Wydanie bieżące

1 marca 5 (365) / 2019

Magdalena Piotrowska-Grot,

'BANG BANG, MY BABY SHOT ME DOWN' (MARTA PODGÓRNIK 'MORDERCZE BALLADY')

A A A
Nowa, nie licząc tomów zbiorowych, ósma już książka poetycka Marty Podgórnik, jest niewielkim zbiorem wierszy, na który przyszło nam długo czekać. Autorka nadal jest w niej sobą. Od czasów, kiedy pisała o niej Anna Kałuża, nie zmieniła się właściwie (przynajmniej nie znacząco) kreacja podmiotu lirycznego tych wierszy – „To łatwo rozpoznawalna figura kogoś, kto szybko racjonalizuje swoje klęski, przypatruje się im z niekłamaną pasją i masochistycznie rozciąga je w czasie, pozostając jednocześnie w kontrze do dwóch wzorów kultury, które wydają się w odniesieniu do przygód podmiotu najbardziej aktywne, czyli do patriarchatu i feminizmu” (Kałuża 2010: 129). Kreacja poetyckiego bohatera czy bohaterki przywołuje na myśl poprzednie wiersze Podgórnik: to odsłaniające się głównie monologach, silne, samostanowiącego o sobie postaci, nieco zawiedzione, rozczarowane życiem, nieraz, w sposób wręcz dla czytelnika nieznośny, użalające się nad własnym losem postaci: „Mamusiu, powiedz bratu, by nie szedł drogą mą / By się nie stawiał światu, bo kiedy gruchnie gong / Na Śląsku stoi taki dom, co go wariackim zwą / Więc bilet mu na pociąg wręcz i walizeczkę mą” („Dom Wschodzącego Słońca”, s. 7)

Łatwo wyłapiemy znajome frazy i obrazy, rozpoznamy stałe konstrukcje retoryczne. Zasadniczo od tomów „Paradiso” czy „Długi maj” odróżnia tę książkę nieco odmienne, nadal ironiczne, poczucie humoru, a przede wszystkim swoisty balladowy koncept. Autorka, która w wywiadzie przeprowadzonym przez Artura Bursztę zaznacza, że w każdym ważnym momencie jej życia towarzyszyła jej muzyka, wciąga czytelnika w ciekawą grę. Można bowiem czytać ten tom jak muzyczną zagadkę, poszukując piosenek, których trawestacje umieściła Podgórnik w poszczególnych wierszach. Będą wśród ich oczywiste nawiązania – Nancy Sinatra, The Animals, wskazane w tytule tekstu, ale także takie, które wymagają znajomości oryginalnego tekstu (Bob Dylan), czy wręcz muzyki klasycznej („Podróż zimowa”, zarówno Schuberta, jak i wiersze Stanisława Barańczaka inspirowane tym cyklem).

„Mordercze ballady” to oferta, Podgórnik oferuje czytelnikowi kilka sposobów czytania, kilka przeplatających się stylistyk i stylizacji, grę z tradycją. Czytelnik może z nich zabrać tyle, ile potrzebuje. Nie spotka się tutaj z mentorskim tonem, powagą politycznych dywagacji, misją kultury i sztuki, choć jeżeli zechce, znajdzie w wierszach Podgórnik i takie kwestie, choć są one zawoalowane i nie stają się dla omawianej książki elementem dystynktywnym.

Owo poczucie humoru, o którym wspominałam wcześniej, dookreślić musimy jako humor raczej czarny: niełatwe, mroczne, moralnie niejednoznaczne zdarzenia, odgrywane role i wybory poetka rozbija, obnaża jako sztuczny twór kulturowy przy pomocy konwencji lekkiej piosenki. Efekt swoistej makabreski, a także sam tytuł tomu, przywodzą na myśl (choć zbieżność czasowa ukazania się obu dzieł jest zdecydowanie przypadkowa) film „The Ballad of Buster Scruggs”. Autorzy obu zbiorów – wierszy i krótkich historii filmowych – balansują na granicy pomiędzy lekkością stylu a krwawymi obrazami. Choć rezultat jest ciekawy, to warto jednak zadać sobie pytanie, czy nie jest to tylko efektowny zabieg stylistyczny, czy taki wybór coś znaczy? Przede wszystkim trzeba odpowiedzieć sobie, czy w poezji, która już dawno dookreśliła się jako postekspresyjna, chodzi o efekt, czy raczej afekt, na czym Podgórnik chce skupić uwagę czytelnika. Tym, którzy, niczym zawzięci hermeneuci, zechcą przeczytać nowy tom „Martusi” w poszukiwaniu spójności obrazowania i sensu, semantycznej pełni i odpowiedzi, stanowczo odradzam lekturę. Polecam ją natomiast poszukiwaczom przyciągającej i nieoczywistej estetyki.

