Wydanie bieżące

15 lutego 4 (364) / 2019

Zofia Ulańska,

'ŻYD MOŻE BYĆ TAKŻE FRANCUZEM, ANGLIKIEM ALBO BELGIEM...' (J.S. MARGOT: 'MAZEL TOW')

A A A
Po przeczytaniu „Mazel Tow. Jak zostałam korepetytorką w domu ortodoksyjnych Żydów” J.S. Margot miałam silną potrzebę wyrażenia tego, jak bardzo ten reportaż wydaje mi się ważny i wart przeczytania, szczególnie po przetłumaczeniu książki na język polski przez Małgorzatę Diederen-Woźniak. Blokowało mnie jednak to, że nie wiem, w jaki sposób o nim napisać, bo że to „wciągająca opowieść o dwóch z pozoru całkowicie odmiennych światach”, „wnikliwy portret społeczności, o której osoby z zewnątrz wiedzą niewiele”, „piękna książka o dialogu i przyjaźni” (jak zauważono w pierwszych recenzjach) – trudno zaprzeczyć. Zastanowiła, a może nawet zaniepokoiła mnie ta blokada.

Dlaczego mam problem z napisaniem tej recenzji? Bo kultura żydowska nie jest tym, czym się zajmuję, a robi to wielu kolegów po piórze? Bo znam osoby, które dużo lepiej znają się na literaturze non-fiction i z pewnością byłyby gotowe wskazać mnóstwo mankamentów tej książki, która na mnie wywarła wyjątkowe, specyficzne wrażenie? A może dlatego, że wydaje mi się naiwne zachwycanie tekstem, który nie jest wybitny od strony literackiej?

Ano nie jest. „Mazel Tow” to opowieść, która oddziałuje na poziomie emocjonalnym, jest bardziej obrazowa niż literacka – paradoksalnie, bo powracającym tematem jest wielojęzyczność: na jakie tematy wygodniej rozmawia się w jidysz, po hebrajsku, francusku, niderlandzku czy angielsku? Między wierszami Margot opowiada o największych światowych konfliktach, omijając język mediów czy polityki; zatrzymuje się na poziomie codziennym i międzyludzkim, weryfikuje poszczególne sądy poprzez intymne rozmowy twarzą w twarz.

Przyglądanie się rodzinie „nowoczesnych ortodoksów” (jak określają siebie Żydzi mieszkający w jednym z eruwów Antwerpii) z perspektywy wygadanej korepetytorki – pierwszej, która nie zrezygnowała z posady po kilku tygodniach – to tylko pretekst dla zarysowania złożonych problemów i niepokojów współczesności. Margot nie skupia się wyłącznie na ukazaniu napiętej atmosfery w relacji między wyemancypowaną Europejką a specyficzną rodziną uparcie kultywującą tradycję. Gdyby tak było, czytelnik mógłby odnieść wrażenie, że chodzi tu o sensacyjną obserwację, studium przypadku, zbiór ciekawostek, może przypowiastkę z morałem jednej ze stron.

Tymczasem rozmowy studentki z państwem Schneiderami i ich dziećmi, szczególnie z dorastającymi Elzirą i Jakovem, pozwalają autorce na snucie dygresji, skojarzeń i „wysuwanie macek” w różne strony. Czy będzie to konflikt izraelsko-palestyński, czy różnice między chasydami a nowoczesnymi ortodoksami, stosunek Europejczyków do Persów i Arabów, przyczyny decyzji emigrantów o powrocie do ojczyzny, czy wreszcie cechy narodowe Belgów i Holendrów – narratorka nie przestaje zauważać podobieństw i zadawać odważnych (wręcz niewygodnych) pytań.

Margot nie próbuje dociec, co jest istotą żydowskiej religii czy kultury, zastanawia się raczej, jak to jest być współczesnym Żydem w Nowym Jorku, Amsterdamie, Antwerpii, Tel-Awiwie czy zamieszkiwanym przez ultraortodoksyjnych wyznawców judaizmu Bene Berak. Odpowiedź może zdziwić osoby kojarzące Naród Wybrany ze społecznością pielęgnującą poczucie krzywdy: mimo wielu różnic, wymienione osoby łączy fakt, że są szczęśliwe, a przynajmniej próbują być. Po przeczytaniu książki nie czuję się zszokowana ograniczeniami, które z wyboru akceptują bohaterowie (choć podobnie jak narratorka podejrzewam, że nie odnalazłabym się jako kobieta w tradycyjnej, zamkniętej społeczności). Przeciwnie – mam wrażenie, że właśnie przeczytałam pełną pozytywnych emocji sagę.

Margot właśnie w taki sposób konstruuje swój reportaż: portretuje kolejne etapy życia Schneiderów (i jej samej, nazwanej po latach przez ojca rodziny „najstarszą córką”) od momentu jej pojawienia się w charakterze korepetytorki dla dzieci w latach 80., aż do współczesności. Systematycznie wypytuje o plany dotyczące edukacji, życia zawodowego i rodzinnego przyszłych pokoleń, jednak nie próbuje zmienić swoich znajomych. Momentami można odnieść wrażenie, że mimo – jak twierdzi – lewicowych poglądów, podziwia Schneiderów za odwagę świadomych i konsekwentnych wyborów, zaradność, organizację życia.

