Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (368) / 2019

Adriana Biedrowska,

SZKICOWNIK POETYCKI ('FORMY (NIE)OBECNOŚCI. SZKICE')

A A A
Cel tego typu publikacji określany jest zazwyczaj jako zapisywanie białych plam, próba pisania herstorii czy przerwanie milczenia. „Formy (nie)obecności. Szkice o współczesnej poezji kobiet” bez wątpienia są jedną z tych pozycji, które prezentują czytelnikowi wycinek zapomnianej, niedocenionej bądź lekceważonej literatury, tę kroplę w morzu kobiecej twórczości czekającej na odkrycie lub reinterpretację. Skala zapomnienia – jeśli w ogóle to zjawisko uznać można za wymierne – o omawianych w tomie poetkach (dobrze czujących się także w roli felietonistek, eseistek, publicystek i pisarek) jest bardzo różna. Pomieszczone tu artykuły dotyczą bowiem twórczości autorek znanych w wąskim kręgu czytelniczym (Lucyna Skompska, Elżbieta Wasyłyk, Rachel Korn, Maria Czeska-Mączyńska, Jadwiga Gamska-Łempicka, Jadwiga Gizowska…), jak i tych, których nazwiska nie są obce literaturoznawcy (celowo nie wspominam o przeciętnym czytelniku nieprofesjonalnym, dla którego poezja jako taka rzadko stanowi obiekt zainteresowań). Wśród nich można wymienić „gwiazdy”, takie jak Wisława Szymborska czy Julia Hartwig, ale też Krystynę Miłobędzką (cieszącą się największą popularnością wśród badaczy tworzących „Formy [nie]obecności”), Annę Świrszczyńską, Joannę Mueller, Ewę Lipską czy Julię Fiedorczuk. Celem publikacji jest więc nie tylko wydobywanie na światło dzienne tych twórczyń, które dotąd nie spotkały się z omówieniem krytycznym, ale też reinterpretacja, zmiana perspektywy czy pogłębienie już poczynionej analizy.

Kanonizacja poetek

Warto jednak zwrócić uwagę na jeszcze jedną myśl przewodnią, czy też ogólną refleksję, która w pewien sposób odnosi się do wszystkich tekstów zawartych w omawianej publikacji. Mowa o kanonie, któremu pierwszy artykuł, pełniący niejako funkcję wstępu, poświęciła jedna z redaktorek tomu – Joanna Grądziel-Wójcik. Kanon literacki, w którym próżno szukać wielu poetek, prowokuje badaczkę do poszukiwania powodu, dla którego przez wieki nie uwzględniano twórczości kobiecej w przeróżnych zestawieniach lub robiono to rzadko i z niechęcią bądź dystansem. „Między Scyllą wykluczenia a Charybdą protekcji” – tak podsumowuje Grądziel-Wójcik sytuowanie poezji kobiet w kanonie lub rugowanie jej z tego męskocentrycznego kręgu („Kanon [bez] poetek, czyli formy [nie]obecności”, s. 11). Zasadnicze pytanie, na które wciąż nie ma (i chyba nie będzie) odpowiedzi, brzmi: czy to kanon tworzy rzeczywistość, czy rzeczywistość tworzy kanon? Innymi słowy: czy faktycznie poetki nie pisały na tyle dobrze, by uznać je za warte wspomnienia w podręcznikach akademickich (nie mówiąc już o tych szkolnych), czy też celowo, „siłą przyzwyczajenia” (s. 7) były pomijane ze względu na płeć, traktowaną z zasady jako gorszą? Można też zapytać za Karolem Maliszewskim: „Czy nikła liczba nazwisk kobiecych w historycznoliterackich statystykach to fakt, który wiąże się z tym, że procent aktywnych poetek (w stosunku do poetów) był rzeczywiście wielokrotnie mniejszy, czy też podsuwany nam obraz jest zafałszowany, a wyciągane zeń wnioski zmanipulowane?” („Przełomy i pokolenia bez kobiet?”, s. 39).

