Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (368) / 2019

Miłosz Markiewicz,

DOWODY NA NIEISTNIENIE (VICTOR J. STENGER: 'BÓG. BŁĘDNA HIPOTEZA')

A A A
W spektaklu Pawła Passiniego „#chybanieja” według tekstu Artura Pałygi, przygotowanym na zamówienie tegorocznej edycji festiwalu Nowe Epifanie, twórcy na rozmaite sposoby przyglądają się postaci Judasza – traktując go nie tylko jako biblijną postać, ale również kulturowy symbol czy element zachodniej mitologii. W jednej ze scen przedstawiciel Kościoła rozmawia z naukowczynią o krwawiącej hostii. W dłoni aktora pojawia się zakrwawiony kawałek chleba zamknięty w laboratoryjnym naczyniu. Naukowczyni przekonuje księdza, że w przypadku krwawiącej hostii nie można mówić o żadnym cudzie – za takie zjawisko odpowiada bowiem serratia marcescens, „bakteria, którą pomylono z Bogiem” (Pałyga 2019). Ta niezwykle niebezpieczna bakteria to po polsku pałeczka krwawa, nazywana również pałeczką cudowną – wytwarza ona czerwony pigment i może wzrastać na skrobi zawartej w chlebie. Uczestniczący w tej rozmowie ksiądz wydaje się bezsilny. Chciałby wierzyć, że na hostii w jego parafii pojawiła się krew Chrystusa, że miał miejsce cud. Jego argumenty są jednak zbijane za pomocą naukowych dowodów. Nauka staje się w ten sposób nowym Judaszem, zdradza religię i wydaje ją na pastwę żądnego krwi tłumu.

Zamiast o Judaszu możemy też mówić o Jeźdźcach Apokalipsy, jak sami siebie chcieliby określać przedstawiciele tzw. nowego ateizmu. Richard Dawkins, Daniel Dennett, Sam Harris czy Christopher Hitchens znani są dzięki swoim bestsellerowym publikacjom, w których nie tylko próbują ośmieszyć podstawowe idee myślenia religijnego, ale również szukają naukowych dowodów na to, że wszelkie zjawiska, które ludzie wiążą z religiami, mają charakter „naturalny”. Charakteryzuje ich silna niechęć do wszelkich religii, a przede wszystkim do Boga trzech monoteizmów. Widać to doskonale w pismach Hitchensa, a zwłaszcza w „Bóg nie jest wielki. Jak religia wszystko zatruwa”, gdzie próbuje on za pomocą niezwykle sprawnej retoryki przekonać czytelników i czytelniczki, że za najgorsze ludzkie cechy, takie jak chociażby rasizm, nietolerancja, seksizm czy okrucieństwo, odpowiadają religie (zob. Hitchens 2007). Piąty Jeździec – nieco mniej rozpoznawalny, choć na tzw. Zachodzie równie wpływowy, jeśli chodzi o zwolenników nowego ateizmu – to Victor J. Stenger, amerykański fizyk, który oprócz mechaniki kwantowej i astronomii neutrin, zajmował się (badacz zmarł w 2014 roku) sceptycyzmem religijnym. Nakładem Wydawnictwa Uniwersytetu Łódzkiego ukazała się, po 11 latach od oryginalnego wydania, jego najbardziej rozpoznawalna obok „Nowego ateizmu” publikacja: „Bóg. Błędna hipoteza. Jak nauka wykazuje, że Bóg nie istnieje”.

