Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (367) / 2019

Zuzanna Lewandowska,

O TREŚCIWYCH FILMACH SPOZA PUDEŁKA (SHORT WAVES FESTIVAL 2019)

A A A
Short Waves Festival, czyli największe obok białostockiej Żubroffki, Krakowskiego Festiwalu Filmowego czy warszawskiego Cienemaforum wydarzenie poświęcone filmom krótkometrażowym, wkroczyło w kolejną dekadę obecności na polskiej scenie festiwalowej. Poznańskie święto krótkiego kina jak zwykle odbyło się na wiosnę, przynosząc w przeciągu 5 dni festiwalowych (od 19 do 24 marca 2019) kilkanaście setów mieszczących 300 filmów i prawie 70 wydarzeń, które rozegrały się nie tylko w murach Centrum Kultury Zamek, ale i w wielu innych lokacjach przestrzeni miejskiej.

Myślą przewodnią tegorocznej edycji zostało – dość pojemne semantycznie – hasło „OUTSIDE THE BOX”, które w języku angielskim stanowi frazeologizm oznaczający spojrzenie na pewne normy (wzorce obrazowania bądź stereotypy myślenia) z innej perspektywy. W zamieszczonym w festiwalowej broszurze wstępie nowa dyrektorka festiwalu, Emilia Mazik, wyjaśnia, iż ma być ono „zachętą do wyjścia poza schematy myślenia, a także – poza utarte ścieżki europejskiej estetyki filmowej”. Czy program faktycznie zaoferował widzom odejście od konwencjonalnych form czy artystycznych rozwiązań i odmienny punkt widzenia na obierane przez konkursowe dzieła tematy? W moim odczuciu: i tak, i nie.

Jak co roku, nagrody rozdane zostały w czterech kategoriach: dwóch bazowych, czyli konkursie międzynarodowym i konkursie polskim, oraz dwóch specyficznych, dookreślonych przez dominującą w danych obrazach formę lub tematykę: „Dances with Camera” (filmy taneczne) oraz „Urban View” (filmy poruszające problematykę przestrzeni). Osobiście – jako adwersarz teatru tańca i musicali – nieco ubolewam nad wykrojeniem osobnego bloku, w którym główny prym wiedzie przede wszystkim muzyka i ruch (nie umniejszając jednak zdjęciom i montażowi, które gdzieniegdzie grzechem byłoby nie docenić); wszak ciekawsze byłoby stworzenie konkursowych setów teledyskowych, choć w tym roku znalazły one swój azyl w formie offowych projekcji w klubie festiwalowym „House”. Nie do końca rozumiem również ideę wyróżnienia osobnego bloku „filmów urbanistycznych”, jako że wiele obrazów z głównych sekcji konkursowych z powodzeniem znaleźć by się mogło również i tutaj – jak chociażby wszystkie filmy eksperymentalne obecne w tegorocznym programie. Ku odświeżeniu formuły festiwalowej być może warto pomyśleć na przyszłość o rewersie kinematografii miejskości i wprowadzeniu setów na kształt „Nature View” lub „Man vs. Nature”? Wszak natura sama w sobie i formy kontaktu człowieka ze światem fauny i flory zdają się wciąż inspirować twórców do coraz głębszych poszukiwań tematycznych i formalnych, i to nie tylko w postaci szeroko pojętego filmu przyrodniczego.

Motto „Outside the Box” spróbuję zatem odnieść do filmów, które mnie najbardziej interesują w całym programie, czyli tych znajdujących się w czołowych setach konkursowych. W końcu dobór obrazów, które znalazły się w tym najważniejszym korpusie, świadczy niejako o randze festiwalu, kompetencji oraz filmowym smaku programerów. „Wyjściem z pudełka” byłoby w przypadku filmów z konkursu międzynarodowego wykroczenie poza kinematografię europejską, a skoncentrowanie się na tej bliskowschodniej, azjatyckiej czy południowoamerykańskiej. W kontekście większości poruszanych tematów, a co więcej – sposobów ich poruszania – można mówić nawet o „wyjściu z europejskiej strefy komfortu”. Nawet gdy do czynienia mieliśmy z dziełami produkcji duńskiej („Abu Adnan”), norweskiej („No Man is an Island”), brytyjskiej („I Signed the Petition”) czy włoskiej („Jululu”), to bohaterami byli imigranci, a główną osią tematyczną – problemy, z którymi się zmagają w związku ze statusem uchodźcy, kwestią tolerancji, wyzysku czy stosunkiem do swej ojczyzny. Gros filmów, takich jak „The Mute”, „Brotherhood”, „Lunch Time”, „Counterfeit Kunkoo” czy „La Flaca”, eksploruje również obszary wewnątrzkrajowych dysonansów na linii: człowiek jako indywiduum ze swoimi pragnieniami i trudnościami – kulturowe obostrzenia i wymogi usankcjonowane tradycją. Stąd sama tematyka zdaje się jednak wpisywać w specyfikę mainstreamowego kina społecznego, odzwierciedlającego współczesne niepokoje związane z problematyką imigracyjną, jak i dotykającego kolejnych tematów tabu, które w dobie zarówno coraz większej odwagi filmowców do nurkowania w ich odmęty, jak i rosnącej wśród widzów ich świadomości – już tak bardzo nie szokują. Co jednak wspólne dla wszystkich wyżej wymienionych obrazów i co najbardziej ujmuje, to niezwykle intymna i szczera perspektywa bohaterów, przez którą opowiadane są poszczególne historie. Codzienne, a jednak naznaczone nadzwyczajnością (z punktu widzenia przeciętnego Europejczyka) zmagania głównego bohatera „Abu Adnan”, ojca-imigranta, który próbując zaadaptować się w europejskim społeczeństwie, nie potrafi wyzbyć się dumy, szkodząc tym samym swojemu dziecku, czy też powierzchownie dość kuriozalna walka bohaterki „La Flaca”, by wynieść na piedestał boginię La Santa Muerte, będącą łącznikiem między pogańskimi wierzeniami rdzennych mieszkańców Meksyku a narzuconym z zewnątrz katolicyzmem, są dla widza czymś zarazem obcym, lecz przez subiektywną narrację – również czymś szalenie bliskim.