Mimo narracyjnych szablonów, scen wyciskających łzy rozpisanych raz błyskotliwie, raz banalnie, wielokrotnych zakończeń poszczególnych wątków i osobistych, nie zawsze uzasadnionych dygresji, autorce udaje się uzyskać nieczęsty efekt: żadna z postaci nie zostaje przedstawiona stereotypowo ani płytko. Narratorka pogłębia osobowość bohaterów: dokumentuje przemiany, które zachodzą w ich charakterze, usiłuje uchwycić subtelności w reakcjach na poszczególne słowa, odnotowuje uniki, bystre strategie rozmowy i milczenia, cały czas zachowując własną, nieco zdziwioną i zbuntowaną postawę.

Widać też wysiłek, który autorka włożyła w to, aby tą szczerą i prywatną opowieścią nikogo nie urazić, ale też niczego nie przemilczeć. Nie ukrywa, że portretuje bardzo majętną rodzinę, momentami podejrzliwą i niegotową na pełne zaufanie wobec osoby z zewnątrz. Szmoncesy pana Schneidera nie zawsze są zabawne, wypowiedzi Jakova bywają przepełnione poczuciem wyższości. Autorka jednak nie przerysowuje, nie szuka sensacji, przeciwnie – ze szczególnym zainteresowaniem przygląda się tym sytuacjom, w których Schneiderowie wyciągają pomocną dłoń albo deklarują kompromis w międzykulturowych kontaktach. Co ciekawe, początkowe wykonywanie ściśle określonych obowiązków korepetytorki zamienia się w obustronne lekcje wychowawcze, przeciwko którym konserwatywni rodzice nie protestują – wręcz przeciwnie.

I tak wracamy do utartych zwrotów… Tak, ta książka uczy dialogu. Ale nie w sposób, który już dobrze znamy z amerykańskiego kina: zestawiamy ze sobą dwoje bohaterów, najlepiej o różnym kolorze skóry, orientacji seksualnej czy stopniu zamożności i tym – oczywiście wrogo nastawionym – postaciom pozwalamy stopniowo się zaprzyjaźnić. Nie, tu nie o taki rodzaj dialogu chodzi. Margot od początku do końca jest osobą odmienną od Schneiderów, część ich życia na zawsze pozostanie dla niej tajemnicą. Mało tego – zdarza się, że doświadcza przykrości, kiedy ktoś z wnętrza społeczności okazuje się bardziej od niej godny zaufania, mimo wieloletniej znajomości i niemal codziennych kontaktów.

Przepis na dialog nie jest tutaj idealistyczny, moralizatorski, nie sprowadza się do formuły „wszyscy jesteśmy tacy sami”. Polega raczej na odwadze zadawania pytań, drążenia, sprzeciwiania się niektórym nakazom, przekraczaniu granic. O ile Schneiderów po przeczytaniu tej książki można zwyczajnie polubić, to narratorka jest osobą, która wzbudza podziw pewnością siebie i cierpliwością: wdaje się w dyskusje z osobami „z ulicy”, które ją intrygują, radzi sobie z podejrzliwością i natrętnymi pytaniami, mimo różnic w podejściu do instytucji małżeństwa doradza Elzirze w wyborze partnera, rozmawia z nastoletnim Jakovem o seksie i pisze wypracowania za jego szkolnych kolegów. Wierna europejskim zwyczajom, podaje żydowskim mężczyznom rękę i rzadko kiedy dostosowuje swój ubiór do ortodoksyjnych wymagań. Od początku też nie ukrywa przed Schneiderami, że jej partner pochodzi z muzułmańskiego kraju. Wątek Nimy – uchodźcy z Iranu – to kolejny zestaw niełatwych i nieoczywistych lekcji dla czytelnika.

Na koniec chciałabym jeszcze zaznaczyć: to nie jest książka o Holocauście ani o antysemityzmie. Może na tym właśnie polega – dla mnie, jako Polki – wrażenie jej świeżości i nowatorskości, ponadto problem z ujęciem jej recenzji w jakiekolwiek ramy. Jestem niestety przyzwyczajona do tego, że o Żydach mówi się w czasie przeszłym, jako o ofiarach albo części przedwojennej społeczności. Margot nie jest historyczną ignorantką; wypytuje Schneiderów o wojenne doświadczenia, ale szanuje to, że wolą milczeć. Bardziej interesuje ją to, o czym sami chcą mówić i co przeżywają na co dzień. Prawdopodobnie dlatego na poziomie emocjonalnym tak pozytywnie zaskoczył mnie ten reportaż napisany w Europie Środkowej, tylko trochę dalej na Zachód. Przypomina mi się jedna z wielu podobnych do siebie, zasłyszanych dyskusji: - Amerykanie nic nie wiedzą o historii Polski, w ogóle się jej nie uczą w szkołach. - Tak, a ile my wiemy o historii takiej na przykład Belgii albo Holandii? No właśnie. Chcemy więcej.
J.S. Margot: „Mazel Tow. Jak zostałam korepetytorką w domu ortodoksyjnych Żydów”. Przeł. Małgorzata Diederen-Woźniak. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2018.