Wydanie bieżące

1 marca 5 (365) / 2019

Piotr Nyga,

MIŁOŚĆ W CZASACH ZARAZY (GDYBY ULICA BEALE UMIAŁA MÓWIĆ)

A A A
Właśnie mijają dwa lata od słynnej wpadki na oscarowej gali. Tuż po ogłoszeniu filmu „La La Land” zwycięzcą w najważniejszej kategorii, jeden z twórców zorientował się, że doszło do pomyłki. Zdobywcą statuetki za najlepszy film okazał się bowiem „Moonlight” Barry’ego Jenkinsa, ukazujący historię dorastającego w ubogiej dzielnicy, czarnoskórego chłopca. Po aferze #oscarssowhite całe zajście z przekazaniem „złotego rycerzyka” potraktowano przez niektórych jako swego rodzaju symbol, rekompensatę dla niedocenianych, afroamerykańskich twórców. Najnowszy film triumfatora sprzed dwóch lat, „Gdyby ulica Beale umiała mówić”, choć zdobył jedną statuetkę (za najlepszą drugoplanową rolę kobiecą dla Reginy King), tym razem został pominięty w głównej kategorii, mimo poruszanej w nim, tak cenionej przez Akademię, tematyki walki z rasizmem.

„Beale Street to ulica w Nowym Orleanie. Ulica, na której narodził się Louis Armstrong, jazz i mój ojciec. Każdy czarnoskóry urodzony w Ameryce urodził się na ulicy Beale, urodził się w czarnym sąsiedztwie jakiegoś amerykańskiego miasta, obojętne – Jackson, Mississippi czy w Harlemie, w Nowym Jorku. Beale Street to nasze dziedzictwo” – te oto słowa, pojawiające się na początku filmu, pochodzą z będącej jego literackim pierwowzorem książki Jamesa Baldwina. Reżyser zabiera nas do Ameryki lat 70., czasów, w których czarni i biali mieli równe prawa jedynie na papierze. Aresztowania czarnoskórych za najdrobniejsze przewinienia czy przypisywanie im największych zbrodni i późniejsze niesprawiedliwe procesy sądowe były na porządku dziennym. Na własnej skórze przekonał się o tym bohater filmu, Alonzo (Stephan James), bezpodstawnie oskarżony o gwałt na pewnej Portorykance.

Opowieść toczy się w dwóch głównych płaszczyznach czasowych. Z jednej strony śledzimy losy radzących sobie z rozłąką młodych zakochanych – ciężarnej Tish (Kiki Layne), która walczy o uniewinnienie swojego mężczyzny Alonza (zwanego przez nią pieszczotliwie „Fonnym”), z drugiej zaś – poprzez retrospekcje – obserwujemy rodzące się między nimi uczucie. Jenkins subtelnie inscenizuje miłosne zbliżenia, skupiając uwagę na detalach – dotyku, spojrzeniach. Spowalnia akcję, wytwarzając atmosferę wyciszenia, kontemplacyjny nastrój. Podobnie jak w „Moonlight” nasyca kadry wyrazistymi kolorami, przepuszczając je przez żółty filtr, doskonale dopasowany do wyostrzonych barw zieleni i czerwieni. Płynąca kamera sunie pomiędzy bohaterami, zbliżając się do nich i oddalając, ukazując przy tym skąpane w słońcu plenery. Cały ten romantyczny nastrój dopełnia stylowa scenografia epoki oraz wysublimowana muzyka Nicholasa Britella.

Reżyser ma jednak większe aspiracje niż opowiedzenie historii miłosnej wpisanej w realia Stanów Zjednoczonych lat 70. „Gdyby ulica Beale umiała mówić” to również z jednej strony film in memoriam wszystkich, którzy cierpieli z powodu prześladowań na tle rasowym, z drugiej manifest, będący wyrazem niezgody na jakiekolwiek społeczne podziały, wynikające z aktualnej polityki w kraju. Niestety wszelkie kwestie związane z dyskryminacją prezentowane są w sposób mało subtelny. Jenkins ukazuje przemoc za pomocą czarno-białych fotografii, o których zza kadru opowiada główna bohaterka, często interpretująca i tak oczywiste wydarzenia. Sceny, które z założenia miały nieść ze sobą spory ładunek emocjonalny, wydają się mało wiarygodne, jakby napisane i wyreżyserowane od niechcenia. Bohaterowie wykrzykują swoje niezadowolenie, opowiadają o nieszczęściach, jakie ich spotkały, jednak wydaje się to wyłącznie pustymi hasłami włożonymi w ich usta, a nie uzasadnionymi fabularnie racjami ludzi z krwi i kości.

„Gdyby ulica Beale umiała mówić” ostatecznie stoi w rozkroku między kameralnym i powolnym romansem o ludziach spragnionych miłości spod znaku kina Kar Wai Wonga, a dość powierzchownym, zarysowanym grubą kreską komentarzem społecznym. Historia miłosna opowiedziana za pomocą kamery oraz muzyki wchłania nas do wykreowanego przez reżysera świata, pozwalając na chwilę zatopić się w opowieści – i z pewnością zostalibyśmy w niej na dłużej, gdyby tylko Jenkins chciał mówić nam nieco mniej.
„Gdyby ulica Beale umiała mówić” („If Beale Street Could Talk”). Scenariusz i reżyseria: Barry Jenkins. Obsada: Kiki Layne, Stephan James, Regina King, Colman Domingo. Produkcja: Stany Zjednoczone, 117 min.