Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (368) / 2019

Marek Mikołajec,

ELEGIA O CEGLANYCH DOMACH (DOROTA BRAUNTSCH: 'DOMY BEZDOMNE')

A A A
Przedsięwzięcie Doroty Brauntsch poznałem, zanim nabrało kształtu książki. Wpierw była strona na feju, zatytułowana po prostu „Ceglane domy”. Można było na niej znaleźć wypatrzone gdzieś na uboczu, zapomniane, ale przedstawione malowniczo, skąpane we mgle, zmierzchu, świcie stare pszczyńskie murowane domy. Temat był mi bardzo bliski. W podobnych domach wychowali się moi rodzice. Chłopi śląscy w tym regionie budowali swoje domy w sposób unikalny i charakterystyczny. Były one dwudzielne: część dla ludzi i część gospodarcza dla gowiedzi (zwierząt). Zdarzały się też bogatsze gospodarstwa, które posiadały osobne stodoły i budynki gospodarcze. Przed domem, przy lekko schowanych we wnękach drzwiach wejściowych, stała ławka (wysiodka), czasem usytuowana w przyklejonej do wejścia drewnianej altanie (laubie, choć tym mianem w rejonie Żor i Rybnika nazywa się częściej wolnostojące obiekty). Sień była niczym oś domu, kręgosłup rozdzielający część gospodarczą i mieszkalną. Zwykle po lewej mieszkali gospodarze, a ich najbliższą przestrzeń tworzyły pokój i kuchnia z piecem, który służył do gotowania na nim i ogrzewania domu. Po prawej stronie korytarza był usytuowany chlew. Na poddaszu zaś suszyło się siano.

Gasnące piękno tych domów poetycko ukazuje autorka książki wydanej przez Wydawnictwo Dowody na Istnienie. Jeden z bohaterów tej pozycji, Józef Kłyk, reżyser między innymi śląskich westernów, wspomina: „Dziadek tłumaczył, że dom jest jak człowiek. Popatrz, mówił, tu są oczy, i wskazywał na symetrycznie ułożone okna, tu jest buzia, i pokazywał drzwi, tu kręgosłup – chodziło mu o sień na przestrzał, z której wchodziło się do każdego pomieszczenia – a tu mózg. I wskazywał na strych. Jak masz jakiś problem, to idź pod dach i tam pomyśl, tak mawiał. Dziadek uważał, że pod dwuspadowym dachem myśli się lepiej i przestaje boleć głowa, bo tak jak w piramidzie powietrze jest tam odpowiednio zjonizowane” (s. 133).

Ziemia w ogniu hartowana

Artystyczna wartość dodana do tych niszczejących budynków, którą wyrażały zdjęcia, zyskuje teraz uzupełnienie w tekście i jest bezsprzeczna, autorka niczym poszukiwacz skarbu penetrowała okoliczne wsie w poszukiwaniu domów wykonanych rzemieślniczo, naturalnie, rękodzielniczo. Bo czymże jest cegła? Ziemią, a konkretnie gliną wygrzaną w ogniu. Trudno o bardziej mityczne żywioły niż ziemia i ogień.

Gdy uzmysławiamy sobie, że cegła to dziecko żywiołów i człowieka, pojawia się pokusa, by pójść na interpretacyjną łatwiznę i wywlec takie konteksty, jak proch, będący u początku i końca życia, glinę, z której lepiono człowieka, czy oczywiście – ogień, ten prometejski dar, dany ludziom, by ci uniezależnili się od natury, kapryśnych bóstw, by się ogrzali, zjedli, wznieśli swoje bezpieczne schronienie. Jak się utarło: ceglany dom to dom bezpieczny, o czym przekonuje nawet bajkowy casus trzeciej, najprzezorniejszej świnki, chroniącej się przed wilkiem w własnoręcznie wzniesionym ceglanym domu, o którym mawia się, że jest tradycyjny. Prawidła jego budowy, różnego typu wiązania cegieł były przekazywane z majstra na ucznia i można było na ich podstawie poznać, skąd wywodził się rzemieślnik. W ścisłym sensie tego słowa tradycja odnosi się do przekazywania, podobnie dom służy pokoleniom, jest dziedziczony, będąc niemym świadkiem ludzkiego żywota. Takie rozumienie tej materii zostało między słowami zapisane przez Dorotę Brauntsch. Dystansowanie się od tak rozumianej idei domostwa przychodzi mi trudno, ponieważ ją podzielam. Na widok śląskiej cegły, podobnie jak węgla, moje serce bije szybciej. W naturalnej, czerpanej z ziemi materii widzę jakiś geologiczny i kosmo-panteistyczny skandal, niebywały konkret, który nie wiedzieć czemu przydarzył się nam tu i teraz.