Stenger rozwija w swojej książce to, co rozpoczął Richard Dawkins w „Bogu urojonym” – traktuje istnienie Boga jak naukową hipotezę, którą można poddać falsyfikacji (zob. Dawkins 2007). Na niemal 300 stronach próbuje „w sposób naukowy” rozprawić się z różnymi cechami bądź sposobami objawiania się, które przypisywane są Bogu trzech monoteizmów. Jak pisze sam autor: „W niniejszej książce do kwestii istnienia Boga zastosowałem metodę naukową polegającą na tworzeniu hipotetycznych modeli i testowaniu ich wobec danych empirycznych” (s. 251). W celu przeprowadzenia badań nad swoimi hipotetycznymi modelami fizyk odrzuca założenia wywodzące się z Kartezjańskiego dualizmu. Uważa bowiem, że istnienie jest cechą fizyczną i powinno mieć materialny charakter, który ujawni się prędzej czy później w toku badań. Dlatego też, wybierając się na poszukiwania dowodów na istnienie Boga, przygląda się chociażby modlitwom i pyta o materialne skutki ich wznoszenia, zastanawia się nad pochodzeniem wartości, rozważa entropię związaną z powstaniem świata w ramach Wielkiego Wybuchu, powraca do wyzwania, jakim jest teodycea, czy śledzi spór kreacjonistów z ewolucjonistami. Zadaje również pytania o matematyczny porządek w świecie natury, który miałby świadczyć o istnieniu tzw. „inteligentnego projektu”, a więc stanowić dowód na to, że Bóg stworzył doskonały, precyzyjnie funkcjonujący świat i możemy poszukiwać jego obecności w przejawach owej doskonałości.

Narracja Stengera jest dla mnie, jako czytelnika, fascynująca. Widać w niej nie tylko sprawność w przemieszczaniu się pomiędzy światami humanistyki i nauk ścisłych (autor uzyskał doktorat zarówno z fizyki, jak i z filozofii), ale przede wszystkim rozległą i błyskotliwie krytyczną wiedzę związaną chociażby z historią religii. Zapadają w pamięć chociażby fragmenty, w których Stenger opisuje, jak zwolennicy niewolnictwa w USA podpierali się zapisami z Biblii, by uprawomocnić swoje poglądy (zob. s. 226–228). Im bardziej zagłębiam się w lekturze jego książki, tym trudniej mi jednak oprzeć się wrażeniu, że jego znajomość religii wynika z zasady, by „przyjaciół trzymać blisko, a wrogów jeszcze bliżej”. I okazuje się to głównym mankamentem publikacji, której znaczenie dla nowego ateizmu jest wręcz fundamentalne. Zanim ukazał się „Bóg. Błędna hipoteza”, Stenger zajmował się neoateistycznymi zagadnieniami już od końca lat 80. XX wieku w takich książkach jak „Has Science Found God?” (2003), „Not by Design” (1988) czy „Physics and Psychics” (1990). Mam więc pewną trudność, by uwierzyć w jego słowa i badawczą rzetelność, gdy pisze o ewaluacji dowodów naukowych takimi słowami: „Osoby przeprowadzające badanie, czyli zbierające i analizujące dane, muszą pracować bez żadnych przedsądów odnośnie do pożądanego wyniku badania. Warunek ten przypuszczalnie jest najtrudniejszy do spełnienia, ponieważ większość badaczy rozpoczyna pracę z nadzieją na dokonanie niezwykłego odkrycia, które przyniesie im sławę i pieniądze” (s. 25). Argument ten ma podważyć celowość badań prowadzonych przez naukowców wyznających chrześcijaństwo – ich niewątpliwym celem będzie bowiem próba udowodnienia istnienia Boga, a w swoim dążeniu do tego celu będą w stanie utracić badawczą rzetelność i uczciwość. Sęk w tym, że nie dostrzegam różnicy pomiędzy zarzutem o przeprowadzanie nierzetelnych badań naukowych w celu udowodnienia istnienia Boga a w celu udowodnienia Jego nieistnienia.

