Wydanie bieżące

1 marca 5 (365) / 2019

Maciej Mazur,

HELP! HELP! (FRANCOIS-MARIE BANIER: 'CZAS PRZESZŁY')

A A A
Tekst z cyklu: Zapomniane, (nie)odkryte
Od razu rzuca się w oczy jaskrawożółta okładka niewielkiej książeczki „Czas przeszły” napisanej na początku lat 70. we Francji przez młodego wówczas pisarza, dziś przede wszystkim znakomitego fotografa: Françoisa-Marie Baniera. Ilustracja Mieczysława Wasilewskiego jest graficzną interpretacją tej powieści: to migawka z przeszłości, obrazek sklejony ze strzępków wspomnień; niewyraźny, zamazany świat widziany jak przez okno z moskitierą – podziurawiony, jakby ktoś systematycznie nakłuwał go szpilką; rzeczywistość miniona, gdzie słońce rzuca cień, a cień w swym niedoskonałym rozmazuje daje światło. Obejmująca się para wpatrzona w zachód lub wschód słońca wydaje się brodzić w morzu, stapiającym się z niebem. Ciekawa grafika powielona na kiepskim papierze masowej serii Koliber zyskuje status kiczu: może to odpychać, ale kiedy przeczyta się ledwie kilka pierwszych zdań powieści, wszystko, co wcześniej wydawało się przejaskrawione – teraz można uznać za nową jakość. „Robiło się już ciemno. Ściany były koloru sepii; gdy podano herbatę, zabrano się do piernika; zapalono lampy z pergaminowymi abażurami i wszystko wydało się jeszcze bardziej żółte. Puste. Smutne. Na dworze ciągle padało” (s. 20). Nadmorska ulewa (to, co na zewnątrz), zlewa się z tym, co wewnątrz – co puste i smutne, co żółte; grafika Wasilewskiego ujawnia tę zagadkową i metaforyczną relację przenikania się podstawowych opozycji „Czasu przeszłego”: bezkresna przestrzeń widziana jest jakby zza przesłony, zza owego pergaminowego abażuru, który reprezentuje cieplarnianą atmosferę domu, w której żyje główna bohaterka – Cecylia.

Gdybym tym razem przyjął zasadę niezdradzania czytelnikowi zbyt dużej części fabuły tej książki – fabuły, która, jak u Prousta, ma znaczenie poboczne, gdzie wydarzenia, zwykle opisywane w literaturze przez kilka stron, osiągają rozmiar powieści i liczy się może bardziej sama analiza ciągnąca się w nieskończoność czy sam sposób prowadzenia narracji – zapewne musiałbym w tym miejscu postawić kropkę i już całkiem zamilknąć, zupełnie jak bohaterowie „Czasu przeszłego”, albo nawet sam autor, który zdaje się pisać ciszą. Nie mogę tego jednak uczynić, bo jestem pewien, że mój tekst, mimo że wiele zdradza, nie oddaje w najmniejszej nawet mierze tego, co u Baniera wypada docenić najbardziej: sposobu prowadzenia analizy, zduszonego języka zapętlonych zdań, dzięki którym ten nienowy w literaturze temat, opracowywany po wielokroć, tu, z wykorzystaniem najcenniejszych odkryć literatury francuskiej, wcale nie wybrzmiewa jako wytarty. Dlatego właśnie pozwalam sobie pisać dalej, ufając, że mój komentarz, streszczający fabułę powieści, choć jest bardziej posłowiem niż wstępem, podobnie jak one nie będzie zdolny zastąpić lektury – której rozkosz – jak się zdaje – w tym przypadku raczej nie polega na śledzeniu z przejęciem biegu wydarzeń.

*

Ta krótka książeczka Baniera to doskonałe studium psychologiczne. Zaczyna się w domu, w szarym pokoju, który służy za maszynę do przypominania i gdzie zaproszeni goście oczekują, aż zostanie podany poczęstunek, by zaraz po tym pospiesznie zebrać się i pójść do teatru. Zostaje tylko Cecylia Lasserre: „Franciszek podchodzi do pani Lasserre. Podaje jej ramię. A ona całuje Cecylię. Franciszek całuje Cecylię, wszyscy całują Cecylię” (s. 12). Młodą dziewczynę poznajemy jako będącą na skraju załamania nerwowego, jest w ciężkiej żałobie. Kilkanaście miesięcy temu straciła brata, który według powszechnej opinii utonął w morzu.

