Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (367) / 2019

Grzegorz Marcinkowski,

NIEBEZPIECZNE DYKCJE (PIOTR SOMMER: 'O KROK OD NICH. PRZEKŁADY Z POETÓW AMERYKAŃSKICH')

A A A
Nie sposób wyczerpać na piśmie doznań, jakie mi towarzyszyły podczas lektury antologii „O krok od nich” w wyborze i opracowaniu Piotra Sommera. Poszerzone, poprawione dzieło wreszcie uzupełniło mój księgozbiór. Pamiętam bowiem moje lata studenckie i zdobywanie (nieocenione biblioteki!) Reznikoffa czy Cage’a z poprzedniego wydania (opublikowanego przez Biuro Literackie) oraz bolesną chęć posiadania dzieła na własność, które to pragnienie przybierało postać obsesyjną. Wreszcie, po latach, dzięki wydawnictwu Karakter, mam okazję spełnić swoje pragnienie. Obcowania z Dziełem nie da się jednak wyczerpać w konwencji artykułu. Pozostaje litania zachwytów, przed obscenicznością której ratuje mnie świadomość formy. Dlatego, zamiast iść za synoptyczną logiką recenzji i podsumowania, zdecydowałem się na fragmentaryczność impresji, chwilowość i interwencyjność notatki i glossy. Książkę przeglądałem wielokrotnie, kartkowałem według różnych systemów, moja uwaga błąkała się „między wierszami”. Idę śladami cząstkowych doznań, ulotnych olśnień, innerwacji sensu. Zachęcam czytelnika, by wybrał się na identyczną marszrutę, gdyż omawiana antologia zachęca do wielokrotnego i bezustannego błądzenia. A oto garść uwag, punktów krystalizacji, które wyłoniły moje namiętne poszukiwania. Może pod koniec spotkamy się, błądząc?

Doświadczenie

Trudno jest uciec od języka, szczególnie, gdy wyznacza on nam formę doświadczania, wnika w tkankę naszej percepcji. Zmierzenie się z tym codziennym, bezustannym szumem dyskursu, owym tłem, z którego, każdorazowo, wyłania się wola poszczególności, jest wyjątkowym osiągnięciem poezji amerykańskiej. Najwyraźniej widać to na przykładzie wierszy Johna Ashbery’ego, w których prawda bycia zderza się bezustannie z artykulacją. Ten stevensowski motyw każe nam czytać teksty nowojorskiego poety jako ćwiczenia w szczególnej uważności na przepaść rozwierającą się pomiędzy doznaniem a jego wypowiedzeniem. Uwrażliwiony na zmienność, procesualność i nieskończoność doznań – Ashbery proponuje nam „instrukcję obsługi percepcji”, skorzystanie z której sprawia, że sposób podejścia nas samych do tak zwanej „mowy doświadczenia” kapitalnie się reorganizuje. Idea doświadczenia zawarta w wierszach poety ewokuje nieciągłość i poszatkowanie, zagubienie w lustrzanej serii niepowiązanych wglądów. Przykładem może być znakomity i powszechnie znany wiersz „Wazon z kwiatami”, który jest modelowym przykładem próby opisu świata jako ruchomego pola ścierających się doznań. W wierszu tym prawda tekstu walczy z prawdą percepcji. Utwór niczego nie obiecuje, jeśli postanowimy – mocą szczególnej lekkomyślności – traktować go poważnie, skutecznie rozmontuje nasze pragnienie totalności. Nieoczekiwana trzecia strofa sugeruje, wbrew temu, co głosi tytuł, że mamy do czynienia z tekstem tworzywem językowym, a nie materialnym przedmiotem („Białe kwiaty rwą się do góry / Prosto w blade powietrze swych odniesień:, Sommer 2018: s. 441), natomiast ostatnia strofa kompletnie wszystko odwraca, cały ten kontemplacyjno- reistyczny ciąg, sugerując, że w istocie mamy tu do czynienia z erotykiem, a nie tradycyjnym opisem (Gdybyś był o te kwiaty zazdrosny, / Proszę cię daj spokój. / Są dla mnie absolutnie niczym, tamże), erotykiem dość osobliwym, bo głoszącym nicość doznania. I tak David Hume podaje sobie rękę z Nietzschem, wszystko na przestrzeni dość niepozornego wiersza. Ashbery ma wiele takich niespodzianek, i chyba wciąż nie umiemy go należycie czytać, bowiem jego polscy epigoni nawet się nie zbliżają do tej nieprzewidywalności. Bywa i tak.

