Wydanie bieżące

15 marca 6 (366) / 2019

Anna Katarzyna Dycha,

WIELKA PODRÓŻ MAŁEJ OFELII ('TEATR CIENI OFELII', REŻ. KATA CSATO)

A A A
Poznajcie pannę Ofelię. To malutka osóbka o wielkim sercu, otwartym na wszystkich tych, którzy potrzebują przyjaciół. Zamieszkała w maleńkim mieszkaniu na strychu z niezwykłymi współlokatorami. Stworzyła swój własny świat, który może być cudowną odskocznią od współczesnego zabiegania. Spektakl „Teatr cieni Ofelii” Białostockiego Teatru Lalek to historia o miłości, ale też o samotności i odchodzeniu.

Słowo ma moc

Autorką sztuki jest Marta Guśniowska – dramaturg Białostockiego Teatru Lalek. To właśnie jej zawdzięczamy inteligentny i subtelny żart, który pojawia się w „Teatrze cieni Ofelii”. Tekst powstał na podstawie utworu niemieckiego pisarza Michaela Endego. Oryginał bajki nie jest długi, Guśniowska musiała więc go rozbudować. Zrobiła to oczywiście w swoim stylu. Pełno tu słownych smaczków, zabaw wyrazami czy utartymi powiedzeniami. W tej ciekawej konfiguracji słowa nabierają nowych znaczeń.

Co ciekawe, dwa poprzednie spektakle w Białostockim Teatrze Lalek („Lenka” i „Palko”) węgierska reżyserka Kata Csató zrealizowała bez użycia słów. Tym razem zdecydowała się jednak na współpracę z Guśniowską. Jak tłumaczyła, słowo było jej potrzebne do zbudowania relacji między postaciami w teatrze cieni. Ta historia, przedstawiona w sposób niewerbalny, mogłaby dużo stracić. Inaczej wyglądałaby scena, w której zakochani rodzice Ofelii wszystko dzielą na dwa: szczęścia, smutki, śniadania, obiady i kolacje. Mniej wyrazisty byłby także fragment, w którym zarządca odwiedza Ofelię, opycha się ciasteczkami, a kolejne zabiera dla „dzieciów” (ma ich wszak piątkę). Zabrakłoby też dialogu, który odbywa się na dworcu między kasjerką i Ofelią, a dotyczy samotności głównej bohaterki. Takie przykłady można mnożyć.

Samemu można być szczęśliwym

Rodzice Ofelii poznali się w teatrze i zakochali się w sobie bez pamięci. Gdy urodziła im się córka, zapragnęli, by została ona aktorką. Nadali jej wielkie imię – Ofelia. Ofelia nie była zwyczajną dziewczynką. Zanim skończyła trzy lata, poznała całego Szekspira. Ulubiona lektura? „Hamlet”.

Lata płynęły. Choć Ofelia była już dorosłą kobietą, pozostała malutka i drobniutka. Nawet gdy kupowała pomidory, mówiła bardzo cicho. Rodzice nie zapomnieli jednak o swoim marzeniu. Ofelia miała przecież zostać aktorką. Teatr Wielki właśnie organizował przesłuchanie do roli Ofelii. Kto mógłby zagrać lepiej tę postać, niż sama jej imienniczka? Gdy Ofelia zjawiła się w teatrze, monolog powiedziała tak cicho, że prowadząca casting w ogóle jej nie usłyszała i pozbawiła ją złudzeń. „Ktoś z tak malutkim głosem nie nadaje się do wielkiego teatru. Do widzenia” – oznajmiła. Ofelię ogarnął wielki smutek. Od tego momentu zaczął jej towarzyszyć cień, który stał się powiernikiem Ofelii.

Pewnego razu bohaterka wybrała się ze swym cieniem do teatru lalek. Wszystkie miejsca były wyprzedane, ale udało jej się usiąść na dostawce. Grano „Czerwonego Kapturka” – ulubioną bajkę dyrektora teatru. Po spektaklu jedna z aktorek podziękowała Ofelii za podpowiadanie tekstu. Cichy głosik okazał się atutem. Dyrektor zaproponował Ofelii skromną posadę i mieszkanie na strychu. Ofelia zamieszkała tam z… własnym cieniem. Wkrótce dołączyły do nich kolejne cienie – m.in. dyrektora teatru i kloszarda. Na strychu robiło się coraz tłoczniej i głośniej. Ofelia nie traciła pogody ducha. Spokojnie czytała książkę i popijała herbatę. Przecież samemu też można być szczęśliwym.

Zapakować przyjaciół do walizki

Spektakl zrealizowany został w technice teatru cieni (konsultantem była Magdalena Kiszko-Dojlidko). Sceny są bardzo dynamiczne, atrakcyjne dla widza, także tego młodego. Wszak to przedstawienie familijne. Najbardziej atrakcyjnym wizualnie fragmentem przedstawienia jest ten, w którym Ofelia pakuje swoich przyjaciół do walizki. Neseser jest podświetlony, a w nim widzimy malutkie postaci. Ten widok wyjeżdżającej nad ukochane morze Ofelii pozostaje w pamięci na długo.

Nie tylko teatr cieni decyduje o sukcesie tego spektaklu. Węgierski scenograf Ákos Mátravőlgyi najpierw wykorzystuje płaskie obrazy. Na początku oglądamy więc tekturowych bohaterów i nawet tekturowe auto. Lalki marionetki – wraz ze swoimi cieniami – pojawiają się stopniowo. Ofelię-lalkę możemy zobaczyć po nieudanym przesłuchaniu w teatrze. Lalki – jakże by inaczej – są obecne również w teatrzyku lalek, do którego przychodzi Ofelia. Interesująco wypadł tu zabieg pokazania teatru w teatrze, w którym twórcy nie stronili od zabawnych aluzji do sceny Białostockiego Teatru Lalek.

W finale spektaklu Ofelia zakłada swój własny teatr cieni. Zaprzyjaźnione cienie grają „Czerwonego Kapturka” i sprzeczają się o to, kto ma zagrać Babcię – przecież nikt nie jest wystarczająco stary, by wcielić się w tę rolę. Na początku teatr nad morzem, na plaży ma niewielu widzów. Jednak z każdym dniem ich przybywa. Zgromadzone pieniądze pozwalają Ofelii na zakup samochodu. To nim może pojechać w świat i grać przedstawienia wszędzie. Spełnia się jej życiowe marzenie.

Po scenach z marionetkami wprowadzeni zostają żywi aktorzy, których gra doskonale współgra z teatrem cieni. Ciekawym pomysłem scenograficznym okazała się z kolei obrotowa konstrukcja, która stanęła na scenie – wprowadzana w ruch podkreślała zmianę czasu lub miejsca. Muzyka Piotra Chocieja przypomina kompozycje tapera, którymi ilustrowane były nieme filmy – wprowadza intymny nastrój, podkreślając tematykę przedstawienia.

Finał spektaklu jest niezwykle poruszający. Gdy przyjdzie już ten czas, Ofelia odchodzi. Pogodzona ze sobą i ze światem. Idzie w stronę światła. Życie przeżyła najlepiej, jak umiała.
Marta Guśniowska „Teatr cieni Ofelii” (wg Michaela Ende). Reżyseria: Kata Csató. Scenografia: Ákos Mátravőlgyi. Muzyka: Piotr Chociej. Konsultant technik cieniowych: Magdalena Kiszko-Dojlidko. Premiera: 30.09.2018, Białostocki Teatr Lalek.
Fot.: Krzysztof Bieliński.