Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (84) / 2007

Małgorzata Kłoskowicz,

TRUP W TRAMWAJU

A A A
Zaprezentujemy Państwu zupełnie nowy produkt polskiego rynku literackiego – niejednorodny, lekkostrawny, uwodzący czernią i czerwienią okładki i, choć nielimitowany, to – uwaga – z krótkotrwałym terminem przydatności do spożycia. Tak w jednym zdaniu można by zareklamować debiutancką powieść Tomasza Konatkowskiego „Przystanek śmierć”. Diabeł jednak jak zwykle tkwi w szczegółach. Nie pozostaje nam zatem nic innego, jak wziąć do ręki lupę i przyjrzeć się... detalom. Oto i Książka...

niejednorodna
Śledztwo śledztwem, ale we współczesnej powieści kryminalnej coraz częściej zdarza się tak, że trup schodzi na dalszy plan. Jest tylko interesującym dodatkiem, sprawą, którą co prawda trzeba rozwikłać, ale przy okazji można sprzedać czytelnikowi kilka innych ciekawostek, których i „Przystankowi śmierć” nie brakuje.

Zacznijmy od obrazu miasta. Całe śledztwo związane jest z siecią tramwajów, włącznie z pętlą i zajezdnią. Umiejscowienie akcji w środkach komunikacji miejskiej pozwala na szybkie przemieszczanie się po Warszawie, przy jednoczesnym pokazaniu miasta z perspektywy jego mieszkańców. Z pewnością niejeden obywatel stolicy rozpozna ulice, sklepy czy opisane ze szczegółami dzielnice. Być może nawet przypomni sobie przejazdy tą czy inną linią. Dużo miejsca autor poświęcił także historii warszawskich tramwajów, kierując ją do miłośników komunikacji miejskiej, do których, jeśli wierzyć jego słowom, kobiety raczej nie należą...

lekkostrawna
Po pierwsze, Konatkowski zamienia swojego czytelnika w kamerę – przedmiot, którego głównym zadaniem jest rejestrowanie kolejnych wydarzeń. Ów bierny podglądacz, sterowany niewidzialną ręką operatora, podąża śladem komisarza Adama Nowaka, jemu też zostawiając analizę tego, co wydarzyło się pewnego razu w Warszawie. I nie ma tu mowy o prywatności. Kamera zajrzy wszędzie: a to do jego skrzynki na listy, wypełnionej oczywiście ulotkami supermarketów, producentów okien oraz firm oferujących szybkie pożyczki (no bo przecież „nie ma kto pisać do pana komisarza”), a to do jego lodówki i chlebaka, w którym został tylko „przedwczorajszy razowiec, aczkolwiek nadający się jeszcze do spożycia”, czy wreszcie do siedliska wszelkich jego myśli, albowiem nie możemy wiedzieć nic ponad to, czego dowiedział się uroczy pan policjant.

Po drugie, rejestrujemy także cały przebieg śledztwa: od pojawienia się trupa, przez identyfikację, sekcję, określenie kręgu podejrzanych, kolejne przesłuchania świadków, rodzin ofiar i podejrzanych, zmaganie się z szeroko pojętą opinią publiczną i wreszcie... pojawienie się nowego trupa, identyfikację, sekcję, określenie kręgu kolejnych podejrzanych... i tak dalej – pomnożone naturalnie przez ilość trupów.

uwodząca
charakterystyczną okładką – tak wymowną, że sam tytuł wydaje się nie na miejscu. Pierwszym skojarzeniem, jakie się nasuwa jest... trup w tramwaju. Nic więc dziwnego, że szukałam w księgarni książki pod takim właśnie tytułem. Sama zawartość powieści może wydać się atrakcyjna także dla miłośników seriali dokumentalnych o policjantach i detektywach, które cieszą się niesłabnącą popularnością. Czasami można odnieść wrażenie, że autor proponuje nam W-11 rozpisane na 397 stron. Plus spis treści.