Oliwier i Cecylia byli rodzeństwem: „dorastali oboje w tym samym czasie. Nią kierował rozsądek, nim uczucia. Wszystkiego nauczyli się wzajemnie od siebie i pierwsze kroki mieli już dawno za sobą. Rozmawiali całymi nocami, niczego nie ukrywali przed sobą. Mieli te same wspomnienia, taką samą historię” (s. 13). Na kilku stronach uporczywie powraca krótkie zdanie: „Cecylia kochała brata” (s. 13). Rodzeństwo wraz z matką wyjechało nad morze. W wyniku pewnych komplikacji pani Lasserre musiała wrócić do męża. Nudziło jej się. Była zazdrosna. Cecylia została więc z Oliwierem w nadmorskim domu wynajętym od Belgów. W przeciwieństwie do matki mieli co robić. Istotnie „Cecylia kochała brata” – Oliwiera, niezdecydowanego, lichego chłopca o duszy romantyka. Ich pierwszy pocałunek nie sprawił, że poczuli się zażenowani. Nie musieli się wstydzić – oddzieleni byli od całego świata ścianą deszczu. To Cecylia prowokowała, to ona dotykała biernego ciała milczącego brata. „Cecylia i Oliwier kochają się. Są sami, sami w całej Bretanii. Tylko morze im towarzyszy, fala, która przypływa i cofa się, która trawi tysiące małych ziaren piasku, piasek ma taki sam kolor jak ich skóra. Kochają się. Nikt i nic im nie przeszkadza. Tam w dole dyszy przypływ morza. Kochają się” (s. 25). Postanawiają zamknąć się w domu, nigdzie nie wychodzą. Kontynuują swe pieszczoty, przeplatając je dziecinnymi zabawami, gonią się, tarzają po dywanie, śmieją się dopóty, dopóki Oliwer nie zacznie odczuwać dojmującego i niedającego się stłamsić uczucia rozpaczy. Nie może sobie znaleźć miejsca. Cecylia ma ochotę wyjść z domu. Dopiero teraz dotyk zaczyna nabierać większego znaczenia. W tym brudnym mieszkaniu zniszczonym zabawą ich cielesność staje się dokuczliwa – ich zamknięcie przestaje być możliwe. Cecylia wychodzi. Udaje się do Grand Hotelu, a kiedy wraca, nie zastaje brata…

Ten kazirodczy związek, gdyby oceniać go bardzo pośpiesznie i zignorować wiele sygnałów, byłby ukoronowaniem ich relacji. Przykrym zwieńczeniem, które nie może trwać, które nie ma kontynuacji i dlatego musi skończyć się tragicznie, ponieważ nie sposób „wyjść z domu” i przyznać się do tego związku, bo można tylko udawać. Oliwier, zdając sobie z tego sprawę, postanawia przerwać lub może lepiej: zawiesić tę chwilę, przypieczętować i uwiecznić, jak na pocztówce znad morza. Nie zdradzając siostry, oferuje jej nowe życie: jego samobójstwo ocala ich przed przykrymi konsekwencjami i, by tak rzec, zostawia ich uczucie w najczystszej postaci. Zapewne można byłoby się zgodzić z taką interpretacją, wyjąwszy sformułowanie, w którym pojawia się fraza: „ukoronowanie ich relacji”. W żadnym razie seks tym nie jest i być nie może. Siostra i brat byli ze sobą najbliżej w dzieciństwie, kiedy „mówili sobie wszystko”, kiedy tworzyli wspólny front wobec ojca i matki. Wraz z czasem to splątanie musiało się poluzować. Siostra, będąca już niemalże dorosłą kobietą, jest zazdrosna o brata: „Odjazd matki zasmucił Oliwiera, ale Cecylia odczuwała ulgę. Wieczorem dzieci państwa Lassera ostro posprzeczały się w jadalni. «Jest nam o wiele lepiej bez niej» – powiedziała Cecylia. Oliwer milczał. Cecylia atakowała i wyciągała wnioski. «Jesteś zakochany w swojej matce»” (s. 17). Owa zazdrość Cecylii, a także bierność Oliwera, ujawniają, że w relacji między siostrą a bratem pojawia się pęknięcie, przyszli kochankowie są niepewni siebie, po raz pierwszy niepewni swojej relacji. Wkradać się zaczyna niepokój, który destabilizuje ich dotychczasowy związek, prowokując, szczególnie Cecylię, do działania. By zamazać ten defekt, wypełnić pustkę, której wcześniej nie było, albo inaczej: która staje się obecnie coraz bardziej uporczywa, to Oliwier zadaje pierwsze pytanie: „A ty dlaczego ze mną wracasz?” (s. 20) – które ma w istocie inny przekaz – „dlaczego wybrałaś MNIE”. Po czym dostaje odpowiedź od siostry, odpowiedź zupełnie bez treści: „Bo jesteś najpiękniejszy” (s. 20). Mówi to, bo nie może nic powiedzieć, bo nie może nie odpowiedzieć – używa słów z bajek i baśni wyniesionych z jej szczelnie zamkniętego świata, jakby niedawno odstawiono ją od piersi. Oliwer także nie potrafi odpowiedzieć – słowa nie działają. Cecylia całuje brata.