Moim osobistym faworytem całego konkursu międzynarodowego, który nijak nie pasuje do głównej linii programowej, lecz zdecydowanie plasuje się w kategorii outside the box, jest fenomenalny indyjski dokument „Tungrus” (reż. Rishi Chandna). Niby zwyczajna opowieść o adopcji przez bombajską rodzinę nadzwyczajnego koguta, który podporządkowuje sobie funkcjonowanie całego domu, w doskonały sposób nie tylko wpisuje się w podbijającą napięcie strukturę dramaturgiczną filmu dokumentalnego (co zazwyczaj jest szalenie trudnym zadaniem), ale i – poprzez dość dwuznaczną, tragiczną puentę, burzącą dotychczasowy humorystyczny klimat filmu – wprowadza widza w emocjonalną konsternację. Nic więc dziwnego, że właśnie ten obraz otrzymał nagrodę publiczności. Jako „percepcyjnie niepokojące” należałoby również wymienić trzy inne tytuły: wyróżniony nagrodą główną francuski „Déploiements” (reż. Stéphanie Lagarde) – eksperymentalną wariację na temat sukcesywnego przejmowania kontroli nad społeczeństwem przez państwo, która dzięki wykorzystaniu poetyki gry komputerowej w jeszcze dosadniejszy sposób obrazuje machinę sprawowania władzy nad obywatelem; włoski „film performatywny” „Monelle” (reż. Diego Marcon), który na kształt stworzonych w konwencji found footage zombie movies, trzyma widza w drażniącej ciemności, bombardując go co chwilę krótkimi ujęciami zastygłych w niedookreślonej przestrzeni postaci; animację „Feist” (reż. Nikita Diakur) – niezwykle osobliwą i groteskową wizję współczesnego człowieka jako lalki, gnanej konsumpcjonizmem i obecnie panującymi trendami.

W odniesieniu do konkursu polskiego, który siłą rzeczy jest dość okrojony i niepodporządkowany jednej konkretnej myśli przewodniej – choć w moim osobistym odczuciu byłby to kontekst różnorakich relacji międzyludzkich (stąd nie bardzo rozumiem umieszczenie III części „Impossible figures and other stories” Marty Pajek w konkursie międzynarodowym…) – na wyróżnienie z pewnością zasługuje tegoroczne Grand Prix, czyli „Gość” Sebastiana Webera. Dokument, który subtelnie i z wręcz dosadną ludzką empatią portretuje życie zwykłego, przeciętnego mieszkańca wsi – przywiązanego do polskich obyczajów, tradycji, rytuałów, a jednak szczerze otwartego na drugiego człowieka, co precyzyjnie pokazuje jego rozwijająca się więź z reżyserem pochodzenia szwajcarskiego, który wchodzi tu w rolę bohatera drugoplanowego. Podobne uczucia wzbudza również sposób przedstawienia zakonnic w filmie „Siostry” Michała Hytrosia – humorystyczne i odczarowujące obraz „skostniałych pingwinów” ukazanie życia starych mieszkanek klasztoru doceniała również publiczność, wybierając go jako swój „numer jeden” w konkursie polskim. W programie nie zabrakło także filmów dotykających bolączek, którymi targani są współcześnie „młodzi” – „Users” (reż. Jakub Piątek) eksploruje ciemną strefę portali randkowych, stawiając widza przed pytaniem: czy faktycznie, jak bardzo i do jakich granic można „tam” coś poczuć, natomiast „Zwykłe losy Zofii” (reż. Dominika Gnatek) odsłaniają losy tzw. everywomen – każdej kobiety, która w swoim życiu doświadcza nie tylko pragnienia „wielkiej miłości”, ale doznaje także przemocy psychicznej, ignorancji i seksizmu.

Short Waves Festival to jednak nie tylko filmy konkursowe, których projekcje miały miejsce w głównym gmachu festiwalowym, czyli Centrum Kultury Zamek. To również pokazy w zaprzyjaźnionym z wydarzeniem od lat Kinie Rialto (nie tylko projekcje „szortów” Oscarowych, ale także tematycznych – w tegorocznej edycji znalazły się urocze „kocie sety” i te poświęcone „dziewczyńskim sprawom” czy tematyce LGBT), przeglądy z cyklu „Focus” (w tym roku skoncentrowanym na obrazach środkowoazjatyckich) czy seanse „Short Matters!” – selekcji najważniejszych filmów krótkometrażowych z 2018 roku dokonanej przez Europejską Akademię Filmową.

Program festiwalu z roku na rok obfituje w coraz więcej wydarzeń okołofestiwalowych (koncerty, performance, pokazy „domowe”), jak i zawyża poprzeczkę odnośnie artystycznej jakości dzieł prezentowanych w tym „najbardziej treściwym” hołdzie wobec krótkiego kina. Jedyne, czego mogę sobie osobiście życzyć na przyszłe lata, to jeszcze większego wyjścia outside the box i zmian w obrębie tych „osobliwych” bloków konkursowych, które po upływie 10 lat tracą już na swojej formule.
11. Short Waves Festival 2019, Poznań, 19-24.03.2019.