Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (367) / 2019

Przemysław Pieniążek,

PROSTO Z ODORKOWA (OLGERD DZIECHCIARZ: 'W OLKUSZU, CZYLI NIGDZIE')

A A A
„Wiadomo, kiedy Alfred Jarry pisał »Króla Ubu«, Polski, jako takiej, nie było. Mógł więc umiejscowić akcję tego szalonego dramatu w jakimś dziwnym miejscu – i wybrał Polskę – »czyli nigdzie«. Mieszkam w małym i sennym Olkuszu i też mam wrażenie, że to jest nigdzie. Nigdzie, i nikt się mną, to jest moim miejscem zameldowania, nie interesuje. Nie dziwi mnie to, nie denerwuje i nie chcę tego zmieniać, zresztą nie mam takiej możliwości. Na tym polega szczęście – znać swoje miejsce i wyżej d… nie podskakiwać” („Nigdzie”, s. 4) – przewrotnie przekonuje Olgerd Dziechciarz we wprowadzeniu do zbiorku „W Olkuszu, czyli nigdzie”, czyli piątego już w dorobku poety, prozaika i blogera – po „Siodłaniu krowy, czyli artykułach ostatniej potrzeby”, „Partykularnych interesach”, „Olkuszu dla opornych” oraz „Olkuszu dla średnio zaawansowanych” – tomu felietonów. Podobnie jak teksty zebrane we wspomnianych pozycjach, także te z najnowszej kolekcji (składającej się materiałów powstałych w latach 2012-2017) dostarczają sporo czytelniczej satysfakcji.

O różnorodności formalnej niniejszego wydawnictwa świadczy fakt, że obok lekkiej publicystyki znalazły się w nim krótkie formy prozatorskie odsyłające do innych utworów olkuskiego literata. Czytelnicy zaznajomieni z lokalnym kolorytem Odorkowa oraz pamiętający perypetie Oskara Wielkopolskiego poczują się tu jak w domu, natomiast osoby niemające jeszcze styczności z szalenie zróżnicowanym dorobkiem autora „Galerii Humbug” niech przygotują się na solidną porcję dowcipnych, uroczo ironicznych, niepozbawionych dystansu tekstów, zachęcających do mniej poważnego, a jednak szczerego spojrzenia na nas samych.

Trzeba bowiem podkreślić, że Dziechciarz doskonale sprawdza się w wyłapywaniu oraz opisywaniu (przenikliwie, choć w ujmującej tonacji pół żartem, pół serio) absurdów codzienności, jak i w diagnozowaniu kondycji rodzimego życia społecznego z punktu widzenia mieszkańca tytułowego miasta, gdzie – jak przekonuje olkuski historyk – z łatwością można spotkać poetę albo bezrobotnego bądź osobę, która łączy oba te „byty doczesne” („Jeśli myślicie, że poeci są łatwiejsi w obsłudze od prozaików…”, [s. 32]).

Czytelnik niniejszego tomiku odnajdzie w nim bogaty wybór wspominków i opowieści przypominających, że piekło to inni, choć sami też nie jesteśmy bez winy. Autor „Podmiotów codziennego użytku” perfekcyjnie przedstawia scenki rodzajowe rozgrywające się na przystankach autobusowych, w środkach komunikacji miejskiej, w przybytkach małej gastronomii bądź te, których zaczynem jest przypadkowe spotkanie na ulicy.

Brawurowa konfrontacja z nieprzejednaną kontrolerką biletów, zmagania z namolnym ankieterem, walka na asertywność ze świadkami Jehowy, nieoczekiwana wizyta starszej pani w galerii, pogwarki ze wszelkiej maści koneserami napojów wyskokowych czy nachalnymi osobnikami dosiadającymi się do bohatera niniejszych tekstów bądź jego literackiego porte parole w najmniej stosownym momencie (no bo jak można zagadywać kogoś, gdy ten ma usta pełne żeberek?) bądź nagminnie mylących go z kimś innym – Dziechciarz kapitalnie snuje narracje opisujące doświadczenia, które niejednemu czytelnikowi mogą być znane „z autopsji”.

