ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (368) / 2019

Anna K. Herman,

MIÓD, DZIEGIEĆ I WIDMA BREŻNIEWA (VIKTOR HORVATH: 'MÓJ CZOŁG')

A A A
Rok 1968. Towariszcz porucznik z namiętnością godną internacjonalnego proletariusza gromadzi (i skrzętnie ukrywa) kolekcję 593 plastikowych żołnierzyków (wśród nich są również gipsowi – na drucianym stelażu – ale ci znów prędko się wykruszają). Obok Indian, kowboi i średniowiecznych rycerzy stacjonują muszkieterowie oraz kosmonauci. Pulchniutki oficer Zsolti, koszarowy kumpel z oddziałem 413 żołnierzyków, puka i podaje hasło – Aj kent get noł. Satisfekszyn, na które Sasza odpowiada (niechętnie, bo Rolingstonsi to jednak pomiot kapitalistyczny) hejhejhej, dac łot aj sej! Po znalezieniu odpowiedniego miejsca – zapomnianego magazynu czy opustoszałej jadalni – można zaczynać bitwę. Potajemną. Ta wojna, co warto w tym miejscu podkreślić, to misja tajna i odpowiedzialna. Porucznik Sasza, w swej uroczej, tragikomicznej naiwności graniczącej niemal z absolutną ignorancją, pamięta o tym dobrze, z namaszczeniem ustawiając żołnierzy na blatach zsuniętych stołów.

Viktor Horváth jest Węgrem, tłumaczem i nauczycielem akademickim. Debiutował przewodnikiem po Nowym Jorku, a w 2012 roku wydał powieść „Tureckie Lustro”. Sześć lat później do księgarń trafił „Mój czołg”, ballada o socjalistycznej utopii i tłumieniu Praskiej Wiosny wyśpiewana ustami młodego, nieopierzonego porucznika i tłumacza – Węgra, Słowaka, syna proletariatu, który, zagajony o tożsamość, odpowiada jedynie: „Nie wiem, kim jestem. Dobry komunista jest raczej internacjonalistą”.

Dlaczego powieść Horvátha nazwałam balladą?

Idea dobrego komunizmu jest tu jak opium – obezwładnia, znieczula, uzależnia i otula braterskim poczuciem bezwzględnego bezpieczeństwa. Mit rodzinnej, wspierającej się społeczności przesyca niemal każdą refleksję porucznika, którego ideologicznym ojcem zostaje najpierw János Kádár, a następnie Alexander Dubček. Bohater „Mojego czołgu” nie zna podziałów na dobrych i złych socjalistów ani na wrogów i przyjaciół towariszcza Leonida Iljicza, nie rozumie rozłamów i spisków wybuchających wśród władz i bezgranicznie ufa słowom tych spośród wielkich i niemal nierzeczywistych przywódców Układu Warszawskiego, których akurat przychodzi mu tłumaczyć – jako Węgier, Słowak i dobry komunista zna bowiem węgierski, słowacki i rosyjski.

Towarzysz porucznik żyje, zachłystując się socjalistyczną ideologią. Nienawidzi Zachodu (a zwłaszcza zachodniej muzyki), z najszczerszą niechęcią traktuje wzmianki o kontrrewolucji i wierzy w dobroć wspaniałych i budzących grozę przełożonych. Mimo podniosłego charakteru swojej proletariackiej służby, porucznik pozostaje dzieckiem, upojonym beztroską nastolatkiem, i dlatego wydarzenia, w których bierze udział (ze wszech miar niezdarnie) tak często przybierają postać surrealistycznego kolażu wpadek i szczęśliwych zakończeń.

Fantasmagoryczne figury wciąż (podejrzanie) żywych, czołowych postaci sceny politycznej bloku wschodniego wyłaniają się z mgieł upadłego systemu. Kolejna emanacja widm Marksa owiewa czytelniczą skroń z karnawałowym wprost przepychem. Ich powrót śledzimy oczyma fajtłapowatego porucznika.

Prócz krótkich chwil koncentracji (a te przychodzą wraz ze strategicznym planowaniem bitwy na żołnierzyki z równie nieposkromionym Zsolstim), bohater Horvátha pędzi przed siebie niemal tak uparcie, jak bezmyślnie; Towarzysz bezmyślnie zawiera szkodliwe przyjaźnie i bezmyślnie zdradza tajemnice państwowe. Towarzysz bezmyślnie kocha Julikę (skądinąd Czechosłowaczkę) i bezmyślnie ulega amorom Julikowej matki.

Towariszcz porucznik jest męczący, irytujący i uciążliwy. Przede wszystkim dla czytelnika. W nakreślonych przez Horvátha rysach postaci kryje się pewien uwodliwy (a przez to jeszcze bardziej nieznośny) wdzięk nieświadomego swoich potknięć łobuza. Zabiegi, które służyć miały oswojeniu wad bohatera (a zarazem, o zgrozo, narratora), powiodły się bowiem groteskowo dobrze. Najwyraźniej w kształtującym się dorobku literatury XXI wieku nie ma już (jeszcze?) miejsca na po prostu dobrych komunistów, jest tylko na tych groteskowo dobrych.