Stenger już na początku swojej publikacji twierdzi, że jego analizy opierać się będą „na uznaniu, że Boga powinno dać się wykryć przy użyciu środków naukowych po prostu dlatego, że rzekomo odgrywa centralną rolę we wszechświecie i życiu ludzi” (s. 14), dlatego też przedstawia „różne modele, w których Bóg miał będzie konkretne atrybuty, dające się badać empirycznie. Oznacza to, że jeśli Bóg wyposażony w takie atrybuty istnieje, to powinno się dać zaobserwować określone zjawiska. (…) Jeśli nie mamy dowodów ani żadnych innych racji, aby wierzyć w Boga, to możemy być niemal pewni, że Bóg nie istnieje” (s. 20). Już po przeczytaniu kilku stron (zakładając, że nie znamy tytułu publikacji) łatwo zauważamy, że celem Stengera jest wykazanie „błędów” myślenia religijnego oraz nieobecności Boga w badanej rzeczywistości, a co za tym idzie – nieistnienia Boga. Wiąże się to z nieskrywaną pogardą, jaką autor odczuwa do jakiejkolwiek religii. Pisze on chociażby: „Niesamowite jest to, że przy całym wyrafinowaniu naszej współczesności, tak wiele osób ciągle jest przywiązanych do tych prymitywnych, archaicznych obrazów z czasów dzieciństwa ludzkości” (s. 44). Jego zdaniem religia mogła być bowiem przydatna u początków cywilizacji, gdy potrzebne były jasno wyznaczone hierarchie – podparcie się boskim autorytetem pozwalało uniknąć buntu. W miarę rozwoju ludzkości, zdaniem Stengera, religia powinna być jednak zastąpiona nauką, a na pewno przez nią podważona. Religia stanowi bowiem w jego oczach wyraz zacofania, a jej wyznawanie nie jest racjonalne: „Jeśli wykażemy, że konkretny model Boga nie zgadza się z danymi, to wykorzystywanie tego modelu przez ludzi w charakterze przewodnika w działaniach religijnych i osobistych nie byłoby szczególnie racjonalne (…), nie ma sensu obdarzać go czcią” (s. 45). Autor zdaje się więc przemawiać do nas w duchu oświecenia, jasno staje po stronie rozumu i sprzeciwia się poszukiwaniom metafizycznych wyjaśnień funkcjonowania świata. Jak sam pisze: „Jeśli ludzka moralność i ludzkie wartości nie mają boskiej sankcji, to skąd się wzięły? Pochodzą z faktu, że jesteśmy ludźmi. Można je zasadnie nazwać humanistycznymi” (s. 235).

Nowy ateizm w ujęciu Stengera możemy więc uznać za próbę obalenia „kłamstwa religii”. Łatwo niestety dostrzec dwa – oprócz wspomnianego powyżej nastawienia na jasno określony cel – poważne problemy metodologiczne, które sprawiają, że publikacja ta staje się zaledwie czytelniczą ciekawostką. Oba wspomniane problemy są ze sobą powiązane. Pierwszy można by nazwać „efektem modnych bzdur”. Pomimo doktoratu z filozofii autor – choć czyni to całkiem sprawnie – dosyć powierzchownie posługuje się dorobkiem myśli humanistycznej, wyciągając wnioski, które nie wytrzymują próby krytycznej lektury. Na przykład, gdy Stenger pisze, że „Bóg nie może być źródłem powszechnie akceptowanych przekonań i wartości moralnych. Gdyby był, spodziewalibyśmy się odnaleźć dowody w postaci wyższości moralnej wierzących w porównaniu z niewierzącymi” (s. 237), wpada w pułapkę opisanych przez Ralpha Lintona „wzorów idealnych” (zob. Linton 1975). Chrześcijanie mogą przecież wywodzić podstawowe wartości moralne od Boga, w którego wierzą – co więcej, wartości te mogą nawet stanowić podstawę kodeksu chrześcijańskiego postępowania. Nie będzie to jednak oznaczać, iż wszyscy chrześcijanie w swoim życiu spełniają wszystkie wytyczne owego kodeksu. Idealne wzory stojące u podstaw religii to jedynie zachowania optymalne, które w zderzeniu z codziennością przekształcają się w rzeczywiste wzory kulturowe.

Innym przykładem, gdy Stenger nagina fakty do swoich potrzeb i woli przemilczeć pewne – nie wątpię, że dobrze znane mu – fakty, jest fragment, w którym opisuje entropię wszechświata w momencie Wielkiego Wybuchu: „nieporządek był zupełny i nie mogła istnieć żadna struktura. Wszechświat nie rozpoczął się więc od struktury” (s. 132). Autor twierdzi, że gdybyśmy mieli do czynienia ze wszechświatem stworzonym boską ręką, to „rozpocząłby się w stanie wysokiego porządku z konieczności narzuconego z zewnątrz (…), a źródła tego porządku nie dałoby się opisać w kategoriach naturalnych” (s. 133). Wydaje się więc, że Stenger nie zauważa, iż opisywane w rozmaitych religiach kosmogonie u początków istnienia świata umieszczają właśnie chaos. Bez względu na to, czy mamy do czynienia z religią antycznej Grecji, czy judeochrześcijańskim opisem oddzielenia światła od ciemności, łatwo zauważamy, że początkowo stan entropii jest – zgodnie z przywoływanymi przez Stengera badaniami – maksymalny. Tymczasem autor próbuje nas przekonać, że wbrew znanym powszechnie mitologiom u początków stworzonego przez Boga świata miałby stać porządek.

