Wydanie bieżące

1 marca 5 (365) / 2019

Mateusz Wojda,

ZŁOWROGI ZASTĘPCA (VICE)

A A A
Administracja prezydenta George’a W. Busha nie cieszy się dobrą opinią. Kojarzy się z idealistycznym moralizmem pod hasłami „osi zła” i „wojny z terrorem”, za którym kryje się klęska wojny w Iraku oraz łamanie praw człowieka. Nazwisko 43. Prezydenta USA trwa jeszcze w masowej pamięci, lecz nazwisko jego zastępcy znają tylko osoby zainteresowane polityką amerykańską. Ale to on, według Adama McKaya, reżysera oscarowego „Big Short”, jest bad guyem polityki Stanów Zjednoczonych, dążącym do skupienia w swoim ręku maksymalnej władzy. Kim jest Mefisto USA ery Busha?

Tytułowym vice’em jest Dick Cheney (Christian Bale), którego poznajemy jako robotnika pracującego przy konserwacji linii energetycznych. Jego żona, Lynne (Amy Adams), ma dość jego trybu życia, sprowadzającego się do mało ambitnej pracy, picia i bójek w barze, zwłaszcza, że na własne życzenie porzucił studia w Yale. Lynne grozi mężowi, że jeśli się nie zmieni, opuści go na zawsze. Młody Dick przeżywa przemianę dopiero po tym, jak zostaje aresztowany za jazdę pod wpływem alkoholu. Wraca na studia i po ich ukończeniu udaje się na staż do Kongresu, gdzie zostaje przybocznym republikańskiego reprezentanta Donalda Rumsfelda (Steve Carell), z którym nawiąże bliższą współpracę. Cheney mozolnie wspina się po drabinie kariery politycznej w trakcie prezydentur Nixona, Reagana i Busha seniora, aż otrzymuje od George’a W. Busha (Sam Rockwell) propozycję objęcia wiceprezydentury. Dick Cheney, widząc w tym szansę na powiększenie zakresu władzy (zwłaszcza że Bush junior nie wydaje się zbyt lotny umysłowo), zgadza się i po triumfie pary Bush-Cheney czeka na właściwy moment, w którym będzie mógł w pełni zrealizować swoją żądzę dominacji. Tym momentem są wydarzenia z 11 września 2001…

McKay pod względem narracji idzie drogą, która dała jego poprzedniemu filmowi deszcz nagród. Reżyser bierze całość w komediowy nawias. Opowieść poprzetykano gagami, sugerując widzom, że to, co oglądają, nie jest poważne. Zarazem traktuje ten film bardzo serio, ponieważ podobnie jak w „Big Short” satyryczna konwencja miesza się z serią faktów o sporym kalibrze, za które odpowiada według reżysera administracja Busha, a osobiście wiceprezydent Cheney – filmowy autor patologicznego systemu pozwalającego na zamianę USA w państwo policyjne, dopuszczającego się tortur wobec podejrzanych oraz kierującego się lukami prawnymi i interpretacjami usłużnych prawników w celu ograniczania swobód obywateli. Wisienką na torcie w akcie oskarżenia McKaya jest cyniczne wywołanie wojny w Iraku w celu zapewnienia zysków koncernowi Halliburton, którego Cheney był dyrektorem generalnym w latach 1993-2000. Przy okazji przyczynił się on do powstania Islamskiego Państwa w Iraku i Lewancie. Cheney jest niczym zły duch, diaboliczny podpalacz świata. Jakże znamienna wydaje się scena, w której polityk decyduje się współpracować z Rumsfeldem, nie wiedząc nawet, jakie ten reprezentuje poglądy. Gdy dowiedział się, że jest republikaninem, szybko się dostosował. Idee nie mają dla Cheneya znaczenia – liczy się tylko i wyłącznie władza. Mógłby równie dobrze być demokratą i stać przeciwko Bushowi ramię w ramię z Alem Gore’em. Fortuna, dla Machiavellego siła naczelna rządząca światem, wybrała jednak inaczej.

