Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (367) / 2019

Sławomir Iwasiów,

NOWOJORSKI (ANTY)SPLEEN (LORE SEGAL: 'LUCINELLA')

A A A
Tytułowa bohaterka „Lucinelli” jest poetką, która szuka swojego miejsca w świecie nowojorskich pisarzy, krytyków, wydawców. Dni upływają jej na spotkaniach, rozmowach, przyjęciach – i oczywiście na pisaniu. Nie stroni też od filozoficznych rozważań, wśród których pierwszeństwo mają rozterki autotematyczne: czy „ja” piszę literaturę, czy literatura pisze „ja”?

„Lucinella” to „klasyczna” powieść w dorobku Lore Segal – pierwsza edycja ukazała się w 1976 roku, choć jej fragmenty były publikowane na łamach prasy już w roku 1970. Zwraca uwagę fakt, iż tekst powstawał przez kilkanaście lat – i mimo że na pierwszy rzut oka nie sprawia wrażenia dzieła monumentalnego, to jednak już po chwili lektury przed czytelnikiem odsłania się nagromadzenie osobistych doświadczeń i socjologiczno-kulturowych obserwacji autorki, w których splocie można z łatwością zgubić drogę.

Przewodnikami przez narrację, szczególnie dla czytelnika mniej wprawionego w historii literatury amerykańskiej, są zarówno nota tłumaczki, Magdy Heydel, jak i posłowie Barbary Kopeć-Umiastowskiej – znanej ze współczesnych przekładów literatury anglojęzycznej, prac z zakresu humanistyki i biografii (między innymi tomu „Shakespeare. Stwarzanie świata” autorstwa Stephena Greenblatta). Dowiadujemy się zatem nie tylko o ciekawym życiorysie Segal, ale także o zawartych na kartach „Lucinelli” zagadnieniach i problemach dotyczących amerykańskiego społeczeństwa. Narrację „Lucinelli” można przy tym podzielić na trzy główne tematy: autobiograficzny (ze względu na odniesienia do życia Segal – przede wszystkim „życia pisarskiego”), autotematyczny (to literatura o pisaniu literatury), kulturowy (autorka uchwyciła atmosferę lat siedemdziesiątych).

Sama Lore Segal (ur. 1928) to postać nietuzinkowa – w dużej mierze „Lucinella” oddaje jej skomplikowany życiorys, mimo że robi to raczej nienachalnie, nie wprost, ironicznie, a czasem także – autosatyrycznie. Amerykańska pisarka urodziła się w żydowskiej rodzinie w Austrii. Jako dziecko, tuż przed wojną, wyemigrowała na dziesięć lat do Anglii. Wydostała się z Austrii w ramach akcji Kindertransport – polegała ona na tym, że żydowskie dzieci przewożono do Anglii z krajów okupowanych przez hitlerowskie Niemcy. Potem, przez Dominikanę, na której spędziła trzy lata, Segal dostała się do Stanów Zjednoczonych, gdzie mieszka od 1951 roku. Zadebiutowała książką „Other People’s Houses” (1964) – będącą zbiorem autobiograficznych zapisków z tych dziecięcych doświadczeń emigracyjnych. Początkowo wysyłała je do „New Yorkera” – jak pisze Barbara Kopeć-Umiastowska, to właśnie między innymi Segal rozsławiła to czasopismo jako trybunę literatury i zaangażowanego społecznie dziennikarstwa. Po debiucie – docenionym przez krytyków i literacką publiczność – kariera Segal potoczyła się szybko: dzisiaj jest autorką kilku uznanych powieści, literatury dla dzieci, tłumaczeń z języka niemieckiego na angielski oraz laureatką wielu prestiżowych nagród.

