Wydanie bieżące

1 maja 9 (369) / 2019

Jacek Molencki,

ARCHAICZNY BOHATER DLA NOWYCH POKOLEŃ (SHAZAM!)

A A A
Nie można winić współczesnych, niezagłębiających się w uniwersa superbohaterskie widzów za to, że mogą nie wiedzieć, iż w chwili pisania tego artykułu na ekranach kin w całej Polsce można podziwiać heroiczne wyczyny dwóch Kapitanów Marvelów. Dokładnie tak – dwóch. Jeden z nich ujawnia nam się już w samym tytule filmu. Należący do „House of Mouse” Marvel Comics wypuścił w marcu swój nowy film „Kapitan Marvel”, w którym w tytułową bohaterkę wciela się Brie Larson, a obok niej pojawia się m.in. znany już zapewne fanom tych filmów Samuel L. Jackson jako Nick Fury. Jednak drugi z Kapitanów jest dużo sprytniej zakamuflowany, a swe prawdziwe imię ukrywa, by uniknąć pozwu w sądzie. Mowa tu o debiutującym w kinach w kwietniu tego roku filmie „Shazam!”, z opozycyjnej frakcji – DC Comics.

Film opowiada historię młodego Billy’ego Batsona (Asher Angel), sieroty z Filadelfii, który poświęcił swoje życie na poszukiwania biologicznej matki. Gdy przeprowadza się do któregoś już z kolei domu zastępczego, przypadkowe zdarzenie stawia go przed obliczem prastarego czarownika Shazama (Djimon Hounsou), który poszukuje osoby o czystym sercu. Billy zostaje przez niego obdarowany magiczną mocą, sprawiającą, że poprzez wypowiedzenie imienia czarownika może przybierać postać dorosłego superbohatera (Zachary Levi), posiadającego nadludzkie możliwości, lecz zachowującego rozum nastolatka. Biedny protagonista nie ma jednak pojęcia, że ze starożytnego więzienia uciekło Siedmiu Wrogów Ludzkości, którzy odnaleźli własnego czempiona – Thaddeusa Sivanę (Mark Strong) – zgorzkniałego człowieka, odrzuconego przez Shazama wiele lat temu jako dziecko. Billy Batson nie tylko musi stawić czoła temu potężnemu przeciwnikowi, ale i samemu sobie, aby znaleźć wreszcie właściwe miejsce w świecie.

Jak widać, brak w tym opisie imienia Marvel, a właściwie to brak jakiegokolwiek imienia dla naszego superherosa. W rzeczywistości to on jest/był oryginalnym historycznie Kapitanem Marvelem, ale z powodów, których nie zamierzam tutaj opisywać, gdyż treść tej sprawy mogłaby zapewne zapełnić osobny (może nawet niejeden) artykuł, współcześnie postać ta odrzuciła ów przydomek i obecnie rozpoznawalna jest pod marką Shazam. Jeśli zaś chodzi o sam film, dość powiedzieć, że chyba bardziej niż ze strachu przed pozwem zadecydowały tu zapewne względy marketingowe. DC najprawdopodobniej nie chce stosować we własnym filmie nazwy „Marvel”, która kojarzy się wszakże z silnie ustanowionym już w kulturze filmowej wizerunkiem rywala, a poza tym wzbudzałaby dezorientację wśród widzów kinowych, którzy przecież nie muszą pojmować zawiłości komiksowych uniwersów.

To stawia jednak protagonistę tej opowieści między Scyllą a Charybdą. Tworzy się sytuacja, w której superbohater nie jest w stanie używać oryginalnego, komiksowego tytułu, a zarazem nie może wypowiedzieć swojego filmowego imienia bez wywołania natychmiastowej transformacji. Ostatecznie zatem jawi się nam on jako Bohater Bez Imienia (prawie jak dzielny rewolwerowiec z obrazów Sergia Leone), co twórcy przebiegle zamieniają w jeden z wątków, nadając mu ogromną liczbę luźnych, umownych przydomków. Bohaterowie „Shazam!”, Billy Batson oraz jego najbliższy przyjaciel Freddy Freeman (Jack Dylan Grazer), niejako w celu wynalezienia nazwy dla nowego obrońcy Filadelfii, eksperymentują z całą masą potencjalnych imion, które publikują wraz z filmikami o jego zdolnościach na portalu YouTube. Nie licząc jakoś specjalnie, podczas seansu można wyłapać przynajmniej z dziesięć różnych określeń, chociażby takie jak Kapitan Iskropalcy, Mocarz, Gromostrzał, Mr. Filadelfia, Maksymalne Napięcie (dla kumpli Maks) czy Czerwony Cyklon. Dzięki temu zabiegowi film przemienia dylemat w kreatywność, w dowcip.