Kosmiczna materia

Moja babcia po wojnie pracowała w żorskiej cegielni. Z „apfali” oraz wybrakowanych cegieł wybudowała z dziadkiem nasz rodzinny dom na przełomie lat 50 i 60. Dom był z odrzutów, bo tu nic nie mogło się zmarnować. Cegły nosiły sygnaturę „Żory”. Czy można pomyśleć o lepszym zaznaczeniu egzystencjalnej odrębności, geopoetyckim imieniu własnym? Zwłaszcza obecnie, gdy rządzą nazwy własne globalnych marek. Dom stąd, nie z suporexu, ytonga, porothermu. Dziś już nie ma tej cegielni, podobnie jak cegielni w Leszczynach. Jest fajna, rodzinna przestrzeń do rekreacji w dawnym wyrobisku. Ilekroć tam jestem, to myślę o wszystkich okolicznych domach, których ściany skrywają nazwy lokalnych zakładów, które ziemię przemieniały w domy. Docelowo według szacunków zawartych w „Domach bezdomnych” w ciągu najbliższej dekady w Polsce pozostanie kilkadziesiąt cegielni. Dlatego gromiąc obojętność, cenię sobie czułe napięcie, które towarzyszy Dorocie Brauntsch w wynajdywaniu w codziennym, zapoznanym, najbliższym świecie – niezwykłego, ale bezpowrotnie mijającego świata. Okładkę jej książki zdobi bezlitosna sentencja: „Jeśli nie wiesz, skąd jesteś, nie wiesz, kim jesteś”. Trochę tak , jakby życie samoświadome łączyło się z jakąś formą szczęścia, a nie utrapienia, trudnej do „wyleczenia” paninterpretacyjnej manii, każącej do najprostszych rzeczy dorabiać teorię/ideologię.

Od oczu Hanki do spojrzenia w wyschniętą studnię

Książka Doroty Brauntsch spina klamra narracyjna – pierwszego i ostatniego rozdziału, które opowiadają o Hance i jej domu. Zaczyna się od opisu gospodarskiego życia, w którym „jedzenie brało się z ziemi, z pola, z zagonu i sadu” (s. 9). Świat bohaterki (babci autorki) rozpinał się pomiędzy wodę, las, rzekę, tatę wracającego z pracy, mamę przy piecu, święte obrazy, wędrujące za oknem pory roku i dom – ten uporządkowany kosmos, centrum ulega rozchwianiu przez procesy modernizacyjne oraz wojnę. Bohaterka po powrocie z prac przymusowych u niemieckiego bauera po wojnie raz tylko wyjechała spoza wsi na przysięgę wojskową syna, wówczas też pierwszy raz zobaczyła morze. To zetknięcie z radykalnie inną przestrzenią skwitowała słowami: „Tak to chwolą, a to ino woda. Co też to ludzie widzą w tym?” (s. 28). Jej przekonania wynikają z mocnego zidentyfikowania z otaczającym ją konkretem życiowym, przestrzennym. Sama z biegiem lat upodabnia się do swej codzienności, umiłowanych krajobrazów: „Jej twarz zaczyna przypominać spękaną skórkę chleba, bruzdy zaoranego pola, korę drzew”. Przestrzeń najbliższa zdaje się niezmienna, zwłaszcza w świetle sześciowiekowej absencji Polski na terenach Śląska, toteż Hanka powiada: „Ale gilowicka ziemia pod stopami jest twarda i pewna. Nie to co Polska, która raz była, a raz nie” (s. 28). Po śmierci Hanki wyschła przydomowa studnia, od której wykopania rozpoczynało się przygotowywanie działki pod budowę. Autorka jako dziecko lubiła „bać się studni”, wychylać się i spoglądać w głąb. Teraz lękiem napawa ją fakt, że historyczność jej bliskich, ich świata bezpowrotnie mija, że tylko ta książka może zostawić ślad, strach ten odczuwa, gdy spogląda w wyschniętą studnię.