Groteskowo dobry komunista zapytuje więc narzeczoną: czy w Czechosłowacji wprowadzono już seks? Jest bowiem głęboko przekonany, że seks to, zaraz po coca-coli, najgroźniejsza, lepka macka zachodniego kapitalizmu, czyhająca na delikatne jeszcze gardziołka niezepsutej młodzieży robotniczej.

Groteskowo dobry komunista brzydzi się młodszym chorążym Gyuszim, bo Gyuszi zapuszcza długie włosy (czujecie swąd Zachodu?) i nosi spodnie dzwony (fetor się wzmaga). Na domiar złego, w samochodzie (czarnej wołdze) słucha Beatlesów i Creamu. „Zachodni burżuj knuje, spiskuje, intryguje!”.

Groteskowo dobry komunista nie potrzebuje religii, ale to nie przeszkadza mu w nazywaniu pierwszego sekretarza Kádára aniołem. I choć sam szybko się poprawia, jest chyba najpełniej świadom, że to, co raz wyrugowane, powraca w bardzo lichutkim przebraniu. Widmo każdego z przywódców rewolucji to demiurg, heros i dobry ojczulek. By wspomnieć tylko o Kádárze: „widział wbijające się w ziemię meteoryty, widział jeszcze gorejący czerwienią księżyc, widział pierwszą rybę wyskakującą na brzeg, widział smoki, widział narodziny, walkę, śmierć”.

Mojemu rozbawieniu, cokolwiek szczeremu, towarzyszy jednak pewna konsternacja związana z – bardzo naiwnym – pytaniem: czy ten rodzaj braku świadomości to licentia poetica, czy węgierskie (czeskie, słowackie, tfu!, socjalistyczne) realia roku 1968?

Nie po to ongiś zrywaliśmy owoc z drzewa poznania, żeby teraz nie wiedzieć. Co takiego zmieniło się po roku 1990 i 2000, że nagle zaczęliśmy rozumieć, że nie rozumiemy?

„Mój czołg” intryguje. To lekka komedia, napisana lekkim piórem, z wyczuciem, którym Horváth operuje z prawdziwą wirtuozerią (nie pomnę już ilości fragmentów, których dziwaczności nie byłam w stanie przełknąć, by po chwili przyjąć je nieomal bez zająknięcia, przyznawszy autorowi mistrzostwo w usprawiedliwianiu absurdu). Lekkość, lekki – to słówka-wytrychy, które, choć sprytnie spełniają swoją funkcję, obrazując apetyczność i lekkostrawność tekstu, nie do końca oddają charakter prozy Horvátha. Śladem opowieści towariszcza porucznika podąża się gładko i bezwstrząsowo, ale stojąca za nią dawka zdystansowanej niepewności i refleksyjnego sposępnienia z nutką goryczki ma raczej posmak żelaza. Ciężkie to wszystko, sążniste i zajmujące myśli – „Mój czołg” lubi się przypominać w ciągu dnia, nie jest lekturą-zapominajką. Historyczny walor, którego (na szczęście) nie można nazwać dydaktycznym, spełnia rolę niewymuszonego straszaka – jednakowoż jest to straszak wielkooki, nęcący i nostalgiczny. Przeczucie mówi mi, że potrzebujemy takiej literatury i będziemy ją chłonąć, bo były blok wschodni jeszcze nie oswoił się z Zeitgeistem i poszukuje lekarstwa na uśmiercenie widm-pasożytów.

Viktor Horváth wykreował świat retrotopijny i zarazem odrażający. Komizm, który znaczy każdą stronę „Mojego czołgu”, to raz za razem porcja miodu przełykana tuż za solidną łyżką postsocjalistycznego dziegciu. W myśl wcześniej już przeżuwanej groteski dualizm ten wydaje się w pełni uzasadniony, a nawet konieczny dla konsonansowego wybrzmienia owej czerwonej (nie tylko od krwi upolowanych przez porucznika odyńca, gawrona i borsuka) ballady, gdzie plastikowe żołnierzyki, czarne wołgi, za duże mundury, łamigłówki ze Sexspielkarte i wyklęta Dżanis Dżoplin odzywają się w skrzekliwej polifonii głosów.

Ku uciesze ewentualnych zainteresowanych, podrzucam jeszcze dwa ważkie hasła z aneksu (który kończy opowieść porucznika i zapełnia trzy ostatnie strony polskiego wydania):

„Ojciec – tylko Bóg mógłby być dorosły. Ale po co?”

„Ojcowie – pierwsi sekretarze partii, członkowie KC, BP, sekretarze partyjni rady komitatu, miasta, powiatu, gminy, okręgu, zakładowi sekretarze partyjni, zastępcy polityczni podsekcji i wyższych jednostek. Generałowie. Kontrolerzy biletów w pociągach, autobusach i tramwajach, posłowie do parlamentu, członkowie rady ministrów i rady prezydialnej, dyrektor fabryki, kierownik spółdzielni produkcyjnej, premier, KGB, ŠtB, itd.”
Viktor Horváth: „Mój czołg”. Przeł. Anna Butrym. Książkowe Klimaty. Wrocław 2018 [seria: Węgierskie klimaty].