Wątpliwe są również próby przekonania czytelników i czytelniczek do tego, że świat bez religii byłby lepszym miejscem. Autor pisze, że „Religia jest przynajmniej częściowo odpowiedzialna za potężne różnice kulturowe i podejrzliwość, która dzieli rasowo podobne grupy, takie jak Izraelczycy i Palestyńczycy czy Hindusi i Pakistańczycy. Bez religii grupy te mogłyby współegzystować w pokoju, być może nawet jako jeden lud” (s. 276). Próbuje tym samym nie dostrzegać złożoności opisywanych przez siebie konfliktów, czyni je jednowymiarowymi. Nie podaje również – choć sam niejednokrotnie krytykuje takie sytuacje – żadnych empirycznych danych, które miałyby zaświadczać, iż wyłączenie religii ze wspomnianych konfliktów zakończyłoby je.

Jako dla historyka sztuki zaskakujące jest dla mnie również następujące twierdzenie Stengera: „Piękno i inspiracja mogą pochodzić ze świeckich źródeł. Z pewnością większa część dzieł plastycznych i literackich ma świecki charakter” (s. 285). Przy całej wiedzy autora związanej z historią religii, przemilczenie jej fundamentalnego charakteru dla rozwoju sztuki wydaje się celowym zabiegiem. Trudno mi bowiem uwierzyć, że Stenger nie zauważa religijnego charakteru sztuki antycznej, późniejszej bizantyńskiej czy średniowiecznej, a także, iż nie dostrzega religijnych inspiracji, z których postawały najważniejsze dzieła renesansu czy baroku. Jak na liczbę epok, które możemy wymienić w historii sztuki (czy szerzej, w historii kultury), raczej mniejsza ich część ma typowo świecki charakter.

Przykładów nadużyć ze strony Stengera jest więcej, jednak drugi ze wspomnianych przeze mnie problemów metodologicznych wydaje się o wiele poważniejszy. Rzutuje on bowiem na całość nowego ateizmu, który przede wszystkim zdaje się nie rozumieć złożoności zjawiska, jakim jest religia. W „Bogu. Błędnej hipotezie” możemy przeczytać, że „tak samo, jak nie powinniśmy korzystać z nieudanego, niedziałającego modelu fizycznego, tak też byłoby niemądre, gdyby naszym życiem kierowały religie czczące bogów, których nie da się uzgodnić z danymi” (s. 47). Autor sugeruje więc, że jedyne religie, jakie mają sens, to te, fundamentem których nie jest metafizyczny Bóg, a człowiek. Tylko wtedy bowiem będziemy w stanie doświadczyć jego materialnego charakteru. Sęk w tym, że nawet w znanych nam religiach, na których czele stoi człowiek – pozostawmy na boku papieża chrześcijaństwa i przyjrzyjmy się na przykład egipskim faraonom – stanowi on jedynie pewien rodzaj emanacji reprezentowanego przezeń boga. Jedno z najbardziej znanych stwierdzeń Mircei Eliadego, historyka religii, brzmi: „nie istnieje »czyste« zjawisko religijne, nie ma zjawiska wyłącznie i li tylko religijnego. Religia jest fenomenem ludzkim, a zatem jest również społecznym, językowym i ekonomicznym, nie można bowiem wyobrazić sobie człowieka bez języka i poza życiem kolektywnym. Złudna byłaby jednak próba wyjaśniania religii za pomocą jednej z tych podstawowych funkcji, które ostatecznie określają naturę człowieka, tak samo złudna byłaby próba wyjaśnienia takiego zjawiska jak powieść »Madame Bovary« za pomocą faktów – społecznych, ekonomicznych, politycznych; faktów ważnych co prawda, ale nie mających wpływu na to dzieło literackie” (Eliade 2000: 13). Nie da się więc w tak prosty sposób – wbrew temu, czego oczekiwaliby Stenger i inni neoateiści – wyłączyć religii i religijności z człowieczeństwa. Jak pokazywał w swojej filozofii chociażby Markiz de Sade, gdybyśmy zrzucili Boga z tronu, jego miejsce musiałoby zostać szybko zajęte przez inną „siłę”, której człowiek oddawałby cześć (zob. Banasiak 2006). I tu właśnie ujawnia się pułapka, w którą wpada nowy ateizm. Próbując zwalczyć religię (naukowymi metodami czy nie), sam staje się religią – wyznawaną bezkrytycznie, nakazującą przymykanie oka na niewygodne fakty.