Zakłopotanie wynikające z problemu z przyporządkowaniem danej twarzy do konkretnego wspomnienia czy faktu z przeszłości, udręki stania w kolejce przy stoisku mięsnym czy desperackie próby wykręcenia się od rozmowy w momencie, gdy naprawdę nie mamy na nią ani czasu, ani ochoty to zaledwie wyimek z tematycznego spektrum tekstów, wśród których znajdziemy frapujące pismo z Wydziału Promocji i Rozwoju Urzędu Miasta i Gminy w Odorkowie, inspirującą przemowę laureata Odorkowskiej Nagrody Literackiej, jak również historie o hejterach, zażywnym staruszku karmiącym gołębie kulkami z plasteliny, o spotkaniach autorskich, wizycie w jednej z krakowskich księgarń (gdzie Sławomir Mrożek podpisywał swoje książki), różnych rodzajach tęsknoty czy o kreowaniu elementu artystycznego w życiu codziennym. Co więcej, Dziechciarz porusza szereg ważkich i fundamentalnych kwestii, przypominając, że czasem warto dać się napić swoim przyjaciołom (powiedzą wam, co NAPRAWDĘ o was myślą); że kobiety myślą o wszystkim, a mężczyźni tylko o jednym, jak również stawia nietuzinkowe pytania, zastanawiając się, czy martwy pasażer powinien płacić za przejazd autobusem.

Zmysł obserwacji, cięte skojarzenia, świetne puenty oraz umiejętność pozyskania i utrzymania uwagi czytelnika sprawia, że lektura zbiorku „W Olkuszu, czyli nigdzie” przebiega szybko i przyjemnie, choć chwilami nie brakuje tu nieco poważniejszych tonów. „Trzech ich było. Mieli po dziesięć lat i emanowali niespotykaną wręcz energią i ciekawością świata. Koledzy z jednej szkoły, z jednej klasy, ale nie z jednej ławki, no, bo we trzech w jednej ławce usiąść się nie da, najwyżej we dwóch, ale we dwóch też nie siedzieli, bo ich pani porozsadzała – za dużo gadali” (s. 61) – dowcipny początek opowiadania „Wszyscy winniśmy zamienić się w słupy soli” bynajmniej nie zapowiada zaprawionego nutą goryczy finału tej historii.

Co więcej, trudno nie zgodzić się z Dziechciarzem, gdy przekonuje, że „perfekcyjny dzień, to taki dzień, od którego niczego nie wymagamy” („Dzień, w którym nic wielkiego się nie wydarzyło”, [s. 164]), albo gdy stwierdza, że nader często „mijamy się w życiu z ludźmi, z którymi powinniśmy się spotkać, a spotykamy z takimi, z którymi powinniśmy się mijać” („Jak nie spieprzyć komuś dnia”, [s. 154]), bądź też gdy słusznie konstatuje, iż „czasami pije się piwo, żeby napić się piwa, a nie po to, żeby poczuć intensywny smak pilzneńskiego słodu jęczmiennego pławiącego się w aromacie goryczkowego chmielu” („Prawdziwe zwycięstwo: nie dać się pokonać, nawet gdy się sromotnie przegrało”, [s. 114]).

Reasumując: „W Olkuszu, czyli nigdzie” to smakowita porcja felietonów i prozy autora „Małopolskiego”, będących krzywym zwierciadłem przechadzającym się po (nie tylko) odorkowskim gościńcu. Jeśli cenicie sobie „Rejs” Marka Piwowskiego, „Wzniebowziętych” Andrzeja Kondratiuka, bezpardonowe punktowanie absurdów codzienności à la Stanisław Bareja czy zjadliwe introspekcje Marka Koterskiego, kolejny zbiorek Olgerda Dziechciarza powinniście przyjąć z otartymi ramionami (i umysłami).
Olgerd Dziechciarz: „W Olkuszu, czyli nigdzie”. Fundacja Kultury AFRONT. Bukowno 2018.