Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (367) / 2019

Aleksandra Kumala,

PAZURKI, DENTYSTA I SŁOWNIK TERMINOLOGICZNY (PAJĄCZKOWSKA, ZBROJA: 'A CO WYŚCIE MYŚLAŁY?')

A A A
Materiały do książki „A co wyście myślały? Spotkania z kobietami z mazowieckich wsi” Agnieszka Pajączkowska i Aleksandra Zbroja zbierały przez rok, od maja 2017 do maja 2018. Podróżowały do miejsc bez szkół, szpitali, przystanków PKS. Najmłodsza z ich rozmówczyń miała lat 17, najstarsza – 92. Dobór bohaterek nie przebiegał według ustalonego z góry klucza. Przeciwnie – często różniły się od siebie nie tylko wiekiem, ale i statusem społecznym, stopniem wykształcenia, stanem cywilnym. Zawsze były proszone o ustosunkowanie się do podobnych kwestii: polityki społecznej, praw kobiet, zarobków, relacji damsko-męskich i damsko-damskich, sytuacji rodzinnej, opieki zdrowotnej, ambicji zawodowych, miłości, codziennej pracy.

W każdej z kilkunastu wypowiedzi można odnaleźć wspólne mianowniki, powracające wątki. Na światło dzienne wychodzą najrozmaitsze oblicza kobiecej autonomii, a także sposobów jej ograniczania; opowieści o podążaniu za marzeniami lub o kierowaniu się przede wszystkim zdrowym rozsądkiem, o pogodzeniu z losem czy braniu spraw w swoje ręce. Tak rozbieżność punktów widzenia, jak i podobieństwa pomiędzy nimi wynikają z rozmaitych czynników – nie tylko z miejsca zamieszkania. Niektóre z kobiet nigdy nie opuściły rodzinnych okolic, inne sprowadziły się na wieś dopiero po ślubie, jeszcze inne wyjechały do większych miast i albo już tam zostały, albo okoliczności zmusiły je do powrotu. Koleje ich losów nie dają się wpisać w jeden schemat; za każdym razem to osobny scenariusz, jednostkowa historia. Na przykład o tym, że budka z kebabem albo salon piękności mogą być najlepszym dowodem przedsiębiorczości, samodzielności i ambicji. Że w jednym kiosku „Gazeta Wyborcza” może cieszyć się taką samą popularnością, jak „Nasz dziennik”. Że można wyszywać Matki Boskie Częstochowskie i aktywnie korzystać z Facebooka czy Instagrama. Że można stronić od oglądania TVN-u, ale można też pragnąć, by „Kaczyński i jemu pokrewni się od kobiet odp…”. Że można nie znać we wsi nikogo, kto nie wierzyłby w Boga oraz buntować się przeciwko wmawianiu parafiankom, iż obowiązki względem męża spełniać muszą bezwarunkowo („Choćbyś kluski właśnie gniotła, a on chce, to zostaw, i mu daj”). Że owszem, w większości przypadków „facetowi z pewnością więcej wolno, ale to nie jest wiejskie – to jest polskie”.

Jak sądzę, taki właśnie cel przyświecał autorkom – pokazanie, że nie wszystkie mieszkające na wsi kobiety noszą chusty lub podomki, doją krowy i słuchają toruńskiej rozgłośni. Stawką było oddanie im głosu, pozwolenie, by wreszcie same, własnymi słowami opowiedziały siebie. Książka „A co wyście myślały?” miała szansę wypełnić lukę w społecznym imaginarium współczesnej polskiej wsi, zdominowanym przez męskocentryczne narracje: o rolniku szukającym żony, o pijaczku spod sklepu spożywczego, o wójcie, o proboszczu. Autorki już we wstępie podkreślały świadomość potęgi stereotypu – przypominającego obosieczny miecz, którego jedno ostrze skierowane jest w stronę przepytywanych, drugie w stronę pytających: trzydziestoletnich singielek ze stolicy, bezdzietnych, finansowo i życiowo niezależnych. Pajączkowska i Zbroja zapewniają, że wiele się nauczyły, wiele przekonań zweryfikowały, że w najmniej spodziewanych momentach poczuły moc siostrzeństwa, doświadczyły przejawów gościnności, życzliwości i hojności (powściągliwości i nieufności również). Wierzę im. Nie twierdzę, że zafałszowują swoje przeżycia, że te spotkania nie zrobiły na nich wrażenia, nie zapisały się w pamięci. Nie do prawdomówności autorek mam wątpliwości. Niepokoi mnie rozmijanie się teorii i praktyki, deklarowanie równościowego spojrzenia i jednoczesne wykonywanie gestów, które trudno odczytywać inaczej, niż jako protekcjonalne, krzywdzące i zupełnie niepotrzebne.

Weźmy bohaterkę imieniem Aneta (wszystkie imiona zostały zmienione, a nazwy miejscowości zastępuje przybliżony kierunek i mierzona w kilometrach odległość od Warszawy): ma dwadzieścia pięć lat, od pięciu lat zarabia, zbierając truskawki, nie jeździ za granicę, nie mówi po angielsku, mieszka z rodzicami i nie zamierza dokądkolwiek się wyprowadzać – dobrze jej tu, gdzie jest, gdzie zna wszystkich, gdzie żyje w zgodzie z sąsiadami, „nie zamyka się w czterech ścianach”. W jej wypowiedzi słychać zadowolenie ze swojego losu, nieodczuwanie potrzeby zmian. Przekaz jest jasny, czytelny, zrozumiały. Czerwona lampka zapala się później, gdy tekst dobiega końca. Opatrzono go bowiem komentarzem, który – ze względu na skondensowaną formę – przytoczę w całości:

Ola Zbroja i Agnieszka Pajączkowska gryzą się o zęby

Ola: No i dlaczego jej nie zapytałaś?

