Wydanie bieżące

1 marca 5 (365) / 2019

Sabina Strózik,

SENS SEKSU (MIECZYSŁAW DĄBROWSKI: 'TYLKO SEKS? ANTROPOLOGIA EROTYZMU OD SADE'A DO HOUELLEBECQA')

A A A
„Ujęcie moje jest, śmiem sądzić, nowe: istnieje wiele książek (…), które wzięły sobie za temat ludzką seksualność. (…) Pracy, która by w podobnym trybie i duchu co niniejsza, analizowała zjawisko metamorfozy seksualności zapisane w literaturze, nie ma” (s. 11) – konstatuje Mieczysław Dąbrowski we wstępie do tomu. Rzeczywiście, „Tylko seks? Antropologia erotyzmu od Sade’a do Houellebecqa” to nowatorska próba analitycznego zestawienia seksualnych tropów na przestrzeni lat i jako taką należy wysoko ją ocenić. Brak jest opracowań, które w taki sposób, wyłuszczając antropologiczne aspekty ludzkiej seksualności, kondensują nie tylko dotychczasowy stan badań, ale i w sposób konkretny, nie uciekając się w zbyteczne dygresje i meandry, przedstawiają cały wachlarz reprezentacji. Autor dokonuje wyboru subiektywnego, co od razu także zaznacza: „Lista możliwych lektur jest przecież niewyczerpana, ale nie o wszystkich warto pisać. Nie interesuje mnie tzw. konfekcja literacka” (s. 14).

Dzięki nakładowi pracy Dąbrowskiego powstał swoisty leksykon erotycznych przedstawień, opisanych w małych, wyodrębnionych jasno całostkach: „Na tę książkę składa się (…) kilkanaście esejów, które mają na celu ukazanie erotyzmu w literaturze” (s. 9). Wywód prowadzony jest przejrzyście, według z góry założonej struktury. Badacz wyodrębnia (także graficznie) kolejnych omawianych przez siebie autorów i po krótkim rysie biograficznym (choć zastrzeżenia budzą źródła wiedzy na temat ich życia; w jednym ze szkiców, autor podaje: „Wikipedia mówi, że…” [s. 108]), przechodzi do charakterystyki omawianego zjawiska, streszczając przywoływane dzieło i analizując zawarte w nim elementy dotyczące erotyzmu, czasami przywołując leksykalny rejestr, którym posługuje się twórca, dokonując mikroanaliz i syntez.

Momentami szkoda, że porządek tych reprezentacji zorganizowany został linearnie, od patrona publikacji wywołanego już w samym tytule – najstarszego Markiza, do francuskiego pisarza, który z defetyzmem opisuje nasz obecny świat. Oczywiście, autor dokonuje porównań, nawiązań, ale czasem czytelnik żałuje, że wektor tych rozmyślań nie jest miejscami inny. Często przy omawianych pozycjach Dąbrowski wraca do Houellebecqa (który widać w sposób największy wpłynął na autora i być może jest największym reprezentantem żyjącym dzisiaj i ostrzegającym przed przedmiotowym postrzeganiem seksualności), ale nie pokazuje, jak starsze realizacje wpłynęły na powieści autorów piszących później. Wydaje się, że takie zestawienie byłoby interesujące i że Dąbrowski na pewno miałby na ten temat wiele do napisania.

Jak zauważyłam, nawiązań tu najwięcej do Houellebecqa. Widać, że jest dla autora punktem odwoławczym. Pojawia się zarówno jako ktoś, kogo przywołuje się, by wskazać na podobną literacką dykcję, jak i jako ktoś, kto zgoła odmiennie podejmuje temat. Pokazuje to jasno, że trudno dziś mówić o erotyzmie w literaturze bez odwoływania się do tej twórczości, w jakiś sposób rewolucyjnej, redefiniującej i obok której nie można przejść obojętnie. Dąbrowski oddaje Houellebecqowi miejsce szczególne, uprawnione i pokazuje, dlaczego akurat ten pisarz powinien to miejsce zająć. Chyba można w pewnym sensie uznać, że książka ta przestawia proces, który przebyła literatura (i ogólnie – który przeszedł świat), by w końcu pojawił się ktoś taki, jak kontrowersyjny Francuz, wyrosły przecież na gruncie swych znakomitych poprzedników.