Pod względem aktorskim film jest rewelacyjny. Najczęściej wyróżniani przez krytyków oraz widzów są Amy Adams i Christian Bale jako małżeństwo Cheneyów. Faktycznie, razem tworzą bardzo zgraną parę. Bale, jak ma w zwyczaju, na potrzeby filmu przeszedł poważną metamorfozę (przytył 18 kg, wybielił rzęsy, ogolił głowę, a nawet podjął się specjalnych ćwiczeń w celu pogrubienia szyi). Widzimy, jak Cheney wraz z kolejnymi awansami tyje i siwieje, jakby władzę trzeba było okupić własnym zdrowiem. Adams jako żona Cheneya stoi w cieniu Bale’a, lecz sprawdza się w tej roli równie dobrze. Lynne wydaje się być dobrym duchem męża, prowadzącym go we właściwym dla nich kierunku, oczywiście, ku szczytom władzy. Najbardziej jasnym punktem obsady jest jednak Sam Rockwell jako George W. Bush. Aktor znakomicie zagrał mało rozgarniętego kowboja, chcącego zaimponować ojcu – prezydentowi. Równocześnie bardzo dokładnie powielił jego charakterystyczne cechy, takie jak bełkotliwy głos będący obiektem częstych żartów w nieprzychylnych G.W. Bushowi mediach. Wraz z pojawieniem się tej postaci na ekranie, nikt nie powinien się dziwić, że Cheney skorzystał z okazji i ubezwłasnowolnił prezydenta politycznie.

Największym problemem filmu jest paradoksalnie główny bohater, czyli Dick Cheney. Problem ten nie leży jednak w grze aktorskiej. Christian Bale w roli głównej wypada fenomenalnie – znakomicie wchodzi w buty złowrogiego, pełnego cynizmu polityka, dążącego do władzy dla samej władzy. Problemem jest sposób zaprezentowania wiceprezydenta Cheneya. Nie zabraniam McKayowi przedstawienia go jako gangstera zarządzającego państwem z tylnego siedzenia jak folwarkiem i kierującego się stalinowską zasadą „kadry decydują o wszystkim” w obstawianiu strategicznych elementów administracji Busha. Tworzenie postaci w założeniu demonicznej (słowo vice jest przedrostkiem oznaczającym zastępcę, ale i osobę niemoralną) ma jednak swoje konsekwencje. W efekcie Cheney według McKaya staje się postacią karykaturalną, niewiarygodną w swym makiawielizmie i co najważniejsze – nierealistyczną. Nie ma w sobie krzty uwodzicielskiego błysku, jaki posiada, dla przykładu, Frank Underwood z „House of Cards”. Cynizm Underwooda ma wdzięk i grację baletnicy, przez co jest bardziej szczery i akceptowalny dla widza. Cheney zaś ma finezję osiedlowego dresiarza machającego bejsbolem na prawo i lewo – ma nas odrzucać przez swoją płaskość i zanik jakichkolwiek wyższych uczuć. Pojawiają się jedynie ich przebłyski, jak w przypadku coming outu córki polityka, Mary (Alison Pill), kiedy pomimo swego południowego konserwatyzmu obyczajowego ojciec godzi się z orientacją ukochanego dziecka.

Ale to tylko jedna scena. Reszta filmu to jednowymiarowa prezentacja. Uwaga ta nie dotyczy wyłącznie Cheneya. Cała administracja Busha jest przedstawiona jako sfora przejaskrawionych cyników owijająca wokół palca kompletnego idiotę. Byłoby to jeszcze akceptowalne, gdyby McKay nie kazał bohaterom otwarcie delektować się owym cynizmem, na wypadek, gdyby widz zapomniał, kto tu wyciera twarz wartościami. Na dłuższa metę to zwyczajnie męczy.

„Vice” nie jest rzetelnym wejściem za kulisy władzy. Jest bardziej jej komiksowym wyobrażeniem niż odzwierciedleniem. Nie poznamy dzięki niemu również prawdziwego Dicka Cheneya, tylko mało wyrafinowaną, przesadzoną fantazję na jego temat. McKay wyreżyserował pamflet na Cheneya, George’a Busha i Partię Republikańską, która podniosła się po porażce prezydenckiej z Billem Clintonem. Świetny narracyjnie, z błyskotliwymi rolami, ale zarazem mało wyrafinowany pamflet. Nie potrafił pogodzić humorystycznej opowieści z poważnym przesłaniem, kryjącym się za oskarżeniami ekipy Busha. Co udało się w „Big Short”, nie udało się za kolejnym podejściem. McKay ma żywy dowód na to, że nie zawsze warto iść wytyczoną wcześniej ścieżką. A umiejętne dogryzanie przeciwnikom politycznym też jest sztuką, o wiele trudniejszą niż nakręcenie dobrego filmu.
„Vice”. Reżyseria i scenariusz: Adam McKay. Zdjęcia: Greig Fraser. Obsada: Christian Bale, Amy Adams, Sam Rockwell, Steve Carell, Alison Pill i in. Produkcja: Stany Zjednoczone 2018, 132 min.