Wydanie bieżące

1 lutego 3 (363) / 2019

Maja Baczyńska, Judyta Bulman,

DAJ SIĘ PORWAĆ DZIKIEMU GONOWI

A A A
Maja Baczyńska: W marcu premiera Twojego debiutanckiego spektaklu tanecznego „Dziki Gon”. Nie jest to jednak taki całkiem „zwykły” spektakl.

Judyta Bulman: W spektaklu wykorzystuję styl tańca z wachlarzami bojowymi, który jest połączeniem dalekowschodnich sztuk walki oraz tańca współczesnego. Dodatkowo do współpracy zaprosiłam tancerki tribalowe. Całość będzie okraszona improwizacjami muzycznymi opartymi na tradycjach słowiańskich w wykonaniu specjalnie zaproszonego do projektu zespołu. Tworząc wstępne storyboardy do choreografii, inspiruję się m.in. Piną Bausch, jej grą obrazem, akcentami kolorystycznymi na scenie oraz ekspresją i bliskością natury na pograniczu tańca butoh, jeśli chodzi o intensywność emocji.

M.B.: „Dziki Gon”. Dlaczego „Dziki Gon”?

J.B.: Pomysł na spektakl o Dzikim Gonie pojawił się przypadkowo. Byłam w tym czasie na zajęciach w Akademii Praktyk Teatralnych w Gardzienicach, gdzie każdego dnia chłonęłam kulturę słowiańską, sztukę wręcz prymitywną i szukałam inspiracji do tego, o czym można zrobić spektakl i w jakiej konwencji scenicznej umieścić wachlarze bojowe, którymi zajmuję się od sześciu lat. Zaczęłam szukać w różnych legendach, w tym słowiańskich i nordyckich, aż wreszcie natrafiłam na Dziki Gon. Czytając opis tego, jak Gon wyglądał, spotkałam się z tym, że w jednej z wersji był prowadzony przez Odyna i orszak wojowników, w innej przez zwierzęta, a w jeszcze innej odnalazłam motyw Królowej Śniegu, która swoimi zabójczymi soplami zabijała przeciwników. Oczywiście, od razu skojarzyło mi się to z ostrzami wachlarzy bojowych. Co ciekawe, Dziki Gon pojawiał się także w podaniach słowiańskich, kulturowo nam najbliższych.

M.B.: Ale jak wyglądał Dziki Gon?

J.B.: Zjawiał się nagle, osaczał wybraną osobę, która nieopatrznie samotnie włóczyła się po lesie. Ofiara była porywana, wciągana w wir walki jako jeszcze jeden wojownik z orszaku Dzikiego Gonu i razem z nim przemierzała puszczę, żeby szukać kolejnych ofiar, które mogłyby zasilić jego organizm. Gon przerażał, w jego skład wchodzili umarli oraz wojownicy i dzikie zwierzęta. Jego celem było jak najbardziej wystraszyć potencjalną ofiarę. Natomiast mało jest przekazów dotyczących jego wyglądu.

M.B.: A skąd potrzeba, aby w ogóle stworzyć spektakl z wachlarzami bojowymi? W ciągu roku dajesz sporo niezależnych pokazów, które są niesłychanie efektowne. Spektakl to jednak coś bardziej kompleksowego, ale też wymagającego od strony organizacyjnej.

J.B.: Tworzenie spektakli tanecznych było moim marzeniem od dziecka. Przez wiele lat szkoliłam się w różnych technikach tanecznych (jazz, taniec klasyczny, balet, hip-hop, taniec współczesny, modern), ale dopiero gdy trafiłam na wachlarze bojowe, znalazłam styl, który można pokazać na scenie i który jest czymś więcej, niż tylko ruchem. To, jak wygląda i ile można w nim pokazać tajemniczości i ekspresji, jak zagrać konstelacją ludzi, by stworzyć niepowtarzalny, plastyczny obraz, dało mi podłoże i inspirację do myślenia nad stworzeniem większej scenicznej formy.

M.B.: Jak w takim natrafiłaś na wachlarze?

J.B.: To był bardzo dziwny moment w moim życiu. Byłam krótko po odejściu z poprzedniego zespołu tanecznego, w którym się szkoliłam. Chciałam dalej tańczyć i szukałam czegoś, co byłoby czymś więcej niż „bieganiem” w zbiorowisku ludzi. I przez przypadek w mediach społecznościowych znalazłam nagranie z pokazu Julii Bui Ngoc i przypomniałam sobie, że jedna z koleżanek, z którą dawno temu zaczynałam tańczyć w domu kultury, współpracuje z Julią. Od razu odezwałam się do niej i zapytałam, czy mogę przyjść na trening.