Po lekturze „Form (nie)obecności” i podobnych publikacji – jestem o tym przekonana – czytelnik nie będzie skłonny uznać twórczości poetek za gorszą. Inną być może – owszem, ale nie gorszą. Pozostaje jeszcze pytanie o reakcję na wykluczenie kobiet z grona „kanonizowanych” – czy wybrać drogę rewindykacji i zmieniać utarty już schemat, wpisując w niego warte uznania poetki? A może zupełnie porzucić kanon i powiedzieć: „My, kobiety, jesteśmy poza – i czujemy się z tym świetnie!”? Tendencja asymilująca i tendencja alienująca – by posłużyć się sformułowaniami Grądziel-Wójcik, użytymi co prawda w nieco innym kontekście – to dwie drogi, którymi podążać mogą krytycy i sami twórcy. Autorzy „Form (nie)obecności” szukają nici łączących poetki, jednak nie z poetami, ale innymi twórczyniami; „próbują łączyć je w archipelagi i przerzucać mosty” („Kanon [bez] poetek…”, s. 12). Z jednej strony więc kobiety jawią się tu jako kanoniczne outsiderki, dysponujące własnym językiem, a z drugiej – łączą je wspólne doświadczenia, a czasem podobne idiomatyki, których odkrywanie przynosi bardzo ciekawe i inspirujące efekty.

Nie dość, że kobieta, to jeszcze…

W wielu artykułach zamieszczonych w omawianym tomie przewija się motyw podwójnego wykluczenia, zwielokrotnionej niszowości. Niektóre bohaterki „Form (nie)obecności” zostały bowiem literacko przemilczane nie tylko ze względu na płeć, ale także z uwagi na inne czynniki konstytuujące ich twórczość. Po pierwsze, jest to wybór jidysz jako języka poetyckiego, połączony z cechą pozaartystyczną – żydowskim pochodzeniem. Po drugie – zaklasyfikowanie dorobku artystycznego (niekoniecznie nieuzasadnione) jako literatury drugorzędnej. Po trzecie – adresowanie twórczości do dzieci.

O pierwszej sytuacji pisze Olga Kubińska w tekście „»Pograniczność«: Rachel Korn, Debora Vogel i Irena Klepfisz jako poetki jidyszowe w polisystemie literatury polskiej”. Jak zauważa badaczka, problem języka, na który decydowali się poeci żydowscy, stanowił problem już przed pierwszą wojną światową. Wybór polszczyzny bywał „powodem wykluczania, jak i promocji, z perspektywy kultury żydowskiej język polski mógł być bowiem uznawany tak za szansę rozszerzenia narodowej literatury żydowskiej o trzeci idiom, jak za zdradę kultury rodzimej” (s. 177). Z kolei „literatura żydów (…) nawet pisana po polsku bywała odrzucana jako niepolska. Proces wzajemnego ekskluzywizmu postępował w dwudziestoleciu międzywojennym” (tamże). Dwie spośród omawianych przez Kubińską poetek – Vogel i Korn – publikowały w języku polskim, lecz później zdecydowały się na tworzenie wyłącznie w jidysz. Nieco inną drogę obrała Klepfisz, która już jako pięciolatka znalazła się na emigracji. Twórczość tej poetki jest bilingwalna; pisanie po angielsku i w jidysz, jak zauważa Kubińska, może być odczytywane jako „resuscytacja zdławionego, skazanego na zagładę języka” (s. 179, podkr. autorki). Z dzisiejszej perspektywy można powiedzieć, że dokonując takiego wyboru (co warte zaakcentowania – wyboru bardzo świadomego i podyktowanego pewną ideologią), wszystkie trzy poetki wymazały się z kart wielkiej Historii literatury polskiej, w której miejsce dla kobiet jest mocno reglamentowane. Przydziału nie otrzymują te, które odrzuciły język Mistrzów.

