (GILLIAMESQUE. PRZED-POŚMIERTNA AUTOBIOGRAFIA)

A A A
„Ta książka nie wyszła tak, jak ja i moja córka Holly planowaliśmy. Chcieliśmy wydać duży, drogi, wysokiej jakości album przeznaczony do przeglądania przez Koneserów Sztuk Pięknych. Zawierałby starannie wyselekcjonowane historyczne kąski dla tych, którzy potrafią czytać. Niestety kiedy dyktafon zaczął nagrywać, ja nie mogłem przestać paplać, przez co efekt końcowy przypomina bardziej Grand Theft Auto-biografię: dynamiczny wyścig przez moje życie, z mnóstwem poślizgów i kraks i z wieloma najlepszymi momentami rozmytymi przez nadmierną prędkość. W rezultacie musiałem dodać pisane ręcznie lub maszynowo noty, żeby poprawić historię, przeprosić za egocentryczną naturę wspomnień, napomknąć o pominiętych, uzupełnić rażące luki lub po prostu spróbować przejąć kontrolę nad własną narracją. Koneserzy będą musieli poprzeglądać coś innego” – przekonuje we wstępie do swojej „przed-pośmiertnej autobiografii” Terry Gilliam, jedyny Amerykanin w szeregach legendarnego Latającego Cyrku Monty Pythona oraz bez wątpienia jeden z bardziej osobliwych, od lat podążających własną drogą filmowców.

Debiutujący w roku 2015 tom „Gilliamesque”, spisany przy udziale Bena Thompsona, to wielowątkowa, przesycona charakterystycznym poczuciem humoru, ujmującym dystansem i niestroniąca od dosadnych sformułowań opowieść, którą bohater powraca do czasów pozbawionego wygód, lecz szczęśliwego dzieciństwa upływającego (między innymi) w scenerii zlodowaciałych pustkowi Minnesoty. Wspomnienie ciężko pracujących rodziców idzie w parze z reminiscencjami poświęconymi prowincjonalnym krajobrazom, wśród których Gilliam dorastał („Z jednej strony kocham miasta za ich architekturę i jako wylęgarnię kultury i sztuki. Z drugiej – nienawidzę ich za to, że są sztucznymi naroślami zasłaniającymi nam widok na naturę” [s. 7]).

Powrót do czasów młodości przynosi także narracje dotyczące wczesnych pasji przyszłego filmowca, uwielbiającego urządzać magiczne przedstawienia, gustującego w wymyślnych przebierankach (mając za idola mistrza charakteryzacji Lona Chaneya) oraz odkrywającego przed laty możliwości oferowane przez sztukę rysunku. Jednocześnie Gilliam opowiada o filmach kształtujących jego artystyczną wrażliwość, ulubionych programach telewizyjnych oraz źródłach inspiracji płynących zarówno z lektury baśni braci Grimm, jak i Biblii. Przy okazji dzieli się swoimi refleksjami na temat Disneylandu, będącego dla przyszłego Pythona „(…) miejscem, w którym zacząłem zdobywać wiedzę o architekturze (…) – a zamek Śpiącej Królewny stał się podstawą wszystkich moich wyobrażeń o Europie. Okej, to był świat fantazji i można powiedzieć, że nadal w nim żyję, ale przynajmniej teraz wiem, gdzie ukryto brudy” (s. 21).

Na kartach recenzowanego woluminu (wydanego na dobrej jakości papierze i zamkniętego w twardej oprawie) czytelnik odnajdzie mnogość przezabawnych anegdot zmyślnie przywołujących historyczne, społeczne, polityczne i kulturowe konteksty. Dobrym tego przykładem, choć oczywiście nie jedynym, jest fragment dotyczący przygody narratora ze skautingiem: „Maszerowanie i wymachiwanie flagami – to były zajęcia, którymi paraliśmy się w latach pięćdziesiątych. Wszyscy myśleliśmy wtedy o zimnej wojnie, poczynając od ćwiczeń na wypadek ataku, które musieliśmy wykonywać w szkole, żeby nastawić się na ewentualne sowieckie pociski nuklearne, a kończąc na histerycznej nagonce politycznej przesłuchań McCarthy’ego. Dlatego byliśmy zdrowi, byliśmy silni i byliśmy dobrzy – nie byliśmy do końca amerykańskim Hitlerjugend, ale zdecydowanie nie brakowało podtekstów militarystycznych. Nasz oddział skautów był miniaturową armią, a jeśli zimna wojna naprawdę stałaby się faktem, komuniści nie mieliby szans: jutro należało do nas” (s. 28).

W podobnym tonie Gilliam wspomina lata szkolne, obejmujące między innymi pobyt w Birmingham High School oraz uczęszczanie do Occidental College: „Świadectwem wspaniałego wpływu, jakie miało na mnie Occidental, jest to, że wstąpiłem w jego progi jako wściekle zmotywowany osiemnastolatek ze świetnymi wynikami w nauce i, technicznie rzecz biorąc, ze stypendium misjonarskim, a cztery lata później wyszedłem jako nic niewart obibok bez życiowego celu i z oszałamiająco miernymi ocenami na świadectwie. Mówię to bez cienia sarkazmu, bo możliwości szerszego zrozumienia świata i eksperymentowania z różnymi nań spojrzeniami, które otrzymałem, nadal przynoszą mi niezwykłe korzyści” (s. 40) – zaznacza artysta, dzieląc się także wspominkami o krótkiej przygodzie ze szkołą filmową (City College of New York), odbywaniu służby wojskowej czy konieczności podejmowania przeróżnych prac, wśród których onegdaj znalazła się ciekawa fucha w charakterze instruktora teatralnego w Camp Roosevelt (ekskluzywnej, letniej przechowalni dzieci najsłynniejszych hollywoodzkich gwiazd) oraz nocne zmiany na linii montażowej w fabryce Chevroleta.