Z wielości omówień – zarówno dzieł polskich, jak i zagranicznych – z którymi nie sposób się nie zgodzić, muszę jednak podjąć temat fragmentu dotyczącego „Lolity” Vladimira Nabokova. Jest to dla mnie książka szczególnie bliska i czytam ją zupełnie inaczej niż Dąbrowski. Nie mogę zgodzić się z interpretacją, że to Lolita pierwszy raz uwodzi Humberta Humberta („Kiedy dochodzi do pierwszego aktu seksualnego między nim a Lolitą, z jej właściwie inicjatywy (…)” [s. 172]). Widzę w tej „inicjatywie” raczej rozpaczliwe szukanie bliskości tuż po tym, jak jej samozwańczy ojczym, uprowadziwszy dziewczynę, wyznaje, że jej matka nie żyje. Nie widzę też dowodów na tezę, że Humbert w istocie zdaje sobie sprawę z tego, że źle postępuje. W żadnym momencie nie możemy zapomnieć, że HH kreuje swoją opowieść jako mowę obrończą i jako taka ma usprawiedliwić i wybielić jego postępowanie. Kunsztowne zapewnienia o skrusze spełniają jedynie rolę retorycznego chwytu, zamazać granicę między ofiarą a katem, sprawić pozór świadomości wyrządzonego zła. W istocie jest to jedynie gra, która pod pozorem dostosowania się do społecznych norm i zakazów, szydzi z nich. HH uważa, że ma prawo kochać Lo i zachowywać się zgodnie z tym, co podszeptuje mu – upraszczając – serce. Nie ma tu miejsca na głos Lolity. Jej gesty, zachowania, reakcje, znamy jedynie z relacji oprawcy. Wszystko jest zapośredniczone, maksymalnie zamglone artystowskimi sublimacjami, które mają czytelnika uwieść tak, jak Humbert uwiódł naiwną i niedojrzałą Lo.

Już w pierwszych linijkach tekstu Humbert przyznaje się, że morderca (tego się nie wypiera) doskonale radzi sobie z gładką prozą („Jeśli chodzi o wyszukany styl prozy, to na mordercy zawsze można polegać” [Nabokov 1991: 9]). Według mnie, tylko raz, raz jeden, na samym końcu powieści, w głosie Humberta słychać żal, a raczej – bolesną świadomość, że wyrządził komuś krzywdę: „Czytelniku! Wszystko to, co słyszałem, było melodyjnymi głosami bawiących się dzieci, niczym więcej, a powietrze było tak krystaliczne, że w tych oparach zmieszanych głosów (…) można było czasem usłyszeć jakby wyrywający się spośród nich na wolność, prawie że artykułowany wybuch przenikliwego śmiechu (…). Stałem na moim wyniosłym zboczu przysłuchując się tej muzycznej wibracji, tym błyskom wyodrębniających się okrzyków na tle spokojnego pomruku i nagle uświadomiłem sobie dotkliwą beznadziejność nie na tym polegającą, że tu obok mnie brakuje Lolity, ale na tym, że jej głosu brakuje w dobiegającym chórze” (Nabokov 1991: 345). Co znaczące, zwraca się tu do czytelnika, to on jest sędzią, to on sądzi, więc to w niego (w nas!) wymierzone jest ostrze manipulacji. Nigdzie więcej śladów żalu nie znajduję. Owszem, Humbert przyznaje, że Lolitę wywiózł, że zamordował dramaturga – ale nie jest to wyznanie skruszonego przestępcy, tylko osoby, która peroruje, przekonuje i robi to tak skutecznie, że nie ma chyba czytelnika, który choćby na chwilę nie dał się zwieść tym przekonującym argumentom. Jak zauważa w swojej książce Katarzyna Przyłuska-Urbanowicz: „Pozostając pod urokiem narratora, czytelnik na własnej skórze przekonuje się, czym jest oczarowanie pięknem – i to pięknem moralnie dwuznacznym” (Przyłuska-Urbanowicz 2014: 137).