O poezji przeciętnej, nie najlepszej i nie odkrywczej, pisze z kolei Agata Zawiszewska, omawiając motyw macierzyństwa w twórczości międzywojennej. Wybór ten uzasadnia przede wszystkim omawianym tematem – macierzyństwo nie należało do ulubionych wątków najwybitniejszych poetek, próżno zatem szukać w ich dorobku materiału badawczego. Co więcej, „twórczynie drugorzędne stanowią zwykle pomijany kontekst i tło, na którym świecą gwiazdy pierwszej wielkości” („Macierzyństwo w międzywojennej poezji kobiet”, s. 103), a ich teksty można odczytywać „jako wypowiedzi ujawniające zdolność ilustrowania procesów społecznych i diagnozowania realnych problemów zwykłych ludzi” (s. 104). Literaturoznawczyni nie tylko chce zatem wydobyć z niebytu twórczość pomijaną ze względu na wartość artystyczną, ale wychodzi też z założenia, że tego typu poezja jest „bliższa ciału” i lepiej odzwierciedla rzeczywistość niż głęboko przemyślane, przetworzone poetycko dzieła – jak to określiła Zawiszewska – gwiazd. Analiza, bagatela, stu pięćdziesięciu tomików wskazuje na liczne podobieństwa w przedstawianiu relacji z dzieckiem. Autorki traktują macierzyństwo jako oczekiwany dar, dzięki któremu mogą spełnić się jako kobiety. W ich tonie dominują delikatność, miłość i przywiązanie. Poetki rzadko poruszają tematy trudne (wśród nielicznych można wymienić śmierć dziecka i samotność matki po odchowaniu potomstwa), niejako idealizując przedmiot swych poetyckich rozważań. Jest to obraz zgoła odmienny od tego, który wyłania się z twórczości „gwiazd”, takich jak chociażby Maria Kuncewiczowa, która w ekspresjonistycznej noweli „Przymierze z dzieckiem” drastycznie łamie stereotypy dotycząc macierzyństwa, skupiając się na bólu, zmianach somatycznych czy odbieraniu podmiotowości. Zderzenie tych dwóch światów – wysoko- i niskoartystycznego – tak odmiennie traktujących to samo zagadnienie, jest fascynujące i może stanowić przedmiot dalszych rozważań.

Trzeci krąg poetek wykluczonych podwójnie to grono twórczyń kierujących swe słowo do najmłodszego odbiorcy. Zagadnienie to podejmuje przede wszystkim Agnieszka Kwiatkowska w tekście „»Krzywe wierszyki, dziwne bajeczki« – kobieca poezja dla dzieci w perspektywie genologicznej”. Badaczka skupia się na autorkach specjalizujących się w tej dziedzinie literatury – Ewie Szelburg-Zarembinie, Wandzie Chotomskiej, Danucie Wawiłow i Natalii Usenko. Jednak wśród twórczyń omawianych w „Formach (nie)obecności” znajdują się też takie autorki, które pisały bądź piszą nie tylko dla dzieci, lecz także dla dorosłych. Mowa tu przede wszystkim o Lucynie Skompskiej oraz Kazimierze Iłłakowiczównie. Przypadek tej drugiej omawia ciekawie Beata Mytych-Forajter, wskazując na problem z jednoznacznym określeniem odbiorcy niektórych wierszy Iłły. Niemożność przypisania danego utworu do poezji dziecięcej bądź „dorosłej” spotkała się z niezrozumieniem ze strony krytyków, między innymi Stanisława Barańczaka, którego niepochlebne opinie przytacza badaczka. Zarówno Kwiatkowska, jak i Mytych-Forajter wskazują na niedocenienie twórczości dla dzieci, traktowanej jako literatura „czwarta”: „po wysokoartystycznej, ludowej i brukowej (…). Czwarta znaczy ostatnia, najmniej interesująca, może nawet wstydliwa (…), choć przecież paradoksalnie to od niej zaczynamy wyprawę w świat najpierw wyśpiewanego, a potem zapisanego słowa” (B. Mytych-Forajter: „Czarownica. Poezja dla dzieci Kazimiery Iłłakowiczówny. Poszukiwanie kontekstu”, s. 249). Obie badaczki podejmują próbę udowodnienia, że twórczość ta jest niezwykle bogata i warta ponownego odkrycia, krytycznego spojrzenia być może z innej, nowej perspektywy. Jak podsumowuje Kwiatkowska, kobieca poezja skierowana do dzieci, choć „podwójnie niszowa, w naturalny sposób sięga po nieszablonowe rozwiązania formalne” („»Krzywe wierszyki, dziwne bajeczki«…”, s. 238), jest różnorodna i żywa, „inna od pisanej przez mężczyzn – buduje swą własną tradycję, sposób wysłowienia, tworzy własne formy” (s. 245). Należałoby więc traktować ją nie ze wstydem, ale raczej z wdzięcznością, jako tą, która zapewnia świeżość i powiew nowości całej polskiej literaturze.