Prywatność

„O krok od niech” jest summą translatologiczną Piotra Sommera również z tego powodu, że eksponuje jego wizję literatury. Warszawski poeta od lat podkreśla, że interesują go raczej prywatne języki, niespętane przez żadne szumne obowiązki, a jego upór w nicowaniu wszelkich przynależności i uzależnień poezji nie ma sobie równych w rodzimym piśmiennictwie. Dokonywanym w antologii wyborem poszczególnych wierszy kierował określony zamiar, bardzo ewidentny. Najwyraźniej widać to, kiedy próbujemy czytać omawianą książkę nie jako wierną reprezentację, ale jako rzecz autorską, przefiltrowaną przez język i wrażliwość tłumacza. Sommer postuluje poezję wyzwoloną od obowiązków, niezależnie od tego, czy definiujemy je politycznie, społecznie, metafizycznie czy jakkolwiek; jedyny obowiązek, jaki spoczywa na literaturze, to obowiązek względem rzeczywistości, a zatem poezja spolegliwa, różnorako służąca heteronomicznym dyskursom, jest wykluczona z zasady. Stąd wybór wierszy raczej prywatnych – nawet Allen Ginsberg jest reprezentowany w książce przez teksty na wskroś osobiste. Owa prywatność języka (nie mylić z konfesyjnością), pozwala nam na zetkniecie się z poezją wolną od służby sprawom wobec niej zewnętrznym, czytelnik ma poczucie wyzwolenia, wyswobodzenia z pętających język dyrektyw. Co za tym idzie, spotkamy się ze słowami postawionymi w stan podejrzenia, „księga” pokazuje wyłanianie się szczególnej dymensji powiedzianego, w której obserwujemy z gruntu nierówną walkę idiomu z dyskursem. Widać to napięcie szczególnie u O’Hary, który mniej jest w optyce Sommera poetą odświeżonej konfesyjności, a bardziej twórcą, który niestrudzenie walczył o prawo obywatelstwa prywatnych rejestrów w sferze modernistycznego obiektywizmu. W tym znaczeniu O’Hara może się jawić nie tylko jako patron brulionowej rewolucji, ile jako ikona wszystkich tych, dla których poezja jest nieustanną walką poszczególnego z unifikującą magią osadzonych w świadomości zbiorowej dykcji, a zatem tych, które traktują podmiotowość jako błąd systemu, wyrwę, którą należy zasypać.

Schubert

David Schubert to największe odkrycie tej książki. Widmowy protoplasta Szkoły Nowojorskiej, łączący w sobie konwersacyjność z koturnowością moderny, ważny jako brakujące ogniwo pomiędzy wzniosłością spełnionej nowoczesności, a nową prywatnością Franka O’Hary czy Jamesa Schuylera. Trudno o język bardziej giętki, z równą wirtuozerią poruszający się pomiędzy anegdotą a ideą, łączący wymiar osobisty z symbolicznym w karkołomny, ale na wskroś przekonujący konglomerat. Język, który czasami ugina się od nadmiaru, ale nie traci wsobnej dynamiki, dzięki której możemy zrozumieć ulotne połączenie wzniosłości z trywialnością, nieobrażające bynajmniej naszego poczucia estetyki. Przykładem poetyckiej wirtuozerii Schuberta jest fenomenalny wiersz „Refleksje o przemocy”, który pozwala na krótką chwilę połączyć doznanie „bycia oglądanym” z wielością perspektyw, w jakich percepcja się dokonuje. A pointa tego tekstu („Łowcy / Niezatrzaśniętych nagości w przypadkowych oknach”, tamże, s. 155) czyni zeń jeden z najlepiej zakończonych wierszy w historii.