Agnieszka: Sama przecież mogłaś zapytać!

Ola: Stałaś bliżej.

Agnieszka: I co miałam powiedzieć? Przepraszam, czemu pani w wieku 25 lat nie ma zębów?

Ola: Może trzeba było zacząć od fryzury. Że widać, że prosto od fryzjera. Takie cieniowane pazurki modne miała.

Agnieszka: Proszę bardzo, możemy wracać. Zapytasz i o pazurki, i o dentystę, a może przy okazji też o dom z dziurawym dachem z papy, który ewidentnie zapada się pod ziemię. I jeszcze pogadasz tak, żeby nie było jej przykro”.

Nie wiem, komu tu powinno być przykro. Mnie, jako czytelniczce, nie jest. Jestem rozczarowana, zniesmaczona i poirytowana. Podobno „nie dla wniosków czy analiz toczyły się te rozmowy. Zarejestrowałyśmy głosy kobiet i zestawiłyśmy je ze sobą bez ulegania pokusie katalogowania ich postaw. To opowieść o różnych odsłonach doświadczenia kobiecości, których nie da się wcisnąć w efektowne tezy”. Otóż: da się. I regularnie się to robi. Jakby wypowiedzi bohaterek, ich – zbliżone lub rozbieżne – punkty widzenia na kwestie przemocy domowej, alkoholizmu, ograniczonej mobilności, presji społecznej, finansów, tolerancji i równouprawnienia, stosunku do Kościoła, stolicy, emigracji, wykształcenia, nieheteronormatywności, samotnego macierzyństwa etc. nie mogły funkcjonować samoistnie, jakby domagały się dookreślenia, dowartościowania. Zakotwiczenia w teorii. Uzupełniającego komentarza. Objaśniającego kontekst przypisu. Pajączkowska i Zbroja utrzymują, że sięgały po opinie ekspertów, by lepiej zrozumieć to, o czym piszą, by pewne wątki lepiej sproblematyzować, uporządkować. O ile jestem w stanie zaakceptować to jako element merytorycznego przygotowania, o tyle w chwili, gdy tego rodzaju naukowe wtręty ingerują w wypowiedzi kobiet, wskazują klucz, w jakim należy je czytać, służą wyłącznie napędzaniu błędnego koła stereotypu. Ze sposobu, w jaki bohaterki mówią o gejach, lesbijkach, feministkach czy Żydach, nawet, jeżeli to wypowiedzi lapidarne, wiele można wywnioskować. Czyżby wystarczyło czytać uważnie? Bynajmniej! Trzeba jeszcze wszystko wpisać w odpowiednią ramę dyskursywną: o „wieśniaczce”, o etnografii Mazowsza, o województwie mazowieckim, o obywatelskości na Kurpiach, o wiejskiej samoorganizacji, o wielodzietności i zbyt wąskiej definicji feminizmu, o dostępie do publicznego transportu jako sprawie feministycznej, o różnicy między pracą na północy i południu, o kobietach nieheteronormatywnych na wsi, o podziale na wygranych i przegranych, o relacji wsi z dworem, o historii mazowieckich Żydów, o inności, o kontroli społecznej.

Jak się okazuje, nawet mając świadomość istnienia niebezpiecznej pułapki i prób zachowania ostrożności, można w tę pułapkę wpaść. To nie tylko problem tej publikacji; to problem polskiego społeczeństwa w ogóle. Problem tkwienia w objęciach mitów, stereotypów, patologizujących i paternalizujących wieś schematów narracyjnych. Problem podwójnego wyzwania, któremu wciąż nie jesteśmy w stanie sprostać: z jednej strony oddania głosu dotąd marginalizowanym i wykluczanym, z drugiej – uwierzenia, że ten głos będzie słyszalny bez odpowiedniej (czy raczej: szkodliwej, przeciwskutecznej, upraszczającej, podtrzymującej hierarchię) transkrypcji.

W pewnym momencie autorki w krytycznym (i zgubnie wyższościowym) tonie odwołują się do artykułu z „Newsweeka” z 2009 roku. Dywagują, kto dziś podpisałby się pod deklaracją istnienia dwóch Polsk, które „coraz bardziej sobą gardzą i coraz mniej się rozumieją”. Kto stawiałby na akcentowanie i wyjaskrawianie różnic, zamiast na pokazanie, że wystarczy spojrzenie z bliska, nie z góry, by podobieństwa stały się równie ewidentne… Cóż. Antropologiczno-reporterski projekt Pajączkowskiej i Zbroi miał z założenia udowodnić rzecz wciąż jeszcze nieoczywistą: „wieśniaczka” ma w sobie tyle samo z kobiety, co „miastowa”. Miał zadać kłam istnieniu jednej definicji i jednego wzorca kobiecości. Miał oderwać łatki, nie zastępując ich kolejnymi. Miał zniwelować dystans, zamiast go – świadomie lub nie – reprodukować. Miało być jak nigdy, wyszło jak zwykle. Niby nie od dziś wiadomo, jak to z dobrymi chęciami bywa. A jednak niesmak pozostaje.
Agnieszka Pajączkowska, Aleksandra Zbroja: „A co wyście myślały? Spotkania z kobietami z mazowieckich wsi”. Wydawnictwo Poznańskie. Poznań 2019.