Mosty

Jednym z celów omawianej publikacji było – jak już wspomniałam – budowanie mostów pomiędzy twórczością poszczególnych poetek, szukanie połączeń pomiędzy tematami, gatunkami, stylistykami. Niewątpliwie takie mosty zostały zbudowane – można powiedzieć, że wielu badaczy przyjęło optykę komparatystyczną, przyjmując za cel porównanie czy też zestawienie ze sobą dwóch (lub więcej) poetek, także tych, które – jak mogłoby się wydawać – nie mają ze sobą wiele wspólnego. Jednak czytelnik ogarniający swym spojrzeniem całość tomu, a nie tylko poszczególne teksty, zauważy z pewnością jedną niezwykle ważną cechę, która przejawia się w twórczości bardzo wielu omawianych autorek. Mam na myśli chtoniczność – podejmowanie tematu narodzin i śmierci, dwóch nierozerwalnie ze sobą związanych aspektów ludzkiego życia, a także zainteresowanie motywem ziemi.

Już pierwszy tekst tomu, weryfikujący hasło „kuchnia, kościół, kołyska” i analizujący jego współczesne realizacje (Anna Legeżyńska: „Jak zdobyć 3K. Obrys masywu badawczego najtrudniejszych tematów w poezji kobiecej”), odwołuje się do takich utworów jak „Obsoletki” Justyny Bargielskiej, „Ptak w tak-taku” Edy Ostrowskiej (ze wskazaniem na motyw rodzenia i poronienia) czy cykl „Macierzyństwo” Anny Świrszczyńskiej, która przecież wielokrotnie w swej poezji akcentowała analogie pomiędzy początkiem i końcem życia. Przypomina o tym, choć lakonicznie, Renata Ingbrant w tekście w całości poświęconym autorce „Wiatru”: „To przez rewaluację doświadczenia tych kobiet »baba« odradza się jako archaiczna, mistyczna Matka: stwórczyni życia i śmierci, jednakowoż łaskawa oraz opiekuńcza, jak okrutna i przerażająca” („Kobiecy antyświat w poezji Anny Świrszczyńskiej”, s. 266). Następnie należałoby przywołać komentowany już przeze mnie artykuł Zawiszewskiej o macierzyństwie w poezji międzywojennych poetek drugorzędnych. Także w tych tekstach, mimo ogólnie afirmującego i pozytywnego tonu, można znaleźć opowieści o śmierci, przede wszystkim dziecka – w tym o poronieniu. Z kolei w artykule Edyty Sołtys-Lewandowskiej na temat postsekularnej poezji kobiet pojawia się nazwisko Joanny Mueller jako autorki książki „Powlekać rosnące. Apokryfy prenatalne”, ale też tomików poetyckich „Wylinki” czy „Intima thule”, gdzie temat macierzyństwa – łączony również z motywem śmierci – jest przecież wątkiem kluczowym. Sołtys-Lewandowska przywołuje także „Matecznik” Małgorzaty Lebdy, tomik, w którym motyw ziemi oraz związanej z nią tajemnicy i transcendencji wychodzi na plan pierwszy. Jak konkluduje badaczka: „Dialektyka życia i śmierci przenika twórczość krakowskiej poetki (…). Matecznik poprzez swoją etymologię sugeruje właśnie jakiś pierwotny związek z macierzą. Matka tymczasem (…) jest znacząco daleka. Oczywiście istnieje – matka ziemia (…) („[Nie]możliwe wyzwanie autentyczności? Indywidualizm w postsekularnej poezji kobiet”, s. 136–137).

