Wydanie bieżące

15 lutego 4 (364) / 2019

Kamila Czaja,

RZUCIĆ WSZYSTKO I WYJECHAĆ W... BESKIDY? (JĘDRZEJ PASIERSKI: 'ROZTOPY')

A A A
Pisząc o „Domu bez klamek” Jędrzeja Pasierskiego (http://artpapier.com/index.php?page=artykul&wydanie=352&artykul=6896), zapowiadałam, że sprawdzę pewnie, czy w kolejnych książkach obiecujący, chociaż niewolny od debiutanckiej sztywności autor rozwinie potencjał. Okazja trafiła się szybko, bo drugi tom serii o Ninie Warwiłow ukazał się trochę ponad pół toku po pierwszym. I z przyjemnością donoszę, że „Roztopy” podobały mi się bardziej od, też wszak udanej, poprzedniczki.

Pasierski dowodzi, że jego umiejętności (re)konstruowania miejsc i społeczności nie ograniczają się do warszawskiej Pragi. W nowym kryminale Nina wyjeżdża do maleńkich Bukowców w Beskidzie Niskim na wieść o tym, że zaginęła jej koleżanka, Joanna Pascho, która postanowiła opuścić stolicę i zamieszkać na odludziu. „Była obecnie nieszczęśliwa z kupką pieniędzy na lokatach. Nadszedł czas, by odwrócić te proporcje” (s. 15). Wizja sielanki na łonie przyrody, ucieczki od miejskiego zgiełku, założenia małego dermatologicznego gabinetu w Gorlicach i remontu urokliwego starego domu szybko okazuje się złudna, a Joanna przepada bez wieści. Zanim to jednak nastąpi, poznajemy wąskie grono jej sąsiadów, a każdy może potem być podejrzany. Pasierski mnoży tropy, jak na tego typu kryminał przystało, a przy tym nie boi się czytelnika zwodzić – aż do granicy pisarskiej bezczelności. To skuteczna metoda, ale, jak wskazują niektóre internetowe opinie czytelników, budzić ona może konsternację i przekonanie o wewnętrznej sprzeczności „Roztopów”. Wydaje mi się jednak, że ponowna lektura kontrowersyjnych miejsc narracji (brzmi to enigmatycznie, ale nie chcę zdradzać zbyt wiele) wypada na korzyść zaproponowanego przez autora rozwiązania intrygi. Warstwa kryminalna jest równocześnie skomplikowana i zaskakująco prosta, gdy zna się już całość, a takie połączenie oceniam na plus.

Niektórzy czytelnicy mogą być rozczarowani zawartością kryminału w kryminale, ale i to uważam za zaletę książki. Pokątne śledztwo Niny się toczy, równocześnie nad sprawą pracuje policja, ale co najmniej równie ważne są postacie, ich historie, a także specyfika miejsca, do którego trafiają najpierw Joanna, a potem także komisarz Warwiłow. Przy czym ta ostatnia działać musi w Bukowcach nieoficjalnie, wciąż jest wszak na urlopie macierzyńskim… Nina sama nie wie, czy jej nieco obsesyjna próba rozwikłania tajemniczego zaginięcia wynika z troski o Joannę, czy raczej z chęci poczucia się znów policjantką. Niestety, prywatne dylematy głównej bohaterki cyklu Pasierskiego nadal mnie nie przekonują, a jej romanse, te zrealizowane i te potencjalne, to najsztywniej poprowadzony wątek „Roztopów”. Niezbyt się przejęłam patchworkową rodziną Warwiłow i kompleksami policjantki wobec przystojnego partnera, nie poruszyły we mnie romantycznej struny także spotkania Niny z mieszkającym w Bukowcach rzeźbiarzem Wojtkiem.

Wciągnęły mnie natomiast śledcze i obyczajowe obserwacje serwowane w świetnie zarysowanej beskidzkiej scenerii. Udało się też Pasierskiemu stworzyć przekonujący drugi plan, zwłaszcza postać nadkomisarza Karpiuka, który, „choć przystojny, zawsze wyglądał, jakby noc spędził w trabancie” (s. 212). Ma on swoją historię, aktualną sytuację nie do pozazdroszczenia i przekonujące motywacje. W pamięć zapada czasem nawet postać epizodyczna – jak zestresowany patomorfolog, którego diagnozy cechuje ciągła „intonacja pytajnikowa” (s. 128). Do tego pojawia się ciekawe tło związane z dawnymi losami miejscowych Łemków, a te historie przedstawia Pasierski z wyczuciem.

Co warto podkreślić, pisarz w swojej drugiej książce jest sprawniejszy językowo. O ile przy „Domu bez klamek” miałam sporo szczegółowych uwag do sztywności stylu i doboru słownictwa, o tyle „Roztopy” czyta się właściwie bez zgrzytów w tym zakresie. Gdybym musiała koniecznie wskazać miejsca, które wybiły mnie z rytmu, to może niepotrzebny był aż taki wulgaryzm w opisie tego, że Nina się upiła [zob. s. 105], a zapewne ze względu na próbę uniknięcia powtórzeń czytelnik obdarzony został niepasującym do reszty narracji dawnym słowem „interrogacja” [s. 248]). Ale postęp widać wyraźny; nie ma już dysonansu między obiecującą fabularnie i psychologicznie powieścią a jej językową realizacją.

Nie pojawia się w „Roztopach” zbyt wiele typowo sensacyjnych scen, tempo wydaje się często wręcz senne – jak okolica, którą próbują oswoić bohaterki. Za to bardzo wiele dzieje się tu podskórnie. I jak zwykle przedkładam tego typu kryminalne pisanie nad pędzącą na złamanie karku akcję, która zaraz po lekturze wylatuje z pamięci. Może ja mam po prostu słabość do opowieści, w których śledczy musi radzić sobie w małej społeczności, a w niewielkim gronie każdy może być sprawcą? Ale prawdopodobnie Pasierski po prostu coraz lepiej pisze, więc warto teraz na jego cykl spojrzeć okiem jeszcze przychylniejszym niż po samym debiucie.
Jędrzej Pasierski: „Roztopy”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2019 [seria: Ze Strachem].