No i wreszcie imponująca liczba podejrzanych: gdyby Konatkowski chciał pokazać nam śledztwo w najdrobniejszych szczegółach, bralibyśmy udział w przesłuchaniu: warszawskich grafficiarzy, miłośników samolotów i tramwajów, ofiar wypadków tramwajowych, zwolnionych tramwajarzy i kontrolerów, wszystkich przestępców na zwolnieniu i przepustce, użytkowników anonimowych serwerów, sfrustrowanych studentów polonistyki, fanów zespołu Raz Dwa Trzy oraz tych, którzy kupili numerek siedem w warszawskiej Castoramie. Dostalibyśmy wówczas co najmniej siedem tomów, ale wtedy nikt przynajmniej nie pytałby, gdzie podział się stracony czas.

w wersji nielimitowanej
Nic mi nie wiadomo o ograniczeniach w nakładzie książki, a poza tym, jeśli wierzyć wydawcy, „Przystanek śmierć” to dopiero pierwsza część cyklu powieści z komisarzem Nowakiem w roli nieustraszonego łowcy seryjnych morderców.

z krótkotrwałym terminem przydatności do spożycia
Powieść stanowi niewątpliwie obraz miasta, które wciąż jest w ruchu, które, tak jak każdy układ dynamiczny, stale się zmienia. To, co dziś jest aktualne, jutro będzie już należało do przeszłości. Nie będziemy więc mogli udać się śladami komisarza Nowaka, chociażby dlatego, że niektóre linie tramwajowe, tak ważne dla powieści, zmieniły swoje trasy, przystanki – nazwy, a dwunastka od roku w ogóle nie kursuje. Mało tego, kto za pięć lat rozszyfruje, o kogo chodziło we fragmencie o słynnym detektywie, „który (...) chętnie wystąpi jako gwiazda w kolejnym odcinku programu telewizyjnego”. A tak na marginesie... już nie wystąpi. I chyba tylko pojawiające się kilkakrotnie, słynne „spieprzaj dziadu”, będzie długo jeszcze rozpoznawalne jako symbol naszej demokracji.

na koniec to, co w reklamie się nie zmieściło
Jak to się dzieje, że kolejny powieściowy policjant ma problemy z kobietami? O ile w rozmowie ze świadkami czy podejrzanymi Nowak jako tako sobie radzi, o tyle w momencie pojawienia się na horyzoncie TEJ JEDNEJ JEDYNEJ kobiety, zamienia się w rozgotowany makaron. Następny mężczyzna po przejściach, który na pytanie własnego ojca, czy się z kimś spotyka, odpowiada zgodnie z prawdą: „Tak (...). Z podejrzanymi”.

Bohater jest natomiast kopalnią wiedzy teoretycznej o płci przeciwnej. Kto z nas wiedział, że kobiety nie są jak Warszawa, że podobno nie trzeba znać ich przeszłości, aby je zrozumieć? W ogóle kobiety w powieści Konatkowskiego są albo stare, albo zupełnie niezaradne, albo po prostu martwe. Może za wyjątkiem pani psycholog, która pojawia się, gdy jest potrzebna w śledztwie i znika zaraz po skomentowaniu bieżących wydarzeń.

Mężczyźni także zostali zdiagnozowani: „W życiu faceta pewne sprawy mają priorytet. Seks, pieniądze, praca? Być może. Ale futbol jest na ogół nieco wyżej”. O tak... Praca przewija się przez całą powieść. Seks? O kobietach była już mowa. Skoro pojawia się ta, której autor z trudem poświęca nieco więcej uwagi niż innym, musi dojść do zbliżenia. I tak się rzeczywiście dzieje, choć dopiero na 347 stronie powieści. Najbardziej trafna jest chyba myśl pana komisarza: „Boże, nareszcie” – mało brakowało, a śledztwo zakończyłoby się przed nocnym spotkaniem na dywanie. Pieniędzy jest tu zdecydowanie najmniej, ale to w końcu powieść o polskiej policji. A piłka nożna? Jest jej w „Przystanku śmierć” więcej niż trupów. Stadiony, mecze, piłkarze, derby... pojawiają się ponad trzydzieści razy, czyli średnio co trzynaście stron. A do tego sformułowane pobożne życzenie, nie wiadomo, czy autora, czy bohatera: „mogłaby się kobieta trochę interesować piłką nożną”. Już nie musi – odkąd autorzy powieści kryminalnych zaczęli zamieszczać sprawozdania z najważniejszych rozgrywek piłkarskich w kraju i na świecie.
Tomasz Konatkowski: „Przystanek śmierć”. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2007.