Skoro już mowa o zabawie, to tak chyba najlepiej można określić wrażenia po seansie – dobra zabawa. Wbrew pozorom to nie tylko tyle, a aż tyle! Jak zapewne każdy entuzjasta filmów o superbohaterach wie, Marvel Comics odnosi w kinach ogromny sukces. Zdecydowaną większość filmów tzw. MCU można opisać jako lekkie, eskapistyczne filmy akcji, z dużą dawką humoru i wyraźnie dostrzegalną estetyką komiksową. Tego samego nie można jednak powiedzieć o obrazach z należącego do wytwórni braci Warner DC Comics. Ich dzieła często przyciągają takie określenia jak mroczne, smętne, zbyt ambitne i poważne lub ciężkie. Nie oznacza to oczywiście, iż Marvel nie potrafi opowiadać historii głębokich bądź trudnych, ale zawsze wiedzą, kiedy jest na to odpowiedni moment. Twórcy tego uniwersum znakomicie potrafili wykorzystać technikę, którą do perfekcji opracowały komiksy oraz seriale animowane typu shounen w Japonii, tzn. przejść od komedii do tragedii. DC Comics z kolei, pod wodzą producenta Zacka Snydera, nie zjednało sobie przychylności widzów, wprowadzając ich w swój ponury, realistyczny świat, z trudną, egzystencjalną tematyką herosów i próbą zbyt szybkiego „wciśnięcia” naraz do filmu zbyt dużej liczby bohaterów, niż można by było realnie poświęcić im czasu ekranowego.

Snyder jest już jednak dawno za drzwiami, a twórcy „Shazam!” – reżyser David F. Sandberg oraz producent Peter Safran – zrywają z błędami przeszłości, oferując świeży, lekki i zabawny film z sercem we właściwym miejscu. Wyraźnie podkreśla to scena, w której w trakcie finałowej konfrontacji Mocarza i Sivany widzimy chłopca bawiącego się figurkami Batmana i Supermana, udającego odgłosy bójki. Gdy dostrzega on za oknem walczące postaci, upuszcza figurki z rąk, a te w półzbliżeniu uderzają ostentacyjnie o podłogę. Nie sposób oprzeć się poczuciu, że to symboliczne wyznanie autorów DCEU, przyznających się do porażki w przypadku „Batman v Superman: Świt Sprawiedliwości”, sygnalizujących nam, że są gotowi na soft-reboot swojego uniwersum.

Właściwie powinno się rzec, że wskazany powyżej trend rozpoczął już zeszłoroczny „Aquaman”. Nie jest on jednak idealnym jego wyznacznikiem, bo został już na starcie „umoczony”, a to za sprawą Jasona Momoy, aktora wcielającego się w tytułowego herosa, który niestety – z tego powodu, iż pojawił się w filmie „Liga Sprawiedliwości” z 2017 roku – staje się niejako mostem między starym a nowym DCEU. Nie działało to na jego korzyść, bo zakładając, że widzowie pamiętają go z poprzedniego dzieła, reżyser James Wan nie kwapił się, aby odpowiednio zaprezentować nam sylwetkę Aquamana – tego, o co walczy, co go motywuje, przez co przechodzi. W rezultacie choć podwodny świat „Aquamana” był barwny oraz intrygujący, to jego główny bohater stał trochę na uboczu, niedostępny i niezrozumiały. Taka rzecz nie ma jednakże miejsca w omawianym tutaj filmie, bo Billy Batson oraz jego alter ego Kapitan Iskropalcy są dla nas zupełnie nowymi ekranowymi bohaterami, a widzów charakteryzuje w ich przypadku tabula rasa. Przez to „Shazam!” staje się de facto pierwszym prawdziwie wolnym od bagażu uprzednich dzieł obrazem DC. Jego autorzy kreują nam opowieść, która jest zarówno skończoną całością, dającą uczucie spełnienia, jak i otwartą na tyle, by pozwolić fanom snuć teorie na temat jej możliwej roli w większym arrasie historii.

Niezależnie od wszystkiego – oba te filmy realizują jedną wspólną cechę. Dobry film o superbohaterach jest bowiem niczym dobry film kung-fu. Musi mieć do siebie dystans, gdyż ze swojej natury traktuje o rzeczach, które zawsze uznamy za lekko naciągane i będziemy przyjmować z jednym okiem przymrużonym.