M.B..: Początki był trudne? Ten taniec wygląda na niełatwy.

J.B.: Wszystko zaczęło się w zawrotnym tempie. Po pierwszym treningu okazało się, że jedna z tancerek Julii doznała kontuzji i mam wejść na zastępstwo do choreografii, która miała być zatańczona… za dwa tygodnie (!). Kolejne dni spędzałam więc na nauce ruchów, próbach opanowania wymagającego rekwizytu, jakim jest wachlarz i przełamywaniu własnych barier. W dniu pokazu byłam przekonana, że perfekcyjnie opanowałam cały układ, ale decyzją Julii zatańczyłam tylko początek choreografii, po czym zeszłam ze sceny. Wtedy nie rozumiałam jej decyzji, dziś wiem, że sedno tego stylu opiera się przede wszystkim na synchronizacji całej grupy, na takim jakby „wspólnym oddechu” wszystkich tancerek. Mimo to, że myślałam, że jestem gotowa, to wówczas było dla mnie zdecydowanie za wcześnie i decyzja Julii była najlepszą, jaką mogła podjąć.

M.B.: Ale to wiesz dziś. A kiedy zaakceptowałaś ówczesny stan rzeczy? Przecież to wymaga pokory.

J.B.: Sytuacja z pokazem była dla mnie właśnie taką bardzo dużą lekcją pokory, a do tego doszło jeszcze to, że przez pierwsze dwa lata treningów Julia nie skierowała w moją stronę żadnej uwagi odnośnie tego, jak tańczę.

M.B.: Dlaczego?

J.B.: Cóż… Myślałam, że wszystko robię źle i brak jej słów, pomimo że byłam wtedy już liderem zespołu. Ale kiedy odważyłam się z nią wreszcie o tym porozmawiać po jednym z pokazów spektaklu „Księżniczka Liu Han” na Festiwalu Teatrów Błądzących w Gardzienicach, okazało się, że wszystko robię dobrze. Nie miała żadnych uwag! Jednak przez ten cały czas jej milczenie było dla mnie motywacją do tego, żeby być coraz lepszą i zwrócić na siebie jej uwagę.

M.B.: Pytanie tylko, czy taka metoda w każdym przypadku odniosłaby podobny efekt. Aktualnie Ty również prowadzisz zajęcia z tańca z wachlarzami bojowymi, spektakl realizujesz z grupą swoich podopiecznych, na co dzień widzisz różne osoby, które być może mają swoje blokady czy kompleksy. Co im zwykle radzisz?

J.B.: Przede wszystkim nie ma u mnie taryfy ulgowej. Uważam, że tylko ciężką pracą możemy osiągnąć wymarzony rezultat. Ale w zawodzie trenera pomogły mi chyba, początkowo niechciane, studia pedagogiczne. Nauczyłam się, że każdy z nas jest inny, każdy niesie inny bagaż doświadczeń i trzeba spojrzeć na osobę jako na jednostkę i znaleźć takie słowa i taki sposób komunikacji, który będzie indywidualnie dopasowany.

M.B.: W pracy trenera to dla mnie logiczne, ale jak pozostać indywidualnością w tańcu, w którym tak ważna jest synchronizacja z grupą. Nie ponosi Cię czasem?

J.B.: Synchronizacja bynajmniej nie wyklucza indywidualności, możemy działać w symbiozie, jednocześnie nie zatracając swoich indywidualnych cech. Nie zmuszam swoich uczennic do bycia identycznymi (jak dzieje się to np. w tańcu nowoczesnym). Raczej próbuję wyłapać detale, którymi każda z nas ozdabia ten taniec – tak, aby każda z nas mogła być gwiazdą w tej konstelacji, jednocześnie nie zaburzając porządku „nieba”.

M.B..: Ale czy nie potrzeba mieć specyficznej osobowości do wykonywania tego tańca? W końcu są w nim elementy sztuki walki.

J.B.: W ciągu trzech lat, jak jestem trenerem, przyszło do mnie wiele kobiet. Część z nich z początku była bardzo pewna siebie, a z czasem ta pewność siebie gasła. Potrafiły też przyjść osoby, które na pierwszy rzut oka nie nadawały się do tego tańca. Nie miały w sobie ekspresji, nie czuły, że mogą uwodzić swoim ruchem, a przecież o to m.in. w tym tańcu chodzi. Obserwowałam, jak zachodzi w nich stopniowa przemiana. Otworzyły się, przestały być nieśmiałe, doceniły, że przynajmniej na dwie godziny w tygodniu mogą stać się tajemniczymi zabójczyniami, które uwodzą jednym spojrzeniem. Uważam to za swój największy pedagogiczny sukces – swoją pasją mogę dodać takim kobietom pewności siebie, której na pozór w sobie nie mają.