Zbliżenie erotyczne ma zasypać coraz większą przepaść, która się pomiędzy nimi wytwarza: wiedzą, że czas dzieciństwa się kończy, a ten ich wyjazd to ostatnia być może okazja na to, by pobyć ze sobą tak blisko. Cecylia i Oliwer po tej pierwszej nocy, kiedy towarzyszył im szum morza, nie tylko nie czują się bardziej zespoleni, Oliwer zdaje się przeczuwać, do jakiego stopnia ten akt był rozpaczliwy, i że owo wymykanie się sobie zaczęło jeszcze przyspieszać. To, co pękało, zostało już ostatecznie rozerwane. „Oliwer uświadomił sobie samego siebie poprzez Cecylię” (s. 34) – poznanie rozdarło ich błogą, dziecięcą bliskość, brat wie, że musi oderwać się od siostry. Oliwer przestaje mówić – wyjękuje tylko tę prawdę. Nie przytłacza go najbardziej perspektywa, że życie, jakie musieliby wieść razem, albo byłoby niemożliwe, albo bardzo trudne, że wiązałoby się z wyjazdem, opuszczeniem domu i innymi trudami, ale że ich niewinna relacja nigdy nie wróci już do tego, czym niegdyś była, na zawsze pozostanie już zamknięta i niedostępna – w czasie przeszłym. To nie lęk przed tym, co będzie, a lęk, że nie ma powrotu do tego, co było, powoduje, że Oliwer postanawia odebrać sobie życie.

Wyjść z domu

Powieść skrywa ledwie widoczną opozycję pomiędzy tym, co wewnątrz domu, a tym, co na zewnątrz, która uzyskuje wymiar ontologiczny. „Wewnątrz” – reprezentuje to, co minęło: wspomnienia, emocje. „Na zewnątrz” – to opinia społeczna, to, co będzie – przyszłość. Dom nie stoi więc tutaj po stronie życia, a po stronie wspomnienia, tego, co prze-minęło, co się już prze-żyło. Dom to machina do przypominania, w każdym kącie, niczym jakieś insekty, zdążyła się zalęgnąć żałoba: rzeczy oplątane są pajęczyną wspomnień związanych z tym, kogo już nie ma. Natomiast nadmorski pensjonat w Belgii, „spustoszony przez młodzieńczą ruję”, to miejsce, z którego zaskakująca jeszcze swym pragmatyzmem, tryskająca życiem Cecylia chce się wydostać, mówiąc do brata: wyjdźmy stąd, pokażmy się; ten zaś tego nie robi – zajmuje się tylko tym, co było, a do czego już nie można wrócić; przyszłość jest niemożliwa.

