Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (368) / 2019

Michał Misztal,

COŚ WIĘCEJ NIŻ NOSTALGIA (DEATH SAVE)

A A A
Kim jest Rune Ryberg? Na pewno nie powie nam o tym ostatnia strona okładki jego komiksu zatytułowanego „Death Save”. W środku też nic. Do sięgnięcia po niniejszy, wydany przez Timofa i cichych wspólników album zachęciły mnie opinie znajomych oraz krótki opis znaleziony w internecie. Łatwo byłoby go przeoczyć, ale po lekturze chcę dowiedzieć się więcej o jego autorze i dostać w swoje ręce kolejne tytuły, które napisał i narysował, a przy okazji może również stworzone przez Duńczyka filmy animowane. Chcę i to bardzo.

Początkowo nie byłem przekonany, czy „Death Save” to tytuł godny polecenia. Całość składa się z dość krótkich rozdziałów i po przeczytaniu dwóch pierwszych wydawało mi się, że wiem już wszystko – ot: dość prosta historia o Ricku i Bassie, dwójce antropomorficznych kumpli lubiących grać na flipperach, niestroniących od kłopotów oraz mających typowe dla dzieciaków problemy i wielkie marzenia. Poszczególne części pokazują epizody z ich życia (takie jak ucieczka z ukradzioną colą czy, a jakże, granie na automatach), ale bez wyraźnej puenty.

Owszem, znalazły się tu również bardzo ciekawe (momentami celowo sprawiające wrażenie dość niechlujnych) rysunki, dynamiczne kadry oraz kolorystyka odgrywająca istotną rolę dla odbioru zachowań bohaterów. A sam scenariusz? Nic specjalnego. Ale im dalej w „Death Save”, tym bardziej zaczynałem się z chłopakami oraz ich towarzystwem zżywać. Niekoniecznie ich lubić, bo niektórzy zdecydowanie na to nie zasługują, ale Ryberg sprawił, że w czasie lektury żyłem ich życiem. Dość szybko doszedłem do wniosku, że wbrew pozorom jest to fajna historia o dzieciakach. Jeszcze szybciej, że wszystko ma tutaj (nie takie znowu schowane, niemniej cudowne) drugie dno.

„Death Save” to świetny komiks, który pod płaszczykiem prostej historii o koleżkach, dla których jedną z najważniejszych rzeczy na świecie są ich rekordy w salonie gier, przemyca bardzo dojrzałe treści oraz chwyta za serce. Przekazuje dużo więcej, niż widać to na pierwszy rzut oka, przy czym nie jest dziełem nieprzystępnym czy trudnym do zrozumienia. Jego magia polega na czymś więcej niż na tanim chwycie w postaci żerowania na nostalgii za czasami, o których opowiada. Są tu emocje – jednym postaciom chcemy kibicować, innym będziemy pewnie mieli ochotę wybić zęby, część wątków może wzruszyć, na szczęście nie zabrakło tu również humoru. A że wszystko to dzieje się wśród kolorowych flipperów? Tym lepiej. Do tego dobre tłumaczenie, pomimo kilku nieciekawych wydarzeń uśmiech na mojej twarzy i chęć podzielenia się swoim entuzjazmem.

Po kilku przeczytanych niedawno tytułach o problemach młodzieży wydawało mi się, że mam tego tematu szczerze dosyć – na szczęście Ryberg przypomniał mi, że można zrobić to dobrze. Co więcej, wydaje mi się, że „Death Save” jest komiksem, do którego będę regularnie wracał, bo po każdej dłuższej przerwie zauważę w nim coś, czego wcześniej nie dostrzegałem – już nie mogę się tego doczekać.
Rune Ryberg: „Death Save”. Tłumaczenie: Maria Lengren. Wydawnictwo Timof i cisi wspólnicy. Warszawa 2019.