Rażą też u Dąbrowskiego momentami pomieszane rejestry. Książka, według deklaracji autora, ma być pozycją naukową, akademicką (o czym zresztą zaświadcza imponująca bibliografia i erudycja badacza), ale pojawia się w niej co jakiś czas zgrzyt, leksykalny kleks. Trudno bowiem nie zdziwić się, kiedy w zwartych wywodach na temat literackich i filozoficznych odniesień autor w familiarnym tonie pisze o „nowoczesnych smaczkach” (s. 95) czy „zalatywaniu filozofią końca XIX w.” (s. 105).

Nie zgadzam się tez z wyrażonym w przypisie sceptycyzmem co do używania feminatywów – „język polski nie wymaga stale takiego podkreślania, gdyż forma partner, opiekun, przodek, nauczyciel itp. mają sens ogólny i tylko feministyczne zacietrzewienie doszukuje się w nich znamion patriarchatu” (s. 62) – ale wynika to po prostu z różnicy światopoglądowej. Zajmuję się, tak jak autor, nauczaniem języka polskiego jako obcego, i przyznaję, że uczę studentów żeńskich form zawodów, choć nie dopatruję się u siebie „zacietrzewienia”, a jedynie uznaję, że formy te są potrzebne, a polskie słowotwórstwo umożliwia nam ich swobodne tworzenie. To, że brzmią dziwnie, jest winą jedynie tego, że wciąż zbyt rzadko ich używamy.

Niezaprzeczalną wartość książki stanowi to, że obok tekstów, chciałoby się rzec, kanonicznych autor podnosi kwestie seksualności w książkach mniej znanych, czy mniej może kojarzonych z erotyzmem. Eseje te są tym ciekawsze i nowatorskie. Momentami chciałoby się, by było ich więcej, choćby kosztem rezygnacji z omówień Henry’ego Millera czy D.H. Lawrence’a. Z drugiej strony, ich brak narażałby Dąbrowskiego zapewne na zarzuty zaniedbania wobec książek najbardziej reprezentatywnych. Pytanie tylko, czy analiza mniej oczywistych, choćby Iwaszkiewiczowych subtelności, nie wniosłaby więcej. Rozumiem jednak wybór autora, który takiej decyzji dokonał w pełni świadomie, nie chcąc podnosić problematyki tekstów, w których erotyzm nie jest wyrażany bezpośrednio (zob. s. 15).

Dość obszerny wstęp wyposaża czytelnika w niezbędne pojęcia, referuje myśli znaczących filozofów i ułatwia dalszą lekturę. W sposób skrótowy, ale rzetelny i wielostronny, Dąbrowski przedstawia najważniejsze teorie dotyczące seksualności, a także rozróżnia ją od erotyzmu i miłości. Jeśli dla kogoś to temat nowy, nieznany, ale ma ochotę podjąć wyzwanie i trud – jest to zdecydowanie książka dla niego. Krótkie omówienie Georges’a Bataille’a przygotuje i ułatwi dalsze lektury, a także umożliwi lepsze zrozumienie poruszanej w dalszej części problematyki książki „Historia oka”. Podpowie też dalsze lektury, spoza tych kojarzących się jednoznacznie. Rozjaśni prozę Houellebecqa i umożliwi odczytanie jej nie tylko jako krańcowo pesymistycznej wizji rozkładu kultury europejskiej (rzadko francuski pisarz pojawia się określany innym zestawem słów), ale także jako swoistego wołania o rozwagę, głos rozsądku, ostrzeżenia i napomnienia.

Jeśli więc chcecie się dowiedzieć czegoś o seksie w literaturze, ale dotąd baliście się zapytać – Dąbrowski odpowie na wasze przemilczane pytania.

LITERATURA:

Nabokov V.: „Lolita”. Przeł. R. Stiller. Warszawa 1991.

Przyłuska-Urbanowicz K.: „Pupilla. Metamorfozy figury drapieżnej dziewczynki w wyobraźni symbolicznej XX wieku”. Gdańsk 2014.
Mieczysław Dąbrowski: „Tylko seks? Antropologia erotyzmu od Sade’a do Houellebecqa”. Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego. Warszawa 2018.