A dystans do siebie „Shazam!” ma. Widoczne jest to w każdym zakamarku filmu. Sandberg wie, że korzenie jego dzieła sięgają głęboko, bo aż lat 30. ubiegłego wieku, a wiele wątków fabularnych z opowieści o Panie Filadelfia ukształtowało się między latami 40. a 70., czyli w tzw. złotej oraz srebrnej erze komiksu. Jeśli zapytać komiksowego geeka o to, czym się charakteryzowała zawartość tych epok, to bez wątpienia jedną z odpowiedzi okaże się, iż była ponadmiarowo fantazyjna, żeby wprost nie powiedzieć dziwna, i to – nie ma tu mowy o żadnej archaiczności tudzież retrospektywie – nawet jak na swoje lata!

Film „Shazam!” w żadnym stopniu nie wstydzi się swojego dziedzictwa, co więcej: czerpie z tej „retrodziwności” swoją siłę. Jaskrawy czerwono-żółty strój Gromostrzała (z białą pelerynką), z którego naśmiewają się ludzie widzący go na ulicy i w metrze; jego przerysowany wizerunek, przywołujący na myśl równie wyrazistą rysami postać Robbie’ego Rottena z islandzkiego serialu „LazyTown” – zresztą także o kreskówkowo-komiksowej stylistyce; język, jakiego używa Billy, wyjęty rodem ze slangu młodzieży komiksowej lat 40. XX w., jak gee-whiz lub holy mole; pojawiający się w scenie po napisach końcowych jeden z największych antagonistów komiksowych tytułowego herosa – Mr. Mind, czyli wenusjańska gąsienica, która potrafi władać umysłami śmiertelników, a komunikująca się przez miniaturowe radyjko zawieszone na… szyi (?); a to tylko kilka przykładowych elementów, jakie twórcy „Shazam!” zapożyczają z samego źródła komiksowego, nie czując żadnego skrępowania ich skostniałością wobec oczekiwań współczesnych fanów tego rodzaju kina. Podobną strategię przyjęła również inna produkcja DC Comics – tegoroczny serial „Doom Patrol”, równomiernie łączący narrację dla dorosłych z nielimitowanym absurdem, co możliwie – choć na dziś to tylko spekulacja – stanie się trendem przy kolejnych tworach audiowizualnych opartych na komiksach tej wytwórni. Jedno zaś spojrzenie na zakładki na stronie Rotten Tomatoes zarówno dla „Shazam!” (https://www.rottentomatoes.com/m/shazam), jak i „Doom Patrol” (https://www.rottentomatoes.com/tv/doom_patrol/s01) informuje nas, że większości oglądających przypadły one do gustu (adekwatnie 88% i 80% od widowni), co być może oznacza, że wspomniane wyżej oczekiwania współczesnych widzów przeszły diametralną zmianę albo zawsze były inne, niż branża filmowa sobie wyobrażała.

Film jest, oczywiście, mocno intertekstualny. Znajdziemy w nim sporo drobiazgów, które mają fanom DC Comics konotować odpowiednie znaczenia. Szkoła, do której uczęszcza Billy Batson wraz ze swoim zastępczym rodzeństwem, nosi nazwę Fawcett Central, czyli podobnie, jak wydawnictwo Fawcett Comics, na którego łamach zadebiutował Kapitan Marvel. Podczas sceny testowania przez nowego herosa mocy wraz z Freddym poddają oni go testowi Supermana, cytując znany, towarzyszący mu dawniej opis „More powerful than a locomotive! Able to leap tall buildings in a single bound!”, który należał do fragmentu czołówki serialu „Adventures of Superman” emitowanego w latach 1952-1958. Naturalnie, z racji, że akcja filmu dzieje się w Filadelfii, twórcy nie mogli odpuścić paru odwołań do filmu „Rocky” – łącznie z gagiem do utworu „Eye of the Tiger”. Wszystkie te wymienione chwyty komediowe, odwołania do klasyki, wybory estetyczne sugerują nam film pełen prostoty, humoru, a niektórzy mogliby nawet powiedzieć, że mamy do czynienia wprost z przykładem „filmu familijnego”. Czy „Shazam!” zatem oferuje nam coś głębszego? Czy można znaleźć w nim jakieś wartościowe przesłanie?