„Lucinella” to, jak wspomniałem, powieść „autotematyczna”, „socjologiczna”, w dużej mierze także środowiskowa, „z kluczem”, nawet satyryczna – ten ostatni ważny szczegół nadaje jej dużej lekkości, strawności, nawet jeśli czytelnik nie ma dużej wiedzy na temat literatury amerykańskiej, a w tym wypadku jej nowojorskiego nurtu. Wielu wskazówek i nawiązań nie da się od razu rozszyfrować (albo straciły one z czasem swoją siłę oddziaływania), inne natomiast są dostępne nawet mniej przygotowanemu odbiorcy. Głównym tematem jest mimo wszystko pisanie – rozumiane jako proces twórczy, warsztat, wreszcie specyficzny styl życia i bycia. Lucinella, bohaterka, pisze tak jak żyje i żyje tak jak pisze. W tej powieści życie i literatura bez przerwy się przenikają, tworząc nierzadko trudny do rozsupłania splot postaci, miejsc i wydarzeń. Całość ma przy tym – nakreśloną lekkim piórem autorki – ramę literatury „realizmu magicznego”. W czym się ona przejawia? W narracji, którą prowadzi bohaterka: raz opowiadając o tym, co dla niej „realne”, raz znowu uciekając do nieco fantastycznych rozmyślań.

„Lucinella” w warstwie fabularnej (powiedzmy: „realistycznej”) opowiada o rozterkach i przygodach mniej więcej czterdziestoletniej poetki, która tworzy w otoczeniu przedstawicielek i przedstawicieli nowojorskiej bohemy. Razem piszą, spotykają się, chodzą na przyjęcia, dyskutują, wyjeżdżają do domów pracy twórczej. Lucinellę poznajemy w legendarnym Yaddo, położonym w mieście Saratoga Springs domu pracy twórczej, gdzie swego czasu przyjeżdżali Hanna Arendt czy Truman Capote. Tutaj bohaterka razem z przyjaciółmi pisze i dyskutuje o pisaniu, wymyśla nowe wiersze, żyje literaturą – w takim dość spokojnym trybie płynie jej egzystencja, skupiona wokół tworzenia i rozterek nad tworzeniem.

Natomiast w warstwie „magicznej” powieść skupia się na problematyce tworzenia i nieustannego przenikania się życia i prozy, zdarzeń i narracji, języka komunikacji międzyludzkiej i języka literatury. Z takiego punktu widzenia „Lucinellę” należałoby postawić w szeregu innych powieści autotematycznych (w rozumieniu twórcy tego pojęcia, Artura Sandauera), na którego początku znajdują się „Fałszerze” André Gide’a. Tyle że „Lucinella” jest być może jeszcze bardziej eksperymentalna, radykalna, nastawiona na zwrócenie uwagi czytelnika i na samą formę tekstu (jak w „Grze w klasy” Julio Cortázara), i na teoretyczne zagadnienia związane z procesem pisania literatury. Czym jest w takim razie samo pisanie – tak jak widzi je tytułowa bohaterka?

Pisanie czasami jest po prostu pisaniem. Zabawą językiem, gramatyką, interpunkcją: „Meyers nad moją głową ogląda mecz. Ja chrupię orzeszki. Wczoraj, jak mówi, zmienił przecinek na kropkę i duże A i przepisał cały wiersz, a wtedy zobaczył, że to jednak powinien być przecinek, więc jeszcze raz zmienił, jeszcze raz przepisał i zmienił znów na kropkę” (s. 22).

Z kolei bywa i tak, że pisanie to synonim myślenia – wy-myślania tego, co chce się napisać i jak się chce napisać. Weźmy taki problem: jak napisać scenę erotyczną? Lucinella (a może raczej Segal?) też się nad tym zastanawia: „Uważaj, Lucinella, myślę sobie. jestem gotowa, żeby na kolejnej scenie miało miejsce to, co kiedyś określało się jako scenę uwiedzenia, kogo zatem teraz postawić w drzwiach? Nie Berta – aż tak to się znowu nie lubimy – i nie Zeusa, który przyjechał dzisiaj późnym popołudniem. Siedział koło mnie przy obiedzie. Bardzo miły” (s. 25). Dodam tylko, że w tej powieści Zeus faktycznie jest… Zeusem.