Po śmierci brata to Cecylia „zostaje w domu”. Jedynie pojawienie się Franciszka sprawia, że ma ochotę opuścić swoje schronienie, nie robi tego, jak mogłoby się zdawać – gdyż ma nadzieję na „nową, lepszą przyszłość” – ale przez wzgląd na sentyment. Franciszek przypomina jej brata, zresztą wie on o tym dobrze i nie omieszka grać na tym podobieństwie. To człowiek celu, dla którego „teraz” istnieje o tyle, o ile jest umotywowane przez „potem”. Franciszek zapomniał o swojej przeszłości: „Nie mam nikogo. Nic mi nie pozostało. Nie mam prawdziwych wspomnień. Zgubiłem nawet złoty zegarek ofiarowany mi przez matkę” (s. 45) – z trudną biografią – nudny reprezentant świata „z zewnątrz” jest lustrzanym odbiciem Oliwiera – Oliwierem na opak. Nic dziwnego, że to w nim potem zakochuje się Cecylia. On jednak zapytuje: „czy ja w ogóle jestem zdolny do kochania?” (s. 78) i odpowiada w tym samym miejscu: „Zbyt lękam się życia, by kochać kogoś więcej niż samego siebie. A żyć sam nie potrafię”. Miłość u Baniera związana jest z tym, co „teraz” – z gotowością do natychmiastowego działania. Na czym więc polega różnica pomiędzy Oliwierem a Franciszkiem? Oliwier nie może już żyć i tonie w Shelleyowskim „Oceanie Czasu”, który jest jednocześnie „wodami otchłani nieszczęścia” (cyt. za: Sławek, s. 68). Jeszcze poprzedniej nocy próbował wykrzyczeć swą rozpacz – nie było adresata jego jękliwego wołania, teraz rozpaczliwie tonie: „Nagle wybuchnął dzikim śmiechem, zaczął biec i krzyczeć. Jakieś niezrozumiałe słowa. Jakiś czas płynął, wydawało mu się, że walczy. Nagle poddał się, fala go zalała, przykryła i pochłonęła. Pojawił się jeszcze raz, dwa, trzy razy, jakby zmienił zdanie. (…) Morze podstępnie go ukradło” (s. 38-39). Kluczem jest tu słowo: jakby. Jakby zmienił zdanie – jakby próbował się jeszcze wynurzyć z owej nędzy, otchłani. Okrutny moment zawieszenia. W bezzwrotnym komunikacie tonący śmieje się w twarz falom, które rzucają nim jak marionetką; ciało jakby walczące – jakby ostatnie drgawki instynktu próbowały sprzeciwić się woli, pragnieniu nicości. Oliwer wkracza do morza, śmiejąc się jak szaleniec – ale to nie śmiech szaleńca, podobnie śmiać się będzie za jakiś czas Cecylia: „podnosiła głowę, oddychała głośniej, śmiała się. Śmiała się bez powodu, żeby tylko siebie usłyszeć, przesadnie, żeby czuć się silną. Szła ze zdecydowaną miną, autorytatywną, jakby chciała lepiej zawładnąć sobą” (s. 42) – ów śmiech tylko łudzi, że można odnaleźć dawnego siebie, dokopać się do tych nienaruszonych pokładów bycia – odzyskać minione. Nie można. Nie sposób. Można tylko dodać sobie pewności, by, jak Oliwier, który już wie, co stracił, rozegrać swój osobisty bój z morzem, które „trawi tysiące małych ziarenek piasku”, „[ piasku, który – M.M.] ma taki sam kolor jak ich skóra”.

Czym więc różni się Oliwier od Franciszka? Oliwer, ze względu na przeszłość, nie może już dalej żyć, Franciszek, poświęcając się jedynie przyszłości – nigdy nie kochając we właściwym sensie tego słowa – wcale nie żyje.

Smutna egzystencja Cecylii to oscylowanie pomiędzy zewnętrzem a wnętrzem. Ona zostaje w tym miejscu, w którym, wróciwszy z Grand Hotelu, zdecydowała, że uchwyci gałkę od drzwi wejściowych, by, otwierając je na oścież, spostrzec, że Oliwiera nie ma już w domu. Do pewnego momentu panna Lasserre to postać, która – by tak rzec – stoi na progu.