Analizując ten film, na pierwszym planie trzeba dostrzec tematykę rodziny. Większość czasu w filmie poświęcono właśnie różnym jej odsłonom. Ponadto dostrzegalne są analogie między „Maksem” Napięcie a Sivaną, i chociaż często spotykałem się z opinią, iż główny antagonista to postać jednowymiarowa, to trudno mi się z tym w całości zgodzić. Prawda – scen z jego udziałem było dosyć mało, co nie oznacza automatycznie, że jest on bezbarwny. Autorzy obrazu stosują chwyt stary jak świat, szczególnie w komiksach, stawiając bohatera i złoczyńcę w opozycji totalnej (jeden z najbardziej ikonicznych przypadków tego traktowania stanowią postacie Batmana i Jokera). Jeden jest młody, drugi stary, jeden pełen nadziei, a drugi beznadziejny, jeden ma poczucie humoru, drugi nie zna się na żartach. Ale tym razem te dwa przeciwieństwa demonstrują pewien twist. Są swymi odbiciami – w krzywym zwierciadle co prawda, ale jednak.

Zarówno protagonista, jak i antagonista otrzymali szansę od czarownika Shazama, tego drugiego jednakże pospiesznie osądzono jako niegodnego, co wywołało u niego obsesję na punkcie znalezienia czarodziejskich drzwi do Skały Wieczności, w której panował czarownik. Trzeba jednak zauważyć, że Batson nie został poddany tej samej pieczołowitej próbie, co setki poprzednich kandydatów, nasuwa to więc pytanie, czy gdyby Shazam nie był tak zdesperowany, gdy poznał Billy’ego, to również wybrałby go na swego czempiona…

Przeszłość także tworzy wiele punktów stycznych dla dwóch adwersarzy – obaj zostali w pewien sposób odrzuceni przez swych biologicznych rodziców. Sivana wydawał się swojemu ojca bezużyteczną łajzą. Sivana Sr. był przedsiębiorcą, który wierzył w asertywność i produktywność jednostki, nie miał cierpliwości dla fantazji i młodych ambicji swoich dzieci, chciał obrabować je z młodzieńczego wieku, jak najszybciej przemienić w przydatnych obywateli. Ojciec Thaddeusa zawsze faworyzował też jego starszego brata, który zdawał się być bardziej podobny do taty. Z kolei Billy Batson został porzucony przez swoją rodzicielkę w bardzo młodym wieku na corocznym, bożonarodzeniowym festynie. I choć we wspomnieniach głównego bohatera widzimy idylliczny obraz jego kochającej matki, której syn po prostu oddala się i gubi bezpowrotnie w tłumie, to jej własna retrospekcja tej sytuacji (ukazana podczas ich spotkania przed samą kulminacją filmu) pokazuje nam, że nie tylko czuła się ona niezadowolona z faktu bycia samotnie wychowującą mamą (ojciec Billy’ego w więzieniu, dziadkowie odcięli się od nich), lecz wręcz sfrustrowana Billym. Egoistycznie więc porzuciła swoje dziecko tego dnia, wykorzystując pierwszą nadarzającą się okazję. Biedni, jak Batsonowie, czy bogaci, jak rodzina Sivany – stan majątkowy nie robi tu żadnej różnicy, bo każdy chce czuć się kochany i doceniony, w szczególności jako dziecko, a przykłady złych rodziców, krzywdzących ufających im najmłodszych, mogą zdarzyć się wszędzie.

Interesującą paralelą między postacią protagonisty i antagonisty jest ich wieloletnie przywiązanie do sferycznych zabawek. Billy zawsze nosi przy sobie breloczek z kompasem, który jego mama wygrała dla niego na festynie w dniu jego „zaginięcia”, podobno – jak wierzy bohater – mający pomóc mu zawsze odnaleźć w życiu właściwą drogę. Atrybutem Thaddeusa Sivany jest natomiast magiczna czarna bila, którą przypuszczalnie otrzymał w te same święta, w które doszło do jego spotkania z Shazamem. Ponieważ była ona świadectwem jego obcowania z nadnaturalnym, Sivana zachował ją nawet w swym dorosłym życiu, przebierając nią w rękach niczym piłeczką antystresową. Oba te przedmioty mają jednak dużo bardziej symboliczne znaczenie. Są reprezentacją lat dziecięcych dla obu postaci, a wraz z nimi wszystkich pragnień, nadziei oraz fantazji tego wieku. Protagonista traktuje brelok jak talizman, wierząc, że doprowadzi go do ponownego zjednoczenia z mamą. To błyskotka będąca wspomnieniem szczęśliwych lat wczesnego dzieciństwa. Antagonista widzi w zabawce zaś swoje młodzieńcze marzenie lepszego życia, miejsca, gdzie zostałby zaakceptowany i mógłby po prostu żyć w zgodzie z dziecięcą wyobraźnią, w przeciwieństwie do zimnego i poważnego świata, na jaki skazał go jego wymagający ojciec. To dla niego również przypomnienie fantastycznego świata, który mignął mu przed oczyma, był na wyciągnięcie ręki, a w którego istnienie nikt nie chciał mu wierzyć.

