Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (84) / 2007

Anna Katarzyna Dycha,

BJÖRK

A A A
Volta. Universal Music Group, 2007.
Nowa płyta Björk zawiera kilka perełek, ale brak jej spójności. Jednak dobrze, że wreszcie jest. Długo kazała nam czekać islandzka artystka na swój nowy krążek. „Medulla” sprzed trzech lat zawierała w większości ludzkie głosy w różnych konfiguracjach i do gustu przypadła jedynie największym fanom talentu Björk Gudmundsdóttir. Podobne losy spotkały ścieżkę dźwiękową do filmu „Drawing Restrait 9” pełnej krzyków, pisków i dźwięków wydobywanych z nieznanych instrumentów. Wszyscy czekali na coś łatwiejszego w odbiorze.

Tymczasem „Volta” taka nie jest. Nikt wszakże nie obiecywał, że będzie łatwo. Zaczyna się rewelacyjnym singlowym „Earth intruders” wyprodukowanym przez Timbalanda. Mistrzowski bit, bębny jak z jakiejś plemiennej zabawy w dżungli i ten wszechogarniający rytm. W drugim utworze – „Wanderlust” – największe wrażenie robią dęte partie orkiestrowe. Są obecne też w trzecim kawałku, ale tutaj do akcji wkracza przede wszystkim Antony Hegarty. Jego duet z Björk to strzał w dziesiątkę. Mimo spokojniejszej całości ani na chwilę nie słabną emocje. Współbrzmią dwa głosy, jej – delikatny, nieco dziewczęcy i jego – głęboki, oryginalny, które wyśpiewują wiersz Fiodora Tiutczewa. Czapki z głów przed tym utworem i wykonaniem. I kolejna rzecz, w której Timbaland maczał palce. To bardzo wpadające w ucho „Innocence” z prostym bitem i wrażeniem, jakby płyta przeskakiwała.

Potem zaczyna się robić nudnawo. Nie pomaga ani Min Xiao Fen grająca na lutni pipie, ani afrykańscy muzycy na instrumentach etnicznych. Dziwią mnie „Vertebrae by vertebrae” i „Pneumonia”. Wprawdzie delikatne, ale nie potrafią skupić na sobie uwagi. Trochę lepiej jest w „Hope”: jakiś bit, perkusja wypreparowana przez mistrza Timbalanda, kora, lecz niewiele ponadto. Na szczęście, dwa ostatnie utwory na płycie pozwalają zachować pozytywne wrażenie po jej wysłuchaniu. „Declare Independence” eksploduje punkowym rytmem, zgrzytami, dźwiękami jak z hali produkcyjnej. Björk zachęca do walki o swoją niezależność, wykrzykując z siebie gniewny, zaangażowany tekst: „make your own flag, raise your flag higher higher”. Szkoda, że takich kompozycji nie ma więcej. Natomiast w „My Juvenile” powraca Antony ze swoim przedziwnym wokalem.

Trochę żałuję, że Björk zabrakło konsekwencji na tej płycie. Owszem, jest różnorodna: i Timbaland, i Antony (skoro tak świetnie razem brzmią może warto zastanowić się nad obszerniejszym wspólnym wydawnictwem?), i fascynujący głos Björk, i egzotyczne brzmienia, ale przy okazji nierówna, z miałkim środkiem. Panuje tu zamęt przeszkadzający skupić się na tym, co dobre. Nie wykorzystano całego potencjału, jaki drzemał w tym materiale i w zaproszonych gościach. Myślę jednak, że o Opener’a nie ma co bać się. Artystka z „wyspy lodu i ognia” na pewno potrafi nas jeszcze zaskoczyć.