Cecylia jest klasycznym przykładem podmiotu depresyjnego (postać niemalże skrojona na miarę dzieła teoretycznego Julii Kristevej – „Czarne słońce…”. Banier był dobrym kolegą Barthes’a, znacznie zresztą od niego młodszym, niewątpliwie znał się także z Kristevą), odrzuca negację, a tym samym pracę żałoby. Zamyka się na realnym przedmiocie swej utraty (Rzeczy), który zostaje z nią okrutnie zespolony. Ostateczną konsekwencją, która widoczna będzie dopiero po tym, kiedy okaże się, że fantazmatyczny obraz, jaki projektowała na Franciszka – odzyskując w nim przynajmniej część Oliwiera – uległ rozbiciu, będzie powrót z potężną siłą owego traumatycznego doświadczenia śmierci ukochanego brata. W ostatnim etapie depresji Rzecz zostaje zamurowana w tzw. krypcie (Kristeva, s. 58-59): oznacza to, że Cecylia nie może się już skomunikować ze światem (utrata warstwy symbolicznej), nie ma już języka, którym mogłaby opisać swoją sytuację, nie może się wysłowić – jęczy więc i krzyczy, bełkocze w swym dziecięcym pokoju, odgrodzona od całego świata najpotężniejszą barierą zaniku symbolicznego. Ten szczególny moment zwraca uwagę na problem języka tej powieści. Bohaterowie niemalże nie mówią, narrator rzadko buduje zdania złożone. Pamiętamy owo: „bo jesteś najpiękniejszy” – które wyrzeka Cecylia Oliwerowi – dominuje tu wypożyczony język zaklęć, który z kolei jest przeciwstawiony bełkotliwej, własnej mowie – krzyków i jęków. Jedna jedyna dłuższa wypowiedź bohatera poza pierwszym rozdziałem to w wykonaniu Franciszka – zapełnianie niezręcznej ciszy – zagadywanie rzeczywistości. Arcydzielny fragment prawdziwej prozy poetyckiej w wykonaniu Baniera zwraca uwagę, że słowo to więzienie, że słowa kaleczą; Oliwer, wypowiadający, jak się zdaje, dwie, trzy kwestie w całej tej powieści, monologuje w tle: „mówił aż do południa. Ostatni monolog. Monolog rozpaczy. Gwałtowne wizje. Dzieciństwo. Samotność, prawda, wiek, rodzina, godzina, minuty, sekundy, śmierć. Cecylia mogła tylko słuchać. Czasami odpowiadała, by dodać sobie samej pewności, ale Oliwier nie słuchał. Jego spojrzenie było puste, gładził materac. Tam i z powrotem, ruch jego paznokci po płótnie. Prążki materaca jak kraty więzienia, więzienia ze słów, które sam budował swym ochrypłym głosem. Ten głos oślepły, który obdzierał ją ze skóry, ten głos oślepły i głuchy, który ją kaleczył. Jak w litanii powtarzał swe niepokoje. Musiał. O czym właściwie mówił?” (s. 36).

Jeśli słowa kaleczą, trzeba zamilknąć i nie można bez końca zagadywać tego, co istotne; słowami dotyka się istoty, cóż zrobić, kiedy człowiek boi się ją zranić; jedyną skuteczną ucieczką, ucieczką w milczenie – jest śmierć. Oto kryzys języka.

Progową egzystencję Cecylii można więc określić jako dogorywanie. W końcowych rozdziałach powieści dopełniają się wszystkie znaczenia związane z systemem opozycji: wewnątrz (przeszłość) – na zewnątrz (przyszłość). Biedna dziewczyna potrzebuje pomocy. Próżno mieć nadzieję, że ją dostanie. Ukryta przed światem, wiedzie żywot dziwadła zamkniętego w wieży mieszczańskiego domu. W ostatniej scenie żołnierzyki Oliwera, artefakty pamięci, należące do tego, co minione, ożywają w szaleńczym wyobrażeniu Cecylii, granice pomiędzy tym, co było, jest i będzie – zostają zmazane – czas zostaje zniesiony, Cecylię pochłania to samo bezkresne morze, co Oliwiera. „Ta śmierć… ta śmierć niepotrzebna… utrwaliła ich przygodę, zmieniła zabawę w tragedię. Ta śmierć sprawiła, że dalsze życie Cecylii stało się tylko przedłużeniem ich błędu” (s. 85). Chyba daremne jest więc oczekiwanie, że ktoś chwyci wyciągniętą rękę Cecylii. Jej matka śpi, gdy ona wrzeszczy, jej matka patrzy na stare zdjęcia szczęśliwej rodziny.

Literatura:

Kristeva J.: „Czarne słońce: depresja i melancholia”. Przeł. M. P. Markowski, R. Ryziński. Kraków 2007.

Sławek T.: „U-bywać. Człowiek, świat, przyjaźń w twórczości Wiliama Blake’a”. Katowice 2001.

François-Marie Banier: „Czas przeszły”. Przeł. Danuta Knysz-Rudzka. Warszawa 1978.