Istotny wydaje się również moment odrzucenia przez postaci owych drobiazgów, co można przyrównać nawet do swego rodzaju rytuału przejścia. Kiedy pozbywają się one towarzyszących im przedmiotów, przechodzą wewnętrzną przemianę, mentalnie dorastają. Billy wreszcie rozumie, że nie może całe życie uciekać, odnajduje nowe powołanie w postaci swojej zastępczej rodziny i przekazuje matce brelok wraz z całą jego znaczeniowością, uznając, że jest bardziej zagubioną osobą od niego. Doktor Sivana natomiast odtrąca swoją magiczną bilę w chwili, gdy weryfikuje nowo nabyte zdolności i może wreszcie udowodnić swojemu ojcu oraz bratu, że miał rację co do istnienia świata magii. Wyzbywa się kuli, wyrzucając ją przez okno na szczycie oszklonego biurowca… włącznie z bratem, który wtedy jeszcze trzymał ją w dłoni. Pieczętuje swoje usamodzielnienie rozlewem krwi.

Thaddeus Sivana jest przestrogą dla Billy’ego Batsona, żywym dowodem na to, że w innej sytuacji ich role mogłyby zostać odwrócone, bo chociaż obecnie eksponują różne charaktery, to ich historie życiowe są niebezpiecznie podobne. Zbawieniem dla głównego bohatera okazała się miłość oraz troska jego zastępczej rodziny, a także rewelacja, że rodzina to niekoniecznie twór ograniczony ramami biologicznymi, ale grupa bliskich osób, przy których czujemy się ciepło i bezpiecznie. To coś, czego jego adwersarz nigdy nie zaznał, dlatego całkowicie utracił umiejętność kochania i poddał się korupcji Siedmiu Grzechów – co ukazują sceny takie jak zniszczenie rzeźby LOVE w Filadelfii lub sytuacja, gdy określa on przytulne domostwo patchworkowej rodziny Batsona mianem „zasranej nory”, czy sam fakt, że najgłębiej zakorzenionym grzechem w jego psychice okazała się być Zazdrość.

Można odnieść wrażenie, iż prawdziwymi antagonistami „Shazam!” są nie superzłoczyńcy, a dorośli. Nieodpowiedzialni rodzice, którzy krzywdzą, porzucają, hańbią swoje dzieci. Nie kochają. Winny jest temu ojciec Thaddeusa, matka Billy’ego, nawet sam wszechpotężny czarownik Shazam, ściągający do Skały Wieczności setki młodych ludzi, obiecując im możliwość wyrwania się z szarego świata śmiertelników, stania się kimś wyjątkowym, ale w ostateczności odbierając im okrutnie resztki nadziei. Zastanówmy się, kto z nas, zostając postawiony jako dziecko w takiej sytuacji, mógłby łatwo otrząsnąć się po tak bezlitosnej ocenie nie tego, kim jest, ale tego, kim potencjalnie mógłby się stać. To przesłanie bardzo gorzkie, mówiące nam, pełnoletnim, że zło ma twarz wyniosłego dorosłego, który – niczym biologiczna matka filmowego protagonisty – bez miłości, młodości ducha gubi drogę w życiu i spoczywa na manowcach.

„Shazam!” jest też filmem bardzo samoświadomym. Postacie główne to w większości ludzie młodzi, nastolatki, które godzinami potrafią rozmawiać o superbohaterach, o znalezionych batarangach, o autentycznych pociskach odbitych od klaty Supermana, o tym, która moc jest najfajniejsza. Tworzy to niejako analogię między nimi a nami, widzami-fanami tego typu kina. My także chodzimy do multipleksów na produkcje Marvela, oglądamy seriale z uniwersum DC, bo kręcą nas te opowieści, oglądanie efektów specjalnych, podziwianie zdolności naszych ulubionych herosów czy stare, dobre „skopanie tyłka” złu.

