Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (367) / 2019

Dominika Polok,

DŁUGA DROGA DO DOMU (HOMECOMING)

A A A
Ośrodek programu „Homecoming” oferuje kończącym misje żołnierzom armii amerykańskiej kompleksową opiekę, mającą wesprzeć ich w powrocie do cywilnego społeczeństwa: terapię indywidualną, warsztaty z „codziennego życia”, pyszne posiłki i leki przeciwdziałające symptomom zespołu stresu pourazowego. To wszystko w komfortowym, gustownie i przyjaźnie zaprojektowanym kompleksie budynków, skrytym w malowniczym krajobrazie Tampy. Jeśli tak jak jeden z bohaterów uważacie, że bezinteresowna pomoc ze strony rządu Stanów Zjednoczonych jest czymś podejrzanym, to trafiliście pod właściwy adres.

Przedsięwzięcie ma charakter pilotażowy i nawet kierowniczka ośrodka jest tu „świeżynką”. Dopiero niedawno udało jej się zdobyć dyplom, a doświadczenie w pracy z weteranami ma niewielkie i na dużo skromniejszą skalę. Dotychczasowa historia zatrudnienia Heidi Bergman przypomina raczej losy zawodowe wielu absolwentów kierunków humanistycznych niż drabinę prestiżu, więc to zrozumiałe, że otrzymując pieczę nad „Homecoming”, czuje się, jakby złapała Pana Boga za nogi. Kobieta w pełni i z całym swym idealizmem angażuje się w swoje zadanie. Tym dziwniejsze, że kiedy widzimy ją cztery lata później w fartuchu kelnerki w zapyziałym miasteczku, wydaje się kompletnie nie pamiętać tej pracy.

Ten drugi plan czasowy stanowi z początku najpoważniejszy dowód na to, że z „Homecoming” coś jest nie w porządku, bowiem sceny z ośrodka zupełnie by na to nie wskazywały. Ten spokój i poprawność funkcjonowania programu są jednak od razu naznaczone ogromną ambiwalencją. Nakręcone w ośrodku ujęcia nieodmiennie rażą złocistopomarańczowym światłem późnego popołudnia, co ewokuje raczej nostalgiczną rozkosz golden hour. Kamera bardzo leniwie przesuwa się po krajobrazie lub w intymnych zbliżeniach portretuje postaci. Te chwyty są jednak zbyt nachalne, by mogły kojarzyć się po prostu z funkcją budowania nastroju wyciszenia i kontemplacji; do tego optyka co jakiś czas zmienia się na dziwaczne ujęcia z góry, jakby po usunięciu sufitu, wyostrzając nienaturalną symetrię architektury oraz wystroju i wymuszonych przez nie ruchów postaci, sprowadzonych do pozycji figurek w modelu. W ośrodku nic strasznego się nie dzieje – pracownicy programu są tak bez zarzutu, że próba wypowiedzenia nieokreślonych podejrzeń na głos wybrzmiewa całkowicie paranoidalnie. Mimo to powolna, oszczędna akcja, niezrozumiały, zawężony format obrazu w ujęciach z drugiego planu czasowego, podrzucanie bardzo bladych tropów oraz przedłużanie puenty po każdym odcinku – chyba jeden z najstraszniejszych zabiegów filmowych, jakie widziałam – podduszają napięciem pierwszorzędnie. Nieoczywista groza jest głównym atutem tego serialu. Tajemnice nie mają charakteru nachalnych i prostackich niedomówień rodem z pulpowych tasiemców kryminalnych – wzmagają tylko niesamowitość i poczucie dziwnego zagubienia w tym pozornie perfekcyjnie spreparowanym świecie.