W kolejnym artykule Iwona Gralewicz-Wolny pisze o „wdowich” wierszach Anny Kamieńskiej, Wisławy Szymborskiej i Urszuli Kozioł, a następny tekst, autorstwa Agnieszki Czyżak, traktuje o przemijaniu w poezji senilnej, między innymi Świrszczyńskiej, Miłobędzkiej i Hartwig. Śmierć znów zerka na nas z każdego wersu, oswojona poniekąd przez artystyczny kunszt Starych Mistrzyń. Dalej na czytelnika czeka tekst Darii Lekowskiej o znamiennym tytule „Sploty: ziemia i poezja, czyli o przyrodzie w twórczości młodych poetek. Honek – Kulbacka – Buliżańska”. Wszystkie trzy autorki poruszają w swej poezji, mocno związanej z naturą, temat umierania. O jedynym tomie Urszuli Honek pisze Lekowska następująco: „Doświadczeniem wiążącym wspólnotę istnień w »Sporyszu« istotnie jest śmierć, która nieustannie się wydarza” (s. 167), o Urszuli Kulbackiej natomiast: „Opowieści te są w znacznej mierze mitologią ziemi (…). Dotyk ziemi jest doświadczaniem tego, co brudne, prawdziwe, żywe i martwe zarazem” (s. 170), a „Ziemia Buliżańskiej to podskórna ziemia-źródło (…) i ziemia-grzęzawisko jednocześnie” (s. 173). Nie można też nie wspomnieć o poezji Anny Augustyniak, analizowanej przez Monikę Ładoń. Motyw niespełnionego macierzyństwa – utraty dziecka – jest tu wpisany w szeroką optykę dziejów wszystkich kobiet na przestrzeni wieków, także Matki Boskiej. Jak podsumowuje badaczka: „Śpiewając pieśni żałosne, poetka dołącza do chóru matek” („Rany kobiecości. Twórczość Anny Augustyniak”, s. 328). Ta bardzo pobieżna i niepełna lista poetek „chtonicznych” stanowi tylko zarys problemu, który – według mnie – warty jest osobnej krytycznej analizy.

Kobiety kobietom

Nieobecność – słowo tytułowe omawianego zbioru, wciąż pojawiające się między wierszami wszystkich pomieszczonych w nim artykułów – można zastosować także w pytaniu o brak… mężczyzn piszących o poetkach. Już szybkie zerknięcie na spis treści wystarczy, by zauważyć, że lista autorów tekstów jest mocno sfeminizowana. Karol Maliszewski jest jedynym męskim reprezentantem świata akademickiego, który zechciał podzielić się swymi przemyśleniami o poezji kobiecej. Z czego wynika ta nierówność? Czy twórczość kobiet jest wciąż tak deprecjonowana, że poważni literaturoznawcy nie chcą się nad nią pochylać? A może doświadczenie zapisane dłonią poetki okazuje się „naturalnie” bliższe badaczkom, odnajdującym w omawianych tomikach także skrawek swojego życia? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, lecz nie można przejść obok niego obojętnie.

„Formy (nie)obecności” są zbiorem obszernym, ale na pewno nie skończonym. To tylko element pewnej układanki, jeden z wielu puzzli, które składają się na obraz kobiecej poezji, czy szerzej: literatury. Opublikowane tu teksty to jedynie szkice, czasem zaledwie dotykające pewnych zagadnień, pozostawiające w czytelniku pewien niedosyt, głód głębszego wejścia w temat – można to traktować jako wadę, ale i zaletę, ponieważ zaintrygowany odbiorca ma szansę, by samodzielnie dokończyć artykuł, sięgając do źródła, czyli samej poezji. Liczne wątki aż proszą się o kontynuację, a inne krystalizują się po lekturze całego zbioru. Do tych drugich należy według mnie nie tylko wspomniana już chtoniczność, ale i motyw wojny, pojawiający się między innymi w artykułach poświęconych Świrszczyńskiej, Latawiec czy Miłobędzkiej. Analiza kobiecego spojrzenia na to zagadnienie (uzupełniona na przykład o „Rubayaty wojenne” Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej”) i skonfrontowanie go z męską optyką z pewnością doprowadziłaby do interesujących, a może zaskakujących wniosków. Zatem do dzieła, panie i… panowie!
„Formy (nie)obecności. Szkice o współczesnej poezji kobiet”. Red. Joanna Grądziel-Wójcik, Agnieszka Kwiatkowska, Edyta Sołtys-Lewandowska. Wydawnictwo Universitas. Kraków 2018.