Sentymentalne symulacje?

Dorota Brauntsch szukała ludzi, którzy są czuli na tzw. krajobraz kulturowy, świadomi historycznych oraz estetycznych uwarunkowań kształtowania przestrzeni. Wrogami są dla nich bezmyślność, małpowanie nowobogackiej stylistyki, anonimowość, brak odpowiedzialności za kształt krajobrazu i jego harmonii. Pani Edyta z mężem: „Przejrzeli katalogi z projektami domów i nie znaleźli nic, co choć odrobinę przypominałoby ich wizję. A wizja wcale nie była wymyślna. Chodziło nie o to, że nic się im nie podobało, tylko o to, że nic nie pasowało do tej okolicy” (s. 34). Większość inwestorów nie bierze tego kryterium pod uwagę, uwzględniając raczej własne wyobrażenie o formie dla siebie odpowiedniej, będącej najczęściej nieskromną próbą realizacji jakiegoś wyobrażenia o swoich potrzebach i pozycji (dom typu stodoła z betonu, bez okapów, z dużymi przeszkleniami, mercedes, garnitury od krawca). Architekt Stanisław Niemczyk, którego zredagowany monolog wszedł do książki, wnosi do „Domów bezdomnych” takie przemyślenia: „Czy niszczę ziemię, wznosząc budynki z kamienia lub gliny? Jeśli zabieram kamień z kamieniołomu albo glinę z wyrobiska, czy bilans ziemi zmienia się, czy ubywa choć jeden kilogram z jej masy? Jeśli chcę użyć kamienia w jego formie – i w jego urodzie – to czynię mu krzywdę? A jeśli moja budowla rozpadnie się za sto lat? Wiem, że budulec wróci do ziemi, nie wyrządzając jej żadnej szkody. Bilans zerowy” (s. 51). Tak zaprezentowana boska ekonomia, krążenie materii nawiązuje do powstawania z prochu i obracania się w pył. Przynosi na myśl Twardochowego „Dracha” i koncepcję quasireligijnego myślenia o ziemi w kategoriach epok geologicznych.

Ślady

Autorka notuje, że w desce wykonanej w manufakturze można było znaleźć odbicia palców, linie słojów deski, na której schła. Każda była inna, formowana jak chleb i wypiekana jak on w piecu. Miała swój zapach – nieusuwalny konkret, imię własne, cechy szczególne. Niemczyk przytomnie zauważa: „W materiałach, których używamy nie ma prawdy, chociażby dlatego, że nie możemy o nich myśleć w kategoriach odzyskiwania. Z domów stawianych w nowych technologiach co odzyskamy? Gazobeton, płytę gipsową?” (s. 53). Projektant pochwala dawną mądrość rzemieślników, ponieważ była ona inspirowana gospodarską dbałością o okolicę, pola, lasy, stawy, rzeki. Była, jak powiada architekt, prawdziwym byciem w przestrzeni jako opiekun, czuły rezydent. Wraz z wyburzaniem ceglanych domów „pozbywamy się dowodów kulturowych”, pozwalających zrozumieć dane miejsce i unikalne budynki. Najpierw ręcznie formowaną cegłę zabiły manufaktury i praca maszynowa, a potem bezwzględna matematyka: jeden, hasiowy, niebiesko-szary pustak wykonany z odpadów węgla to cztery cegły, więc zaczęto budować szybciej i łatwiej. Choć przypominam sobie, że w dłoniach czuć było, że ten materiał w porównaniu do wiśniowej cegły to śmieszny erzac.

