Wydanie bieżące

1 maja 9 (369) / 2019

Aleksandra Kumala,

BEZHOŁOWIE (ANNA ROMANIUK: 'ORZESZKOWO 14. HISTORIE Z PODLASIA')

A A A
Według dokumentów z 1639 roku, opisujących granice Puszczy Białowieskiej, „poczyna się” ona od Orzeszkowa. Blisko czterysta lat później tę niepozorną, podlaską wieś – wraz z jej przyrodą, historią, tradycjami, byłymi i obecnymi mieszkańcami – Anna Romaniuk czyni główną bohaterką eseistycznej książki „Orzeszkowo 14. Historie z Podlasia”.

Zabieg narracyjny polegający na regularnym przeplataniu się dwóch wymiarów opowieści – osobistego (refleksje autorki, emocjonalnie związanej z opisywanym miejscem) i historyczno-polityczno-społecznego (liczne odwołania do rozmaitych źródeł, tekstów kultury poświęconych temu regionowi) – powinien, z założenia, dodatkowo uatrakcyjniać lekturę, poszerzać czytelnicze horyzonty, wyostrzać zmysły. Tym bardziej, że autorka zdaje się nie faworyzować żadnej z naprzemiennie przyjmowanych perspektyw: tyle samo miejsca poświęca wyliczeniu wszystkich roślin zakwitających na przestrzeni kolejnych pór roku, co przywołaniu czarnej – w niektórych kręgach umyślnie wybielanej – legendy Romualda Rajsa, czyli „Burego”. Wbrew pozorom nie jest to jednak opowieść, w której każdy, bez względu na preferencje, znajdzie coś dla siebie. Bliżej jej do książek o wszystkim i o niczym, do zlepka wspomnień, przemyśleń, faktów i ciekawostek, prezentowanych za każdym razem w równie nijaki, chaotyczny sposób. Nieustanne mieszanie porządków, zamiast rozbudzać ciekawość, konfunduje, drażni i naraża na śmieszność – i Romaniuk, i opisywaną przez nią rzeczywistość. Jak wówczas, gdy moment wybuchu II wojny światowej przedstawia ona następująco: „1 września 1939 roku po niebie nad Polską płynęły z zachodu na wschód białe cumulusy, a temperatura osiągnęła na wschodzie kraju w ciągu dnia dwadzieścia trzy stopnie. Nadciągały upały i susza. Dopiero 10 września pogoda miała się zmienić. Już 1 września Hajnówkę i Białowieżę zbombardowało czternaście hitlerowskich samolotów. Od bomb zniszczone zostały: częściowo carski pałac i cerkiew Świętego Mikołaja z unikatowym porcelanowym ikonostasem. Ludzie kopali kartofle na polach. Walki o Hajnówkę trwały kilka dni”. Albo kiedy wyznaje, z rozbrajającym wręcz infantylizmem: „Lubiłam chodzić wokół cerkwi po orzeszkowskim cmentarzyku, jest na ludzką miarę, nie trzeba się bać. Ze zdjęć patrzą ludzie nieznani, ale jakoś znajomi”.

Powiedzmy sobie szczerze: „Orzeszkowo 14” to książka nieudana – jak powszechnie wiadomo i takie się zdarzają. Powiedzmy więc więcej: „Orzeszkowo 14” to książka nudna, pretensjonalna i źle napisana (opcjonalnie: niedbale zredagowana). Jej autorka stwierdza na przykład: „w poszukiwaniach domu obecna jest duża doza przypadku, może przeznaczenia”, zupełnie jakby nie wyczuwała zasadniczej różnicy między jednym a drugim. Pisze także o domu „nabierającym realnych barw”, o „ułamku chwili”, o „gorączce na chwilę przed katastrofą”, o swoim synu „przy pomocy taty” zbierającym grzyby w lesie, o tym, iż niegdyś „instytucja ławki pełniła funkcje integrujące” albo że „(…) pozornie faworyzowano Żydów i Białorusinów, wykorzystując ich do stworzenia wrażenia akceptacji zmian przez społeczeństwo, przeciwstawiając ich prześladowanym Polakom”.

Osobna kwestia to powtarzające się w stosunkowo niewielkich odstępach, bliźniaczo podobne passusy. Zdanie ze strony pięćdziesiątej piątej – „Nic dziwnego, że inne pory roku muszą się śpieszyć, żeby zdążyć ze wszystkim” – trzy strony dalej powraca w nieznacznie zmodyfikowanej formie: „Natura jakby chciała nadrobić opóźnienie”. Na stronie czterdziestej dziewiątej Romaniuk opisuje pewien, bądź co bądź nieskomplikowany, rodzinny rytuał: „Zawsze gdy przyjeżdżamy do Orzeszkowa zimą, Radek najpierw pali w piecach, bo w domu jest zazwyczaj niemal tak niska temperatura jak na zewnątrz, i idziemy na długi, leśny, zimowy spacer”. Sześć stron później funduje czytelnikowi niedające się uzasadnić niczym, prócz autorskiej i/lub redaktorskiej niedbałości, déjà vu: „Jeśli przyjeżdżamy do Orzeszkowa w środku zimy, w domu na pewno będzie tak zimno jak na dworze, najczęściej kilkanaście stopni poniżej zera. Sposób na to mamy jeden: mocno napalić w piecach i iść na długi spacer do lasu”. O ile przy odrobinie dobrych chęci – których, co przyznaję otwarcie i bez skruchy, umyślnie nie próbuję z siebie wykrzesać – można by domniemywać, iż zapoznawanie czytelników z instrukcją rozpalania w piecu bądź też z „zasadniczym wzorem na przeciętną ilość ciepła oddawanego pomieszczeniu przez jednostkę powierzchni pieca” rzeczywiście czemuś służy, o tyle założenie, że imię i nazwisko Stefana Żeromskiego trzeba opatrywać nawiasowym wtrąceniem-wskazówką „(szklane domy!)” wydaje się tak absurdalne, że aż (nie)śmieszne. By nie rzec: urągające odbiorcom.

Gdyby Romaniuk choć odrobinę lepiej sprawdzała się w roli przewodniczki po podlaskim świecie, gdyby choć odrobinę umiejętniej snuła swoją opowieść, można byłoby czerpać z tej podróży radość, zatracić się w niej, a nie tylko niecierpliwie czekać, kiedy dobiegnie końca. Z chęcią przymknęłabym oko na językowe pokraczności czy nieuzasadnione powtórzenia. Bardzo chciałabym cieszyć się lekturą – ale nie ma czym. Coś ciągle nie pozwala przeniknąć do świata rządzącego się innymi prawami, funkcjonującego w zgodzie z innym rytmem, zupełnie inaczej urządzonego; ciągle każe zachowywać dystans i bezlitośnie wypatrywać kolejnych potknięć.

Pomimo niepozornych rozmiarów, „Orzeszkowo 14. Historie z Podlasia” obfituje w całe mnóstwo mniejszych lub większych, lepiej lub gorzej znanych, wspólnotowych lub intymnych, szalenie istotnych lub mających marginalne znaczenie opowieści. Temu, że większość z nich przepada bezpowrotnie, umyka uwadze, stapia się w jedną, bezkształtną masę, winne są na przemian – to zbytnia ckliwość, to znów zbytnia zdawkowość. Jak widać, nie wystarczy po prostu wydobywać treści z własnej pamięci czy z archiwów. Trzeba jeszcze wiedzieć, co z nimi później zrobić.
Anna Romaniuk: „Orzeszkowo 14. Historie z Podlasia”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2019 [seria: Sulina].