M.B.: Czy niektórym kobietom od zawsze było brak pewności siebie, czy to też jakiś znak czasu?

J.B.: Nie mogę wiedzieć, jak było kiedyś, nie mam prawa wypowiadać się za kobiety, które żyły długo przede mną. Wydaje mi się, że od zawsze pełniłyśmy trudną rolę w społeczeństwie, a dzisiejsze czasy wbrew pozorom nam w tym nie pomagają. Wymaga się od nas coraz więcej – tak na poziomie zawodowym, jak i na gruncie prywatnym. Mamy być świetne pracy, do tego mamy być idealnymi żonami i matkami, mamy być wykształcone, elokwentne, zadbane i przepiękne, a kolejność, którą podałam, nie jest przypadkowa. Właśnie w tej kolejności się tego od nas wymaga, dlatego rzeczy z końca tej długiej listy bywają przez nas najbardziej zaniedbane. Zapominamy o tym, że jesteśmy kobietami i że jesteśmy ozdobą tego świata. Nie znajdujemy czasu dla siebie. Nie skupiamy się na swoim rozwoju osobistym, co przyczynia się do braku pewności siebie u większości kobiet, które na swojej drodze jak dotąd spotkałam.

M.B.: Ale czy naprawdę musimy spotykać się w takich „żeńskich komunach” i wyczyniać akrobacje, żeby dać sobie to poczucie pewności? Czy nie wystarczy po prostu być?

J.B.: Wierzę, że nic nie daje takiego zastrzyku pewności siebie, jak akceptacja i wsparcie innych kobiet. Zarówno na zajęciach u Julii, jak i moich, staram się, żeby nikt nie czuł się w żaden sposób dyskryminowany, żebyśmy dawały sobie nawzajem energię. Jest w tym jakiś pierwiastek szamański, gdzie przekazywanie energii z osoby na osobę, jej migracja, tworzy silną społeczność, w której każdy ma swoje miejsce. W życiu codziennym kobiety bywają dla siebie nawzajem bardzo krytyczne, a w tańcu dodajemy sobie nawzajem skrzydeł.

M.B.: A mężczyźni? Oni nie mają wstępu do naszego świata? Przestałyśmy się liczyć z ich opinią?

J.B.: Nie ma nic piękniejszego, niż silny mężczyzna wspierający silną kobietę. Jest to pewien ideał, do którego chyba wszyscy powinniśmy dążyć. Jest tylko jeden kłopot, że kobiety są teraz tak silne, że trudno znaleźć wikinga, który nas okiełzna. Prawda jest taka, że nic nie daje większej energii w trakcie pokazu, niż możliwość zatańczenia dla tego jedynego, który siedzi na widowni. Możliwość „obnażenia się” przed nim w tańcu jest taką „nirvaną” na ziemi.

M.B.: Wróćmy na chwilę jeszcze do „Dzikiego Gonu”. Opowiadasz w nim historię dziewczyny, która się całkowicie zatraca. Z jakim przesłaniem chciałabyś zostawić odbiorców?

J.B.: W swoich rozważaniach nad Dzikim Gonem i tym, jak chciałabym go przedstawić, bardzo łatwo go połączyłam z dojrzewaniem dorosłego człowieka (!). Sporo tu podobieństw. Nigdy nie wiemy, kiedy naprawdę dorośniemy, w ciągu życia zostajemy wciągnięci w wir różnych wydarzeń, relacji międzyludzkich, zmiennych okoliczności i w którymś momencie jesteśmy „poturbowani” przez doświadczenia, „wypluci”, a kilka ostatnich lat miesza nam się w jedną, chaotyczną masę. Jakbyśmy żyli w takiej wielkiej pralce.

M.B.: Ale jak już taka wielka pralka przestanie wirować, kim się stajemy, jak znaleźć w sobie siłę po takim burzliwym dojrzewaniu?

J.B.: To jest właśnie to pytanie, z którym chciałabym zostawić widza po spektaklu. Chciałabym, aby każdy sam sobie odpowiedział na pytanie, czy jest właśnie porwany przez Dziki Gon, czy akurat został uwolniony, czy też ta próba dopiero przed nim.
Fot. Agnieszka Obarska.