Co więcej, bohaterowie „Shazam!”, choć nie przełamują czwartej ściany, to zdają się pojmować zasady rządzące opowieściami o superbohaterach. Znają oni wszystkie klisze komiksowe, a także całą fachową terminologię. Dlatego w trakcie seansu podyskutują o założeniu swojej sekretnej kryjówki (najlepiej ukrytej za wodospadem lub w zamku na szczycie nadmorskiego klifu), kilkukrotnie zwrócą uwagę, kto w filmie jest superzłoczyńcą, oraz wyśmieją bezsensowność monologów antagonistów. Przywodzi to na myśl pewien inny superbohaterski obraz filmowy z 2004 roku. Animacja „Incredibles” wytwórni Pixar stała się filmem kultowym właśnie dzięki refleksyjnej narracji w stosunku do komiksowych opowiadań. W rezultacie „Shazam!” można rozpatrywać jako reprezentanta superhero metacinema, prowokującego do myślenia o naturze filmowych adaptacji komiksów, tworzącego alegorie ekranowych bohaterów z widownią jako popkulturowych geeków.

Będąc już na dwóch seansach filmowych, czułem się prawie jakbym oglądał film fantasy lat 80. czy 90., a nie współczesną produkcję filmową. I nie chodzi tu o pracę kamery czy jakieś anachronizmy w prezentacji, ale raczej o sam rytm filmu oraz sposób prowadzenia narracji, które przywołują na myśl Campbellowską podróż bohatera, leżącą u podstawy kina tamtego okresu. Być może jest to lekka hiperbolizacja komparatystyczna, wynikająca z faktu, że gros aktorów w filmie to ludzie bardzo młodzi (lub celowo zachowujący się młodzieżowo, jak w przypadku Zachary’ego Levi), co może bardziej nasuwa takie skojarzenia niż przypadki doświadczonych bohaterów (Superman, Batman, Iron Man, Thor itp.), aczkolwiek z drugiej strony Billy Batson mocno wpisuje się w archetyp klasycznego bohatera filmowego rzeczonego nurtu, przechodząc taką ewolucję jak znakomicie znani fanom popkultury Luke Skywalker czy też Harry Potter. I jak na opowieść o próbach bohatera przystało film wieńczy klamra, wszystko kończy się tam, gdzie (i kiedy) się rozpoczęło, czyli w okresie Bożego Narodzenia, na jarmarku świątecznym. „Shazam!” to reaktywacja Kina Nowej Przygody we współczesnej odsłonie. Dodatkowo to także jeden z tych „sekretnych” filmów świątecznych, takich, których akcja rozgrywa się w Boże Narodzenie, chociaż nie jest to ich temat główny – jak „Rocky”!

Ów model opowieści jest obecny w kulturze rzeczywiście od ponad dwóch tysięcy lat, a w pierwotnej ich formie znamy je jako mityczne historie o bogach i bohaterach. A czy komiksowe oraz filmowe opowieści o superbohaterach nie są tak naprawdę mitologią naszych czasów? Nowożytnymi wariacjami tych samych przygód, które odbywali greccy czy skandynawscy herosi? Być może przyszłe pokolenia, zamiast słuchać opowiadań o odwadze Heraklesa, będą przyglądać się eskapadom Supermana, a marvelowy Thor zastąpi tego nordyckiego.

Nie może umknąć naszej uwadze fakt, iż magiczne słowo, które wypowiada Billy Batson, by przemienić się w czempiona sprawiedliwości, jest anagramem pierwszych liter imion sześciu mitologicznych postaci. Mądrość Salomona, siła Heraklesa, wytrzymałość Atlasa, potęga Zeusa, odwaga Achillesa i szybkość Merkurego – to składniki konstytuujące moc bohatera. Odbywając metamorfozę, protagonista filmu staje się personifikacją legendarnych cnót. W tym kontekście wydaje się, że „Shazam!” jest gotów, aby wstąpić do panteonu dzisiejszych, komiksowo-filmowych wzorców bohaterów.

LITERATURA:

Campbell J.: „Bohater o tysiącu twarzy”. Przeł. A. Jankowski. Poznań 1997.

Szyłak J.: „Kino Nowej Przygody”. Gdańsk 2011.

„Shazam!”. https://www.rottentomatoes.com/m/shazam.

„Doom Patrol: Season1”. https://www.rottentomatoes.com/tv/doom_patrol/s01.
„Shazam!”. Reżyseria: David F. Sandberg. Scenariusz: Henry Gayden. Obsada: Zachary Levi, Mark Strong, Asher Angel, Jack Dylan Grazer. Produkcja: USA 2019, 132 min.