Nieprzepuszczalny, iluzoryczny pałac zaczyna pękać wskutek inicjatywy doskonale pomyślanej postaci śledczego. Thomas Carrasco nie jest tym, czego popkultura nauczyła nas o samotnych detektywach. Ani nie jest zbyt przenikliwy, ani cyniczny, nie jest brawurowy, ani nawet neurotyczny jak Monk, nie jest tajemniczy i intrygująco posępny, nie pije ani nie romansuje. Jest urzędnikiem najniższego szczebla – pracuje w Departamencie Obrony, w boksie dwa na dwa rozpatrując skargi, jak dziesiątki innych, identycznych białych kołnierzyków w jego open spasie. Wyłącznie dobroduszne poczucie obowiązku (a dopiero później ciekawość i pragnienie przygody) nie pozwala mu rutynowo odrzucić skargi na „Homecoming” z powodu braku powierzchownie dostępnych danych. Zagłębiając się w sprawę, prawie nie ma na czym bazować. Wszystkie ścieżki rozwiązań brutalnie i jednoznacznie zamykają mu się przed nosem. Mimo to drąży, bo niejasność całej sprawy nie daje mu spokoju, chociaż wie, że (naśladowany z filmów) śledczy upór, narazi go w oczach zwierzchniczki nie tylko na śmieszność, ale i naganę. To bezceremonialne zderzanie klisz na temat pracy detektywa i udane odtworzenie realiów pracy z prawdziwego życia wychodzi znakomicie i daje efekt naturalności. Większość charakterów zbudowana jest z wielką dbałością o psychologiczny autentyzm, a dzięki niespiesznie rozwijającej się fabule postacie mają czas nawiązać przekonujące, głębokie i złożone relacje.

W końcu przychodzi jednak moment, gdy twórcy muszą odkryć wszystkie karty i wtedy cały klimat trochę siada. Niemożliwe już jest budowanie nastroju dotychczasowymi środkami i serial, choć nadal fascynujący, przeobraża się w zwyczajny, antykorporacyjny thriller. Na szczęście dzięki pieczołowitemu zbudowaniu siatki osobistych relacji udaje się ocalić jednostkowy koloryt każdej z postaci i satysfakcjonująco wygrać finał.

To, co jednak sytuuje się pomiędzy intymnością a globalną rozgrywką, w którą uwikłani są bohaterowie, to bardzo interesujący, poboczny wątek toksycznych i niesprawiedliwych relacji w pracy. Hierarchia pracowników przedstawiona w serialu zawsze opiera się na upokarzającej nierówności, despotyzmie i sztywnym poddaństwie, lekceważeniu podwładnego oraz strachu i uniżoności wobec zwierzchnika – niezależnie, czy to gigantyczna korporacja, instytut państwowy czy maleńka knajpa. Wprawdzie ostatni akord tego wątku, obejmujący domenę „głównego złego”, nieprzyjemnie przypomina próbę prostego zadośćuczynienia sprawiedliwości, to jednak znając już – z „Mr. Robot” – obsesje twórcy, Sama Esmaila, oraz śledząc fabularne wyjaśnienia, choćby z przeciętnym natężeniem uwagi, możemy przypuszczać, że twórcy nie próbują wykpić się, rozdając kary i nagrody. Nie da się naprawić świata (czyli globalnych korporacji po cichu kontrolujących nasze życie) jednorazowym gestem zastąpienia złych cyników praworządnymi dżentelmenami bez zaprzeczania wszystkiemu, co wcześniej wydarzyło się w fabule. Jedyne zbawienie możliwe jest na poziomie jednostkowej ucieczki w sferę prywatną, a ta, o ile w „Mr. Robot” została potraktowana krytycznie i z pesymizmem, w „Homecoming” zyskuje trochę ambiwalentną, ale zarazem pełną wyrozumiałości apoteozę. W ostatecznym rozrachunku liczy się przede wszystkim bycie po prostu szczęśliwym, nawet jeśli zapłata za to okazuje się bardzo gorzka.
„Homecoming”. Reżyseria: Sam Esmail. Scenariusz: Micah Bloomberg, Eli Horowitz, Sam Esmail, Cami DeLavigne, Shannon Houston, Eric Simonson, David Wiener. Obsada: Julia Roberts, Stephan James, Shea Whigham. Produkcja: USA 2018.