Pozornie wydaje się, że na pierwszy plan wysuwa się w tych tekstach połączenie życia, miłości i śmierci. Swoisty cykl życia – kolejni kochankowie, odrzucenie, dalsze trwanie, „pójście w życie” z „wielkim haustem wziętym w usta na zapas” (jak w wierszu „Stan spoczynku”, s. 17). Jednak to, czemu Podgórnik próbuje przede wszystkim zadać śmiertelne pchnięcia, to język – bo czasem słowo lepiej w końcu zastąpić ciszą; i kultura – utarte schematy, więzienie form, także tych społecznie narzucanych, wieczne patrzenie na siebie czyimiś oczami. Najciekawiej odzwierciadlają ten stan dwa teksty tomu, moim zdaniem najbardziej udane, najszczersze, choć nieoczywiste i niebezpośrednie: „Jeżeli” oraz „Alicja i jej króliki”, który należałoby właściwie zaklasyfikować jako poemat. W tym ostatnim obnażony zostaje proces pisania. Pisania listu – najbardziej bolesnego, bo intymnego, ale kryje się za nim cały szereg innych tekstów, z którymi musimy zmagać się niemal codziennie – wyznanie, zeznanie, rozmowa, rozliczenie, sprawozdanie, zakończenie. Owo pisanie staje się otwieraniem ciała, przymusem, przyzwoleniem, z braku wyjścia, na ingerencję Innego, jego wtargnięcie w świat i ciało autora. Ta nieco surrealistyczna narracja osadzona na styku pomiędzy listem miłosnym a listem samobójczym, tekst wspomnieniowy, konfesyjny, pełen prawdy, nieprawdy i półprawdy, to niemal mistrzostwo (auto)kreacji, w której czytelnik znaleźć może wartką akcję, miłość, śmierć, codzienność i wyjątkowość i cały szereg niemal bełkotliwych niedopowiedzeń, które każdy uzupełni po swojemu. Nie da się ukryć, że jest to świat podobny temu, jaki spotykamy w słabych serialach, nad którymi i tak rzewnie płacze bohaterka wiersza otwierającego tom. Niby nie jest to twórczość najwyższych lotów, a jednak trudno się od niej oderwać. Zdaje się, że właśnie tak jest z najnowszym tomem Podgórnik. Jest coś rozczarowującego w poszczególnych tekstach – brak poetyckiej ewolucji, znajome elementy, ten sam, użalający się nieco nad sobą podmiot, trochę mniej seksualności, nieco więcej przykrych emocji, jeszcze trudniejsza do przełknięcia, bo rozrzewniająca, porażka miłości. Na czym więc polega tajemnica tomu, który jednak mamy ochotę przeczytać do końca? Na pewnej specyficznej sceniczności tych wierszy, na sztuce storytellingu, którą Podgórnik już dawno dobrze opanowała, na językowej sprawności, której nie można jej odmówić: „Człowiek żyjący przeszłością okrada dzień dzisiejszy. / A gdy ją ignoruje, traci cudzą przyszłość. / Pociągi wciąż spóźnione, bagaż zawsze lżejszy, / Korekty już złożone, bokiem, ale wyszło. // Szydełko z portmonetki, maziczek z piórniczka. / Zdrobnienia, zestaw igieł do naprawy spodium, / Manierka z naleweczką z lewego źródłeczka / I rozkładane schodki, żeby wleźć na podium” („Zdrobnienia”, s. 10). Jest jeszcze jedno, co zawsze ocali tę poezję, mianowicie swoista samoświadomość autorki i ironiczny dystans nie tylko do siebie, ale także do poezji, która nie pretenduje, na szczęście, do miana wielkiego dzieła, zmieniającego rzeczywistość. Miejmy przy tym nadzieję, że nie jest to jedynie poza.

Przed ostatecznym zakończeniem lektury warto przyjrzeć się, świetnemu moim zdaniem, nieraz z rozczarowaniem stwierdzić musiałam, że najlepszemu w całej książce, tytułowi (zapożyczonemu od Nicka Cave’a). Czym bowiem są „Mordercze ballady” i kogo lub co mają uśmiercić? Można pomyśleć, że balladową tradycję. Kiedy polski czytelnik spotyka się z tekstem dookreślonym mianem ballady, spotkanie to uruchamia w nim bowiem cały szereg utartych, sztampowych, nieraz błędnych skojarzeń ograniczonych do kilku ballad romantycznych. Niemal wszyscy znamy szkolną definicję gatunku, prawie tyle samo osób zapomina, czym miały być, klasyczne dziś, teksty podobne mickiewiczowskiej „Świteziance”. A miały wnieść, jak pisze Ireneusz Opacki, „bardzo wiele nowości do poezji polskiej w okresie przełomu romantycznego, nowości manifestacyjnie romantycznych – i manifestacyjnie opozycyjnych wobec dziedzictwa klasycystycznego” (I. Opacki 1995: 19). Choć Podgórnik za inspirację do swoich ballad raczej przyjęła ballady rockowe, to nie sposób nie dostrzec w nich pewnego rysu tych romantycznych, przełamujących bariery tekstów, które czucie stawiały ponad racjonalizm i praktyczny wymiar życia, sięgały po folklor, opowiadały niezwykłe historie zwykłych ludzi. Nie jest to więc mord na tradycji, nie wykrwawia się także literatury jako takiej, choć autor wychodzi z tego doświadczenia dość „umordowany”. Zdaje się, iż w ogóle nie chodzi w tym przypadku o konkretne ofiary mordu, ale ciągłość procesu. O mordowanie się i morderczy trud codzienności, o śmiertelne rany, z których człowiek się wykuruje lub nie, o zwyczajne zwycięstwa i porażki, o stawianie czoła życiu. Wszystko to z ironicznym uśmiechem, uszczypliwym komentarzem i nieco kojącym dystansem.

Literatura:

A. Kałuża: „Bumerang. Szkice o polskiej poezji przełomu XX i XXI wieku”. Wrocław 2010.

I. Opacki: „»W środku niebokręga«. Poezja romantycznych przełomów”. Katowice 1995.
Marta Podgórnik: „Mordercze ballady”. Biuro Literackie. Stronie Śląskie 2018.