Tymczasem istnieje jeszcze jeden wymiar problemu, jaki pojawia się podczas lektury książki Victora J. Stengera. Istotą religii jest wiara, a nie dowody oparte na empirii. „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” (J 20, 29). Nie jest przecież wyzwaniem wyznawanie czegoś, co można udowodnić. Wyzwaniem jest niewzruszone trwanie w wierze w Boga, co do którego istnienia nigdy nie będzie się miało pewności. Właśnie tym różni się wiara od wiedzy. Zdawali sobie z tego sprawę najwięksi uczeni w historii, tacy jak René Descartes czy Blaise Pascal, którzy nie mieli problemu z godzeniem swojego chrześcijaństwa z uprawianym rzemiosłem nauk ścisłych. Cuda, takie jak krwawiąca hostia, nie są fundamentem wiary – mają ją jedynie umacniać, dawać siłę wątpiącym. Ich obalanie nie doprowadzi nigdy do odrzucenia religii, może jedynie wystawiać wierzących na próbę. W przeciwieństwie do nowych ateistów, którzy usilnie poszukują dowodów na nieistnienie Boga – Jego wyznawcy i wyznawczynie nie spędzają dni na nieustannych poszukiwania empirycznych dowodów na istnienie. Wręcz przeciwnie – gdyby je odkryli, nie musieliby już wierzyć, ten aspekt ich życia utraciłby swój sens.

Sam jestem ateistą, jednak – choć dostrzegam wiele negatywnych cech, jakie niosą ze sobą religie – nie uznaję się za ich wroga. Nie mam zamiaru niczego udowadniać ani prowadzić żadnego rodzaju świeckiej krucjaty, której celem będzie obalenie religijności. Odwrotnie, potrafię docenić gorliwą wiarę, która wytrzymuje najróżniejsze próby. Zbliża się chrześcijańskie święto Wielkiej Nocy. Wyznawcom nowego ateizmu poleciłbym w związku z tym próbę odrzucenia okularów, przez które patrzą, odróżnienie wiary od religii jako instytucji i próbę przyjrzenia się temu, co ludzie wierzący przeżywają w tym okresie. Być może pozwoli to zrozumieć, co daje im na co dzień wiara i dlaczego wszelkie próby udowadniania nieistnienia kolejnych bogów są raczej ciosem samobójczym niż wymierzonym w konkretne religie.

LITERATURA:

Banasiak B.: „Integralna potworność. Markiz de Sade. Filozofia libertynizmu, czyli konsekwencje »śmierci Boga«”. Łódź–Wrocław 2006.

Dawkins R.: „Bóg urojony”. Przeł. P.J. Szwajcer. Warszawa 2007.

Eliade M.: „Traktat o historii religii”. Przeł. J.W. Kowalski. Warszawa 2000.

Hitchens C.: „Bóg nie jest wielki. Jak religia wszystko zatruwa”. Przeł. C. Murawski. Katowice 2007.

Linton R.: „Kulturowe podstawy osobowości”. Przeł. A. Jasińska-Kania. Warszawa 1975.

Pałyga A.: „#chybanieja”. Rzeszów–Lublin–Warszawa 2019.
Victor J. Stenger: „Bóg. Błędna hipoteza. Jak nauka wykazuje, że Bóg nie istnieje”. Przeł. Tomasz Sieczkowski. Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego. Łódź 2018.