No dobrze, a może pisanie jest poszukiwaniem natchnienia? Wystawianiem się na działanie promieni inspiracji? Czekaniem na samoprzyjście tematu? Objawieniem? Lucinella, relacjonując jeden dzień z życia w Yaddo, takiego objawienia doznaje: „Przechadzamy się z Betterwheatlingiem po podjeździe. Spoglądam na owo ćwierć cala chłodnego, białego, porannego powietrza. które świadomie pozostawia między swoim ramieniem a moim, i pojmuję. Wszystko jest kwestią światła. Po nagłej burzy krwi poznaję – oto objawia się Muza, a ja w oślepiającym wstrząsie oświecenia dostrzegam, że wszystko do siebie pasuje, przydatność tego, co wiem, istotność każdej rzeczy, którą ktokolwiek wypowie dziś, jutro i w nadchodzących dniach” (s. 31).

To jeszcze inaczej – pisanie jest porządkowaniem. Przerzucaniem papierów z miejsca na miejsce, układaniem teczek na regale, ostrzeniem ołówków. Lucinella myśli sobie tak: „Ale jak ja mam pisać, kiedy chaos dyszy mi w ucho i tylko czeka na drobną szczelinkę, na błąd w systemie, by wypełznąć z powrotem w moje papiery?” (s. 49).

Dość tych przykładów rozważań Lucinelli – wystarczy powiedzieć, że powieść jest nimi gęsto usiana, co wcale nie przeszkadza w płynnej, a i nierzadko zabawnej lekturze. Na przykład zupełnie genialny – z punktu widzenia tak poznawczego, jak i warsztatowego – jest opis imprezy w nowojorskim mieszkaniu, podczas której „realność” i „magiczność” zaczynają wyczyniać harce niczym w rytm połamanej jazzowej muzyki. „Przyjęcia to nie jest moja dobra strona” – mówi jedna z uczestniczek imprezy (s. 78). „Lucinella” i tu odsłania swoje kolejne oblicze: to często także zwyczajnie zabawna satyra na literacką bohemę Nowego Jorku i być może także dlatego dość łatwo, w gruncie rzeczy przyjemnie się tę powieść czyta, choć potrafi ona spłatać odbiorcy niejednego figla. Postaci cały czas się zmieniają, miejsca rozpływają jak we mgle, a główna bohaterka w toku opowieści ma przynajmniej trzy wcielenia. O to chyba chodziło w tym literackim eksperymencie – żeby na każdym kroku czymś zaskoczyć, zbudować i nagle zburzyć wątek, wypróbować i obalić dobrze znane konwencje (powieści realistycznej, środowiskowej, satyrycznej, akademickiej, autotematycznej itd.).

Poza tym lektura „Lucinelli” otwiera wiele i dzisiaj ważnych kwestii. Na przykład taką: czy w świetle badań nad czytelnictwem literatura jest kategorią uniwersalną? Czy wszyscy wiedzą, co to jest powieść i czym się różni, powiedzmy, od autobiografii? Jakie to ma znaczenie społeczne? Czy pisanie literatury nie jest przypadkiem „wsobne”, czy pisarze i pisarki nie piszą bardziej dla siebie (dla innych pisarzy i pisarek) niż dla jakichś wyimaginowanych, wirtualnych, w gruncie rzeczy nieistniejących czytelników? Czytając „Lucinellę”, można zadawać sobie i takie pytania, choć trudno w tej powieści szukać odpowiedzi – raczej znajdują się one poza tym tekstem, na jego obrzeżach, na marginesie powieściowego świata.

Wszystkie powyższe tematy, wątki i motywy składają się na bogaty narracyjnie i zawiły znaczeniowo tekst, którego czytanie mimo wszystko powinno przebiegać – jak myślę – tak samo jak pisanie, to znaczy w atmosferze zabawy, żartu, rewolucji, satyry, krytyki. Niekoniecznie w takiej z góry ustalonej kolejności tych pojęć.
Lore Segal: „Lucinella”. Przeł. Magda Heydel. Posłowie Barbara Kopeć-Umiastowska. Wydawnictwo Ossolineum. Wrocław 2018.