„Gilliamesque” oferuje przy tym wnikliwe spojrzenie na amerykańską kontrkulturę doby szóstej i siódmej dekady ubiegłego wieku, rozpatrywanej z perspektywy Los Angeles i Nowego Jorku. Praca w magazynie „Help!”, znajomość z Harveyem Kurtzmanem (jednym z redaktorów kultowego czasopisma „Mad” w znaczący sposób kształtującego artystyczną osobowość bohatera niniejszej książki), Robertem Crumbem, Johnem Cleese’em czy Woodym Allenem (wówczas początkującym stand-uperem, gościnnie występującym w jednym z gilliamowskich fotokomiksów) to zaledwie wybrane wątki z wartkiego potoku wspomnień mknącego przez kolejne strony recenzowanego tomu.

Mniej lub bardziej szczegółowe rekonstrukcje okoliczności, w jakich twórca „Parnassusa” (2009) przybył do swingującego Londynu w poszukiwaniu pracy, miał swój udział w współtworzeniu programu „Prosimy nie regulować odbiorników” (1967-1969) oraz poznał (pomijając wspomnianego już Cleese’a) przyszłych członków Latającego Cyrku Monty Pythona, stanowią równie istotną część publikacji, co refleksje poświęcone metodom prac nad animowanymi wstawkami będącymi istotnym elementem telewizyjnego repertuaru prześmiewczej grupy, w której Gilliam udzielał się także jako współwykonawca zwariowanych skeczy. Miłośnicy Pythonów w tym segmencie książki znajdą także sporo smaczków dotyczących genezy, realizacji i recepcji takich dzieł jak „A teraz coś z zupełnie innej beczki” (1971), „Monty Python i Święty Graal” (1975), „Żywot Briana” (1979) czy „Sens życia wg Monty Pythona” (1983), jak również kilka spostrzeżeń na temat reaktywacji brytyjskiego składu, w 2014 powracającego z serią dziesięciu pożegnalnych występów na żywo.

„To właśnie mnie dobija: zawsze chciałem blizn, ale po postu ich nie mam. Chyba dlatego zabrałem się za kręcenie filmów – żeby zdobyć głębokie, emocjonalne i duchowe rany, których moje szokująco radosne dzieciństwo bezdusznie mi odmówiło” (s. 21) – stwierdza ów rasowy gawędziarz, rzucając nieco więcej światła na proces powstawania jego najsłynniejszych autorskich dzieł takich jak „Jabberwocky” (1977), „Bandyci czasu” (1981), „Fisher King” (1991) czy „12 małp” (1995). Warto jednak zaznaczyć, że każdemu ze swoich dzieł Gilliam nie poświęca na kartach „Przed-pośmiertnej autobiografii” tyle samo miejsca. Stąd o ile „Brazil” (1985), „Przygody barona Munchausena” (1988) czy zapasy z adaptacją historii Don Kichota doczekały się sumiennego omówienia – nieco mniej stron przypadło na „Las Vegas Parano” (1998) czy przywołanemu już „Parnassusowi” – reżyser dosłownie prześlizguje się po wątku dotyczącym „Krainy traw” (2005), „Nieustraszonych braci Grimm” oraz „Teorii wszystkiego” (2013). Zamiast tego w „Gilliamesque” znajdziemy kilka akapitów bardziej bezpośrednio odnoszących się do jego życia osobistego, kwestii zrzeczenia się amerykańskiego obywatelstwa czy powodów, dla których Gilliam zdecydował się wyreżyserować w 2011 roku „Potępienie Fausta” Hectora Berlioza, wystawione przez Angielską Operę Narodową.

Pełna (także nigdy wcześniej niepublikowanych) ilustracji, szkiców, zdjęć, plakatów i komentarzy „Przed-pośmiertna autobiografia” to edytorskie cudeńko, urzekające wizualną kompozycją, w której nie mogło zabraknąć z miejsca rozpoznawalnych, surrealistycznych kolaży stworzonych przez narratora niniejszego woluminu, który bohaterami swoich wspomnień czyni Jeffa Bridgesa, Johnny’ego Deppa, George’a Harrisona, Stanleya Kubricka, Heatha Ledgera, Roberta de Niro, Huntera S. Thompsona czy Franka Zappę. Dlatego też „Gilliamesque” to nie tylko energetyzujące memuary nietuzinkowego artysty – to także udany szkic do wielowymiarowego pejzażu popkultury drugiej połowy minionego i kilkunastu lat nowego wieku.
Terry Gilliam, Bill Thompson: „Gilliamesque. Przed-pośmiertna autobiografia”. Tłumaczenie: Adam Czarniecki. Wydawnictwo Planeta. Słupsk 2018.