Historia

Wiersz nie działa w próżni i akcent położony na prywatność nie oznacza bynajmniej wyzucia ze społecznego i historycznego obsadzenia poetyckiego głosu. Amerykanie jednak rozumieją inaczej historyczność wiersza, nie stosują w tym kontekście alegorii, jak rodzimi uczniowie Zbigniewa Herberta. Ogólność paraboli zastępuje tutaj konkret spotkania, dzięki któremu możemy odczuć, że historia składa się ze znaczących drobiazgów poza ideologiczną interwencyjnością. Przykładem takiej strategii jest piękny wiersz Charlesa Reznikoffa „Pewnego wieczoru podczas drugiej wojny światowej”, który nie pozwala rozmienić się prawdzie spotkania w politycznej doraźności. Historyczność to jabłka w rękach starego Włocha, niepokojącego się losem syna walczącego na froncie, to przypadkowość i nieuchronność międzyludzkiej gry, w której współczucie i kurtuazja dają świadectwo sile człowieczeństwa. Reznikoff ma wiele takich momentów, jest poetą historyczności poza alegoryczną doraźnością (fenomenalni „Portorykańczycy w Nowym Jorku”) i Sommer, nieprzypadkowo, jakością dykcji porównuje go do Bertolta Brechta (ta sam mieszanina współczucia i dystansu, schemat exemplum, waga narracyjności). Niestety Reznikoff to wciąż twórca w Polsce nieodkryty, aczkolwiek sytuacja ma szansę się zmienić (WBPiCAK przygotowało właśnie wybór jego tekstów w tłumaczeniu Sommera),

Konwersacyjność

O roli Szkoły Nowojorskiej w kształtowaniu się rodzimej sceny poetyckiej w latach 90-tych wiele napisano, nieoceniona jest tutaj natomiast waga języka wytwarzanego przez ich wiersz. Jest to język bezpośredniej rozmowy; czytając O’ Harę czy Schuylera, czujemy się tak, jakbyśmy uczestniczyli w „lekkiej pogawędce”. Nowojorczycy zrobili wiele dla odciążenia dykcji, zmagając się odważnie z typowo modernistyczną wzniosłością i symbolicznością. Służyło to daleko idącemu sprozaizowaniu wiersza, ale również temu, aby lektura stała się raczej niezobowiązującą przyjemnością niż obcowaniem z wyższym światem. O’Hara wędrujący po Nowym Jorku z tomikiem Reverdy’ego w kieszeni wyznacza nowy topos poety – uczestnika kultury poziomej, niepodatnej na hierarchizacje i czerpiącej wiele z popkultury, slangu, ulicznego spotkania. Poeta przestaje być kapłanem albo wtajemniczonym, staje się tricsterem, łącznikiem i pośrednikiem, kimś, kto zaczepia nas w przedpokoju i powstrzymuje przed wkroczeniem na szczególnie nudną imprezę szeregiem niewymuszonych impertynencji, na tyle błyskotliwych, aby wynagrodzić nam ich doraźność. Wiersz pojmowany raczej na kształt luźnej rozmowy aniżeli uczonej celebracji, ma szansę wejść w arterie i kapilary społeczeństwa, ma szansę wybudzić nas, konsumentów kultury, z nieudolnie maskowanej obojętności.

Nowe hierarchie

Antologia daje nam okazję do zrewidowania naszych sądów na temat amerykańskiej poezji, pozwala nam na dokonywanie nieoczekiwanych odkryć. I tak E.E Cummings wydaje się nam mniej awangardowy niż niegdyś, bardziej sentymentalny niż rewelatorski, swoją inwencję skupiający raczej na prostych grach z typografią, niż na łamaniu składni. Podobnie zachowawczo jawi się W.C. Williams – w optyce Sommera staje się ważki raczej jako grabarz wysokiego modernizmu, niż twórca jakościowo nowego języka. Możemy natomiast na nowo odkryć „poetów konfesyjnych”, szczególnie Johna Berrymana, który bardzo ciekawie łączy swobodną elokwencję z dramatyzmem. Zajmująco na tym tle wypada John Cage, wiele jego „opowiastek” pozostaje z czytelnikiem długo po lekturze.

Wybór Sommera umożliwia nam zróżnicowane zmiany perspektyw i duża w tym zasługa celności selekcji. Jeśli czegoś czytelnikowi brak, to raczej większego wyboru z pewnych poetyk. Pozostajemy z poczuciem niedosytu i z pragnieniem nowych przygód. Takie poczucie niewyczerpalności oferują tylko wybitne książki. Niczego więcej ponadto powiedzieć się nie da.
Piotr Sommer: „O krok od nich. Przekłady z poetów amerykańskich”. Wydawnictwo „Karakter”. Kraków 2018.