Et in arcadia ego

Dorota Brauntsch patrzy na ceglane domy pozbawione opieki, zrozumienia, trochę jak pasterze na obrazie Nicolsa Poussina wpatrujący się w czaszkę. Wie, że śmierć jest w arkadii, że ten świat odchodzi niepostrzeżenie. Zdajmy sobie sprawę, że jest to wyidealizowany, sentymentalny obraz dawnego życia, będący selekcją obrazów, wątków (bez ceglanej zimnej podłogi, niedogrzanego domu, chłodu i zapachu zwierząt) utkanych w mit dzieciństwa. Czas na najbardziej sentymentalny wyimek. Dorota Brauntsch przywołuje opowieść pana Stanisława, który wspomina, jak babcia, gdy był dzieckiem, wychodząc za stodołę, gdzie rozpościerają się łany zbóż, ukazywała mu, jak „kładzie się słoneczko spać”. Robiła to na niby popychając grabiami świecącą kulę, by szybciej zaszła za linię horyzontu. „Tu kończy się świat” – rzekła babcia, a malec jej wierzył. To wyobrażenie na swój współczesny sposób podziela też autorka, tyle, że ma świadomość jego zmierzchu. Tego, że jak powiada autorka: „Wilgoć zapisuje przyszłość” (s. 102), a cegła wystawiona na opady atmosferyczne, zmienne temperatury – pozbawiona przykrycia kruszeje i rozpada się.

Pomiędzy rozgoryczeniem a imitowaniem?

Przemyślenia Niemczyka oraz lokalnych architektów jak Sebastian Obetkon czy Bartłomiej Pochopień stanowią ideowe zaplecze niniejszej książki. Architekci buntują się przeciwko powojennej i współczesnej architekturze, pierwszy z nich uznaje ją za źródło wizualnych udręk, dlatego pozwala sobie na jej krytykę, a drugi dość radykalnie uważa, że „wszystko, co wybudowano na wsi po II wojnie światowej, należy wyburzyć” (s. 78). Dość gorzko, a przez to prawdziwie, brzmią słowa architekta Bartłomiej Pochopnia, nagrodzonego w SARP-owskim konkursie Architektura Roku Województwa Śląskiego w kategorii dom jednorodzinny: „- Ale wiesz... – mówi, gdy znowu siedzimy w kuchni. - Czasami patrzę przez okno i myślę sobie, że chyba jednak ten dom tu nie pasuje. Choć użyłem tradycyjnych materiałów i najbardziej elementarnej formy, choć wydawało mi się, że to najprostsze i najbliższe tropy estetyczne dla tego miejsca, wyszło, że jestem oryginalny” (s. 89). Te słowa zyskują dopowiedzenie w przywoływanej w książce ważnej anegdocie o zegarku na łańcuszku po przodkach, który zaginął. Zlecono wówczas wykonanie kieszonkowej „cebuli” ponownie według zapamiętanych wytycznych. Ten przedmiot nie był już tym samym, jako stylizacja dobitniej odsłaniał fakt swojej nieprawdziwości, imitowania oryginału. Rzadko kiedy próby restytucji minionego z pominięciem nowego i status quo są satysfakcjonujące. Obojętne, czy będzie to mowa, dom, czy zegarek kieszonkowy – pozostają one wówczas tylko śladem prawdziwego przedmiotu, jego namiastką, sentymentalną próbą zwyciężenia nieuchronności, wstrzymania zmian. Pozostaje tylko rozpacz za przedmiotem?

Elegia czy dytyramb?

Ale kto wie, może dzięki takim nawiązaniom artystyczne symulacje stają się rzeczywiste, przekazują pewne wzorce? Dorota Brauntsch zdaje się między słowami mówić, że imitacja żyje życiem nowego oryginału i taki na przykład poznański Zamek Przemysła, bardziej niż na przykład Pszczyńska Warownia Rycerzy zostanie przez późnych wnuków uznany za XV-wieczny obiekt. Życzyłbym sobie, by elegijny ton „Domów bezdomnych” mocą dziwnej przekory rozbudził zainteresowanie śląską cegłą i architekturą wokół. To budulec podmiototwórczy, będący w samym sercu życia: od domu, familoka, przez szpital do kościoła. Zasługuje na specjalne traktowanie i ochronę, ponowne udomowienie – na dytyramb.
Dorota Brauntsch: „Domy bezdomne”. Wydawnictwo Dowody na Istnienie. Warszawa 2019.